niedziela, 5 czerwca 2016

Rozdział XVIII



Przepraszam za opóźnienie. W wakacje mam problemy z weną, ale w końcu mi się udało skończyć rozdział. Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie :) Miłego czytania.

Strange zaprowadził Tony’ego do kolejnych tajemniczych drzwi. Gdy je otworzył, oczom geniusza ukazało się w pełni wyposażone laboratorium. Weszli do środka. Sprzęty przypominały te, z których Stark zazwyczaj korzystał w swojej pracowni. Tony zauważył też swoją zbroję i skrzydła Falcona położone na jednym z blatów roboczych.
- Nieźle to urządziłeś. – przyznał.
Choć nadal nie wierzył w tę całą magię, nie miał zamiaru znów pytać maga o wyjaśnienia. Doszedł do wniosku, że na „dyskusje” na temat istnienia sił nadprzyrodzonych będzie jeszcze czas, gdy Ziemia nie będzie już zagrożona. A na razie musiał skupić się na zadaniu. Jak wynikało z zegara jednego z komputerów zostało mu sześć godzin.
- Czyli mówisz, że te stwory są wrażliwe na światło słoneczne? – zwrócił się do Strange’a.
- Dokładnie na promieniowanie ultrafioletowe. – odparł czarownik. – Ich struktura nie jest trwała, dlatego mogą skutecznie unikać zarówno broni energetycznej jak i klasycznej. Mogą także podróżować między wymiarami - teleportować się. Jednak promieniowanie UV stabilizuje je, powodując niemal natychmiastowe unicestwienie.
Tony pokiwał głową. Nie miał zbyt wiele czasu. Trzeba było szybko wymyślić i zbudować skuteczną broń przeciwko tym stworom.
- Zostawiam cię tu. – oznajmił Strange. – Muszę przygotować się do rytuału.
Gdy tylko drzwi pracowni zamknęły się za magiem, Stark podszedł do swojej zbroi.
- J.A.R.V.I.S jesteś tam? – zapytał.
Nastała chwila ciszy, po czym ekran jednego z komputerów w laboratorium zaczął mrugać.
- Dzień dobry, sir. – odezwał się elektroniczny głos.
- Dobrze, że jesteś. – Tony podszedł do urządzenia, które przejęła jego sztuczna inteligencja. – Dostosuj laboratorium.
- Tak jest, sir. – odparł J.A.R.V.I.S. i już po kilku sekundach wszystkie komputery i sprzęty przez nie kontrolowane zostały przejęte przez A.I.
- No to bierzemy się do roboty. – oznajmił Stark.

Thor, Sif, Sokół oraz Wong siedzieli w salonie. Teraz gdy pojawił się cień szansy na zwycięstwo, nastroje były zdecydowanie lepsze. Sam poprosił pomocnika doktora Strange’a o dokładny opis budynku, w którym się znajdują, aby zaplanować skuteczną obronę przed Istotami Cienia.
- Czyli do środka prowadzi tylko jedno wejście? – zapytał Avenger.
- Tak – odparł jego rozmówca. – Ale co to ma za znaczenie, skoro te stworzenia potrafią się teleportować?
Zanim Sam zdążył otworzyć usta, w salonie pojawił się ponownie doctor Strange.
- To sprawi pewne trudności. – powiedział. – Teraz nie mogą się tu teleportować, ale gdy zdejmę zaklęcia, nic nie będzie ich powstrzymywało. Mogę jedynie użyć pewnego artefaktu na pomieszczeniu, w którym będę odprawiał rytuał. Dzięki temu te stwory nie będą mogły się tam teleportować, ale reszta Sanktuarium będzie narażona. Musicie dopilnować, żeby żadna z Istot Cienia nie przeszkodziła mi podczas rytuału, albo nici z naszego planu.
Wszyscy przyglądali się czarownikowi.
- W takim razie, lepiej będzie otoczyć ochroną tylko pokój, w którym będziesz odprawiał rytuał. – zwrócił się do niego Sam, który wziął się w garść i przejął stanowisko lidera, przynajmniej póki Tony był nieobecny.
- Spodziewałem się, że Sanctum ucierpi. – Strange bardziej mówił do siebie, niż do któregokolwiek ze zgromadzonych. – W takim razie, pokażę wam ten pokój.
Wszyscy ruszyli za magiem. Poprowadził ich schodami na górę. Zatrzymali się przed ciężkimi, dębowymi drzwiami. Strange odwrócił się do pozostałych.
- To pomieszczenie nazywa się aggregatio. – oznajmił. – Krzyżują się tu linie magiczne Ziemi, dzięki czemu będę miał dość mocy, aby przezwyciężyć Aether. To są jedyne drzwi. W pomieszczeniu nie ma okien, więc jedynie tędy można się dostać do środka. A teraz muszę was przeprosić. Razem z Wongiem idziemy się przygotować do rytuału.
Mag i jego pomocnik zniknęli za tajemniczymi drzwiami, a Avengers udali się z powrotem do salonu, omówić taktykę i przygotować się do, być może, najtrudniejszej walki w życiu.

Loki nie był w stanie namierzyć Avengers. Tak jakby zniknęli z tej planety. To upewniło boga kłamstw, że nowy sojusznik jego wrogów był niezwykle potężnym magiem. Jednak bohaterowie nie będą ukrywać się w nieskończoność, Istoty Cienia w końcu ich znajdą.
Tym czasem do sali tronowej powróciła Hel, Loki wtedy już siedział na swoim tronie.
- Moje wojsko szuka naszych zbiegów. – powiedziała królowa, zajmując miejsce obok Laufeysona.
- Czyli pozostało nam czekać. – odparł mężczyzna.
Wiedział, że kreatury Hel znajdą Avengers dopiero, gdy oni sami wyjdą z ukrycia. Ale to nie miało znaczenia, byli bohaterami, więc wkrótce znów spróbują ocalić swój świat, a wtedy zginą.
Loki machnął ręką i przed nimi pojawiło się lustro, w którym mogli obserwować przebieg ich planu w różnych krajach. Wszystko szło po ich myśli, a generałowie działający w poszczególnych państwach meldowali zwycięstwa. Wkrótce Ziemia ulegnie przed ich potęgą.
Loki zmienił obraz, w lustrze ukazał się Asgard. Właśnie świtało.
- Już czas. – odezwał się Laufeyson. – Muszę wracać, albo zaczną coś podejrzewać.
Musiał utrzymać swoją mistyfikację. Skoro był Odynem – królem Asgardu, nie mógł tak po prostu znikać na całe dnie. Szybko zwróciłoby to niepotrzebną uwagę. A tego nie chciał. Dlatego musiał rządzić w dwóch królestwach.
Hel spojrzała na niego uważnie.
- W takim razie ruszajmy. – kobieta wstała i wyciągnęła dłoń do swego towarzysza.
Loki także wstał. Ujął jej dłoń, a już sekundę później oboje znajdowali się w tajnym korytarzu prowadzącym do sali tronowej w Asgardzie.
- Kiedy wrócisz na Ziemię? – zapytała królowa, gdy bóg kłamstw ruszył w stronę wyjścia.
Mężczyzna odwrócił się do niej.
- Gdy odnajdziesz Avengers, przyślij kogoś po mnie. – odparł. – Chcę zobaczyć ich koniec.
Hel skinęła głową. Wokół Lokiego pojawiło się zielone światło i po chwili zamiast boga kłamstw, przed królową Helheim stał sam Wszechojciec.
- Zobaczymy się później. – powiedział i zniknął za drzwiami prowadzącymi do sali tronowej.
Hel wróciła do wieży Avengers. Teraz miała kilka godzin spokoju.
Loki mógł myśleć, że to on rozdawał karty, ale Hel żyła na tym świecie o wiele dłużej niż bóg kłamstw i nie dała się mu przechytrzyć. Musiał myśleć, że jest mu wdzięczna za pomoc, a może nawet, że Hel ma do niego jakąś słabość. Dzięki temu królowa miała nad nim przewagę. Mogła spokojnie knuć pod jego nosem, robiąc czasem maślane oczy, a on nic nie podejrzewał. To było aż zbyt proste. Musiała tylko nakłonić go, aby powierzył jej Aether – na razie nie zdradził jej nawet w jaki sposób sprowadził wieczną noc na Ziemię, ale ona wiedziała – a w tedy zapanuje nad mocą kamienia i będzie mogła zawładnąć dowolnym światem. Nie potrzebowała pozostałych artefaktów zgromadzonych przez Lokiego, sama dysponowała niezwykłymi zdolnościami, o których ten Asgardczyk nie miał pojęcia, a jej armia nie miała sobie równych, natomiast Kamienie Nieskończoności mogły sprowadzić tylko kłopoty. Jednak moc kamienia rzeczywistości była zbyt kusząca. Hel mogła wykorzystać w pełni jego zdolności, dzięki czemu każdy świat by się przed nią ugiął.
Królowa rozsiadła się wygodnie na tronie. Midgard już praktycznie należał do niej. Ostatnie kolebki wolnej ludzkości powoli traciły siły do stawiania oporu. Bohaterowie zostali pojmani lub zabici. Lochy Helheim wypełniły się wszystkimi ludźmi, którzy stawiali opór. Teraz pozostawało czekać, aż Istoty Cienia odnajdą Avengers.

Gdy tylko opuścili gabinet, May i Coulson zostali otoczeni przez Istoty Cienia. Na szczęście nie było ich wiele i mimo, że broń Coulsona się nie sprawdziła, agentom jakoś udało się przedrzeć do kolejnego korytarza, który prowadził prosto do laboratorium. Tam jednak Coulson dostrzegł duży oddział tych stworzeń, w ostatniej chwili wepchnął May za najbliższe drzwi.
- Co jest? – zapytała lekko zirytowana agentka.
- Nie widziały nas. – Phil odetchnął z ulgą, opierając się plecami o zamknięte drzwi. – Duży oddział, nie przedrzemy się.
May skinęła głową. Znaleźli się w jednym z pokoi przesłuchań, na szczęście był wyciszany, więc stwory nie mogły ich usłyszeć.
Agentka oparła się o stół. Choć bardzo starała się to ukryć, ledwo trzymała się na nogach. Dyrektor to zauważył.
- Melinda nic ci nie jest? – zapytał zaniepokojony.
- Nic. – odparła z całkowitym spokojem, ale po jej kostiumie zaczęła spływać krew.
Phil w jednej chwili znalazł się przy niej.
- Pokaż mi to „nic” – delikatnie odsunął rękę kobiety, którą zasłaniała zraniony bok. W kostiumie ziała spora dziura odsłaniająca paskudną ranę zabrudzoną jakimiś brunatnymi odłamkami. Wokół była zaschnięta krew, jednak skrzep pękł i teraz rana obficie krwawiła. – Trzeba to opatrzyć.
- To nic takiego. – odparła agentka. – Musimy iść…
- Nie chrzań, May. – kobieta spojrzała ze zdziwieniem na dyrektora, rzadko zdarzało się, żeby wybuchał. – Jesteś mi potrzebna. Więc choć raz zdejmij maskę super szpiega i pozwól sobie pomóc.
W tym momencie drzwi pokoju się otworzyły. Obaj agenci momentalnie odwrócili się w ich stronę, celując z pistoletów.
- Nie strzelajcie – zawołała Simmons, unosząc ręce do góry.
- To tylko my. – odezwał się Fitz, zamykając drzwi.
- Wy żyjecie! – pisnęła Jemma, która dopiero teraz za lufami pistoletów dostrzegła swoich przyjaciół. Rzuciła się dyrektorowi na szyję.
Po chwili, lekko zmieszana, odsunęła się.
- Przepraszam, ja tylko… - powiedziała.
- A jak wy się tu w ogóle dostaliście? – Phil zmienił temat. – Przecież na korytarzu było pełno Istot Cienia.
Fitz uniósł lampy, które trzymał w rękach, pozostałe leżały na podłodze, bo Simmons je upuściła.
- Światło ultrafioletowe. – wyjaśnił naukowiec. – To ich słaby punkt.
- Doskonale. – Coulson się uśmiechnął, odzyskał nadzieję.
- Nie do końca. – odparła Jemma. – Mamy tylko te cztery, a baterii starcz może jeszcze na jakieś 15 minut.
- Damy radę. – odparła May, była bardzo blada.
Simmons do niej podeszła. Dostrzegła obficie krwawiącą ranę.  
- Co się stało? – zapytała, przyglądając się uważniej. – Skąd w twojej ranie kawałki rdzy?
May nie odpowiedziała. Nie lubiła się nad sobą użalać, krwawienie trzeba było jak najszybciej zatamować, żeby mgła wrócić do walki, tylko to się liczyło. Jemma zaczęła się rozglądać za czymś, czym by mogła zatrzymać krwawienie. Nie znalazłszy żadnej apteczki, szybko zdjęła z siebie fartuch i oderwała z niego rękaw. Z materiału przygotowała opatrunek i ucisnęła w miejscu wypływu krwi. Jednak to nic nie dało. Krwawienie się nasiliło, a czerwona ciecz przesiąknęła przez tkaninę.
- Fitz przygotuj kolejny opatrunek! – krzyknęła dziewczyna.
Leo sięgnął po fartuch, chciał oderwać drugi rękaw. Przerwała mu May.
- Po prostu kauteryzuj ranę. – powiedziała zdecydowanie.
Simmons spojrzała na nią ze strachem w oczach.
- Nie mamy znieczulenia… - zaczęła.
- Nie ma czasu. – odparła agentka. – Jeśli nie zrobisz tego teraz, wykrwawię się.
Dziewczyna skinęła głową.
- Daj swój pistolet Fitzowi. – powiedziała. – Wiesz co robić?
Chłopak skinął głową. Wziął broń energetyczną i zaczął przy niej majstrować.
- Co chcecie zrobić? – Phil przyglądał się ich poczynaniom z mieszaniną niepokoju i ciekawości.
- Przy przepięciu przewodów, rdzeń broni rozgrzewa się do kilkuset stopni. – wyjaśniła Simmons. – Przypalimy ranę. May, połóż się.
Agentka wykonała prośbę. Jemma rozdarła mocniej jej kostium, aby odsłonić całą ranę, po czym wzięła od Fitza przerobiony pistolet. Rdzeń znajdował się w kolbie, dlatego chwyciła za lufę, która była izolowana.
- Gotowa? – dziewczynie trzęsły się ręce.
Agentka chwyciła ją za nadgarstek i zdecydowanym ruchem przyłożyła rozżarzone urządzenie do swojej skóry. Ból był niesamowity. Kobieta tak mocno zagryzła wargi, że poczuła metaliczny smak krwi w ustach. Wydała z siebie przeciągły jęk i była bliska omdlenia, gdy nagle ból się zmniejszył. To Simmons uznała, że należy zakończyć zabieg. Odrzuciła urządzenie, które zdążyło poparzyć jej rękę i zaczęła przyglądać się ranie. May ciężko oddychała.
- Nie krwawi. – orzekła. – W porządku? – spojrzała z niepokojem na Melindę.
- Tak. – agentka podniosła się, nadal dysząc. – Dam radę.
- W takim razie potrzebny nam jakiś plan. – oderwał się Coulson.
- Bazy nie odbijemy. – zauważył się Fitz.
- Wszędzie pełno tych stworzeń. – dodała Simmons.
- Ledwo udało nam się tu dostać.
Zapadła chwila ciszy. Wszyscy myśleli o pozostałych agentach, którzy są w budynku, nie mieli szans ich uratować, ale nie chcieli nikogo zostawiać.
- Lampy wytrzymają 15 minut. – ciszę przerwał Fitz. – Powinniśmy zdążyć przedrzeć się do wyjścia.
- A co potem? – zapytał Coulson.
- Musimy dostać się do hangaru. – wtrąciła się May. – To jedyna szansa.
Kobieta nadal była przerażająco blada i chociaż znów stała podparta o stół, ledwo trzymała się na nogach.
- Fitz możesz zdalnie odsłonić pas startowy? – zapytał Coulson.
- Myślę, że tak, o ile Istoty nie uszkodziły przekaźnika przy wrotach. – odparł naukowiec. – Ale mamy małe szanse tam dotrzeć. To na drugim końcu bazy, a May ledwo stoi.
- O mnie nie musisz się martwić. – agentka poważnie spojrzała na młodego naukowca. – Nie takie rzeczy robiłam.
Leo szczerze wątpił w zapewnienia kobiety, straciła dużo krwi, ale wolał się nie odzywać, żeby nie przypłacić tego bolesnym urazem.
- W takim razie niech każdy weźmie lampę i ruszamy do hangaru. – zarządził Coulson. – Nie ma na co czekać.
Tak też zrobili. Zabrali lampy UV i wyszli z pokoju przesłuchań. Coulson pierwszy, potem May i Simmons, a z tyłu Fitz. Korytarz był pusty, ale musieli wrócić obok gabinetu dyrektora. Gdy tylko otworzyli drzwi do sąsiedniego korytarza, okazało się, że jest tam kilkadziesiąt stworów. Skierowali lampy w ich stronę. Istoty z potwornym krzykiem zniknęły, a im udało się przedostać dalej. May nie dawała po sobie poznać, że każdy krok wymagał od niej wykorzystania niemal całej siły woli, jednak udawało jej się nadążyć za pozostałymi.
Zbliżali się już do hangaru. Poszło im zaskakująco łatwo, co nie wróżyło dobrze. Jednak nie mieli wyboru, musieli dostać się do jeta, albo zginą otoczeni przez Istoty Cienia. Weszli do hali. Mieli rację, w pomieszczeniu po prostu roiło się od kreatur. W momencie otwarcia drzwi wszystkie rzuciły się na nich. Początkowo agenci, mimo znaczącej przewagi wroga, sprawnie odpierali ataki. Stwory unikały promieni lamp, więc nie mogły zbyt zajadle atakować. Ale nic nie trwa wiecznie.
- Moja lampa wysiadła. – krzyknął Fitz wyrzucając zbędne  urządzenie.
Wyjął pistolet (May jakiś czas temu przeprowadziła obowiązkowy kurs na strzelnicy dla każdego, kto nie miał z bronią palną za dużo do czynienia) i zaczął strzelać. Nie wiele to dawało.
- Moja też. – po chwili Simmons zrobiła to, co jej przyjaciel.
- Nie dobrze. – krzyknął Coulson, gdy on i May także stracili swoje lampy. – Nie przedrzemy się.
Byli zaledwie kilkanaście metrów od jeta. Tak blisko, a jednocześnie za daleko, zbyt wiele stworów stało na ich drodze.
Istoty Cienia były coraz bliżej. Agenci nie mieli szans.  

czwartek, 19 maja 2016

Rozdział XVII



Witajcie z powrotem!!! Wreszcie mi się udało skończyć z tymi maturami i znów jestem z wami. Dziękuję za cierpliwość, mam nadzieję, że teraz już uda mi się regularnie dodawać posty. Ale bez dłuższych wstępów. Zapraszam na długo oczekiwany rozdział :) Mam nadzieję, że będzie to Wielki Powrót XD.

Avengers weszli do pokoju, w którym była Wdowa. Kobieta leżała na łóżku całkowicie nieruchomo. Zabrudzone krwią rozdarcia jej kostiumu odsłaniały rany, jakby od pazurów. Nie były one jednak zbyt głębokie, dlatego trudno było uwierzyć, że to właśnie przez nie Natasha jest o krok od śmierci.
Avengers stanęli koło nieprzytomnej przyjaciółki. Nikt nie miał odwagi się odezwać, ale w sumie co można było powiedzieć w takiej sytuacji?  Wdowa zawsze była silna i nawet kiedy zostawała ranna często nie dawała tego po sobie poznać. Była twarda, a teraz wyglądała tak bezbronnie i… niepokojąco spokojnie.
- J.A.R.V.I.S. możesz sprawdzić jej parametry życiowe? – Tony szepnął na tyle cicho, żeby tylko A.I. go usłyszała.
- Nie wykryto czynności życiowych. – odparł komputer.
Stark skinął głową. W tym momencie Sam przerwał, niedającą się już znieść, ciszę.
- Powinniśmy ją zabrać do szpitala albo… - zaczął.
- Już za późno. – przerwał mu cicho Tony. – Ona nie żyje.
Wszyscy jednocześnie na niego spojrzeli, jednak nikt nie wypowiedział ani słowa. Zawsze dużo ryzykowali, broniąc Ziemi, jednak wierzyli w wygraną. A teraz… zwycięstwo stawało się zbyt odległe. Nie wiedzieli jak długo jeszcze zdołają to ciągnąć, w końcu byli tylko ludźmi.
Po jakimś czasie - minucie, a może godzinie? – panujące w pokoju milczenie, przerwał Doctor Strange.
- Może wrócicie do salonu? – zapytał. – Zaraz do was dołączę.
Avengers skinęli głowami i opuścili pokój. Sif spojrzała na nich pytająco, ale nikt się nie odezwał. Po prostu usiedli na fotelach i kanapie. W powietrzu zawisło ciężkie milczenie. Każdy był pogrążony w swoich myślach, gdy nagle Sokół zerwał się z miejsca.
- To nie ma sensu! – krzyknął. – Nie widzicie, że to nie ma sensu?! Jest nas kilku, przeciwko niezniszczalnej armii istot niewiadomo skąd! Kapitan i Wdowa nie żyją! Hulk jest nie wiadomo gdzie! Ty nie masz młota – spojrzał na Thora. – Twoja zbroja zaraz się rozsypie – zwrócił się do Tony’ego. – Z resztą moje skrzydła też! Ukrywamy się nie wiadomo gdzie! I udajemy, że możemy wymyślić skuteczny plan przeciwko Lokiemu!
- Uspokój się – Stark podszedł do niego. – Krzyki niczego nie zmienią. Nie przywrócisz im życia. Jeśli nie chcesz już walczyć, droga wolna, możesz odejść. Ale nie sądzę żebyś mógł ukryć się przed Lokim. Ja nie zamierzam się poddać, nawet jeśli nie mamy szans na zwycięstwo. I tak zginiemy. Albo chowając się jak szczury, albo walcząc. Chowanie się jakoś nie jest w moim stylu.
- W takim razie co chcesz zrobić? – Sam nadal mówił ostrym tonem, ale już nie krzyczał. -  Walczyć? Ale jak?
- Jeszcze nie wiem. – odparł zgodnie z prawdą Tony. – Ale jeśli się poddamy to stracimy Ziemię.

Phil Coulson nadal siedział w centrum kontroli. Miał pełnie ręce roboty, ponieważ co chwilę przychodziły do niego nowe raporty, ze wszystkich stron świata. Było coraz gorzej. Jego agenci, młodziki, bohaterowie ginęli lub zostawali pojmani przez te Istoty Cienia. To był prawdziwy pogrom. A na domiar złego nie dostał żadnej odpowiedzi od Wdowy, to nie wróżyło najlepiej. Dyrektor zaczął rozważać wycofanie swoich oddziałów oraz projektu Protect z tej bitwy, na superbohaterów i tak nie miał wpływu. Zapewniał mi tylko kontakt, nie mógł wydawać rozkazów.  Przed odwołaniem akcji powstrzymywała go jedynie myśl o tym, że być może tym ruchem skaże wielu niewinnych ludzi na śmierć.
Jakby tego było mało, pojawiły się jeszcze nieuzasadnione zaćmienia Słońca w wielu krajach. Jak na razie ich przyczyna była nieznana, choć pracowali nad tym FitzSimmons. 
Wśród raportów, które przychodziły na jego komputer, Coulson dostrzegł jeden z oznaczeniem „bardzo pilne”. Był to plik o Nowym Jorku. Phil miał złe przeczucia. Gdy otworzył wiadomość, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na wszystkich telebimach w mieście widać było Lokiego, wygłaszającego przemowę (okazało się, że podobne ultimata usłyszeli przywódcy wszystkich krajów i organizacji międzynarodowych), za nim byli Avengers. Zostali pojmani i mieli być straceni na oczach wszystkich. Coulson zaczął żałować, że nie wysłał im żadnego wsparcia, np.: X-Menów, którzy walczyli teraz w Waszyngtonie. Nagle całe nagranie zalała fala oślepiającego, białego światła. Dyrektor nie zobaczył co było dalej, ponieważ zabrzęczał jego prywatny komunikator. Odebrał.
- Phil? – usłyszał głos May.
Zaniepokoił go jej ton i fakt, że agentka kontaktuje się z nim osobiście w środku misji.
- Co się stało? – zapytał.
W tym momencie usłyszał strzały, jakiś krzyk i odgłosy szamotaniny. Po chwili wszystko ucichło i przeszło w szumy w tle.
- Skye nie żyje. – powiedziała powoli. Jej głos był całkowicie wyprany z emocji, May zawsze tak reagowała w najtrudniejszych dla niej chwilach.
Gdy dyrektor usłyszał te słowa, komunikator wyślizgnął się z jego dłoni i potoczył po biurku, zatrzymując na samym jego skraju.
- Phil, jesteś tam? – słowa May do niego nie docierały – Phil?
Dyrektor siedział nieruchomo, wpatrując się w ekran. Stracił Skye…
Musiał jednak szybko otrząsnąć się z szoku, ponieważ ze wszystkich stron przychodziły kolejne raporty, musiał zacząć podejmować jakieś decyzje i to natychmiast. Sięgnął po komunikator.
- Jestem. – powiedział.
-  Chciałam ci to przekazać osobiście. – wyjaśniła. – Tu mamy prawdziwe piekło. Zostaliśmy zdziesiątkowani, a na te stwory nic nie działa.
- Co z cywilami? – zapytał już trzeźwiej myśląc, dyrektor.
Przez komunikator znów dało słyszeć się strzały, May wydawała jakieś rozkazy. Po chwili zrobiło się ciszej.
- Żadnych strat. – odparła. – Ale gdy pojawiła się policja, stwory ich zaatakowały. Kazałam się im wycofać. Zostaliśmy sami, nie wiem jak długo jeszcze…
Urwała nagle. Coulson usłyszał jakby silne, tępe uderzenia. To naprawdę go zaniepokoiło.
- Natychmiast się wycofajcie. – krzyknął do komunikatora. – Słyszysz May? Wycofajcie się!
- Przyjęłam. – głos agentki był dziwnie zmieniony, jakby była ciężko ranna.
To utwierdziło Phila o słuszności decyzji. Musiał poddać miasto. Dopóki nie znajdą jakiegoś sposobu na pokonanie tych kreatur, nie mógł pozwolić aby więcej jego agentów zginęło w bezsensownej, nierównej walce. Choć było to trudne, musiał odwołać też pozostałych. Wrócą do walki, gdy będą mieli czym walczyć. A to zadanie dla FitzSimmons.
Coulson wysłał wiadomość do wszystkich agentów koordynujących.
„Odwołać oddziały.
Przesłać wszystkie informacje
o Istotach Cienia
do głównego laboratorium.”

- Może zanim zabierzecie się za plan, chcielibyście wiedzieć z kim walczycie? – Avengers i Sif usłyszeli znajomy głos.
Skryty w cieniu rzucanym przez antresolę, Strange opierał się nonszalancko o jedną z kolumn ją podtrzymujących.
- Od dłuższego czasu czekamy na wyjaśnienia. –odezwał się Stark. – Ale jakoś ci się z nimi nie spieszy.
- A więc siadajcie i posłuchajcie. – ruszył w ich stronę.
Sam i Tony zajęli miejsca obok pozostałych. Stephen pstryknął palcami i naprzeciwko Avengers pojawił się wygodny fotel, w którym usiadł mag.
- Tylko mi nie przerywaj, Stark. – spojrzał spode łba na geniusza. – A jeszcze coś… - dodał, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał. Znów pstryknął palcami. W tym momencie zbroja Iron Mana nagle zniknęła, pozostawiając zaskoczonego Tony’ego na kanapie. W następnej chwili pojawiła się tuż za nim.
- Jak…? – wydukał geniusz.
- Dobrze znasz odpowiedź. – odparł mag. – Ale ty i tak uznasz, że to jakaś teleportacja kwantowa, więc po prostu - nieważne jak. Skupmy się na istotniejszych sprawach. Ziemię zaatakowały Istoty Cienia, mroczne byty z innego wymiaru. A konkretnie z Helheim, o czym Thor zapewne zdążył już wam powiedzieć. -  Avengers skinęli głowami. – Do tej pory były uwięzione w swym wymiarze poprzez pradawne zaklęcie. Tylko królowa mogła opuszczać rodzimą krainę, choć nie robiła tego zbyt często. Lokiemu musiało się jakoś udać obejść to zaklęcie i uwolnić stwory, a dzięki przymierzu z Hel ma teraz własną armię nieumarłych istot. Prawie nieumarłych. Ich jedyną słabością jest światło słoneczne.
- W takim razie, wystarczy poczekać do świtu. – odezwał się Thor.
- Loki nie jest tak głupi, żeby o tym nie pomyśleć. – Tony zgasił zapał Gromowładnego.
- Masz rację. – odparł Strange. – Loki otoczył Ziemię płaszczem ciemności, przez który promienie Słońca nie mogą przeniknąć. Jest to potężna tarcza stworzona dzięki niebezpiecznemu artefaktowi.
- Aether! – wykrzyknął Thor. – Tylko w jaki sposób wpadł on w ręce… Lokiego? – ostatnie słowo wypowiedział niczym najgorsze przekleństwo.
- Tego nie wiem. – odparł mag. – Ale wiem, że Loki jest w posiadaniu trzech Kamieni Nieskończoności i choć nie może używać ich jednocześnie, czynią z niego naprawdę groźnego przeciwnika.
- Chwilę – przerwał mu Sokół. – Co to są Kamienie Nieskończoności?
- Kamienie Nieskończoności – zaczął Strange. – to najbardziej niebezpieczne i najpotężniejsze artefakty we Wszechświecie. Ich moc pochłonie każdego, kogo wola jest zbyt słaba. Jest ich sześć: kamień duszy, umysłu, mocy, rzeczywistości, czasu i przestrzeni. Każdy pozwala kontrolować pewien obszar Wszechświata. Jeśli ktoś zbierze je wszystkie, będzie w stanie dowolnie kreować rzeczywistość. Jednak nikt nie może kontrolować wszystkich naraz bez Rękawicy Nieskończoności. Ich moc jest zbyt duża. Dlatego Loki nie może trzymać tych, które ma razem, nie mógłby opanować ich mocy i zapewne zginąłby. Jednak jest dość silny, aby użyć jednego z nich, przynajmniej w pewnym stopniu. We włóczni znajduje się kamień umysłu, pozwalający kontrolować innych, daje też posiadaczowi moce telekinetyczne i telepatyczne. Tesseract to kamień przestrzeni umożliwiający teleportację oraz kontrolę nad obiektami. Aether jest kamieniem rzeczywistości pozwala… no cóż na dowolne kreowanie rzeczywistości, gdyby Loki panował nad nim w pełni, nie byłoby tej wojny, od razu stałby się królem Ziemi, a my zapewne przestalibyśmy istnieć. Dlatego musimy się mieć na baczności. Choć myślę, że Loki nie opiera swego planu na Kamieniach, a Tesseract jest nadal w Asgardzie, jednak zapewne zdaje sobie sprawę z tego co posiada i wykorzysta Kamienie jeśli zajdzie taka potrzeba. Ale obecność tych artefaktów może sprowadzić kogoś znacznie gorszego od boga kłamstw - właściciela Rękawicy. Lecz tym zajmiemy się jeśli nadejdzie. Teraz najważniejsze jest pokonanie Istot Cienia. Dzięki nim Loki zwycięża tę wojnę. Udało mu się zabić lub pojmać prawie wszystkich obrońców Ziemi. Do lochów w Helheim trafiają superbohaterowie, ale także policjanci, żołnierze czy strażacy…
- Skąd o tym wiesz? – odezwał się Tony.
- Mówiłem, że masz mi nie przerywać, Stark. – Strange był wyraźnie zirytowany. – I tak nie uwierzysz w to co powiem, a ja nie mam zamiaru tracić cennego czasu na przekonywanie cię.
- A więc co robimy? – powiedziała Sif.
- Mogę przełamać moc Aetheru – zaczął wyjaśniać mag. – Jednak do tego konieczny jest skomplikowany rytuał wymagający niezwykle dużo energii magicznej.
- Dlaczego nie zrobiłeś tego wcześniej? – odezwał się Thor.
Strange wstał i zaczął chodzić w tę i z powrotem, jakby rozważał jakiś trudny problem.
- Nie było mnie na Ziemi. – odparł poważnie. – W jednym z niższych wymiarów, próbowałem powstrzymać demona Dormammu przed przedostaniem się do naszego świata. Gdy wróciłem, okazało się, że Loki was pojmał, a cały świat jest znów w niebezpieczeństwie. Resztę już znacie. Teraz skupmy się na rytuale. Muszę go zakończyć przed zmierzchem, w przeciwnym razie wszystko pójdzie na marne. Ale jest mały problem, musze to zrobić tu.
- A jaki w tym problem? – zapytał Sokół.
- Taki, że będę musiał zdjąć z domu zaklęcia ochronne – wyjaśnił mag, zatrzymując się przed Avengerem. – dzięki, którym Loki jeszcze nas nie znalazł. Gdy to zrobię, zaroi się tu od Istot Cienia, więc dobrze by było żebyście mieli jak się przed nimi bronić.
- Gdybym miał dostęp do jakiegoś warsztatu, mógłbym coś wymyślić. – oznajmił Tony.
- Z tym nie będzie problemu. – odparł Strange. – Pamiętaj tylko, że rytuał najlepiej rozpocząć w południe. Nie będę wnikał dlaczego. – dodał, widząc pytające spojrzenie geniusza. - Musimy być gotowi nim wybije dwunasta.
Tony wstał z miejsca.
- W takim razie prowadź do pracowni. – powiedział.
Obaj mężczyźni ruszyli w tylko magowi znanym kierunku, pozostawiając resztę w salonie.

May zebrała resztki swojego oddziału i wróciła do bazy. Gdy tylko jet wylądował, podbiegli do nich sanitariusze z poziomu szpitalnego. Zabrali rannych i martwych agentów. May ruszyła prosto do dyrektora, choć ją także chcieli zabrać na badania.
Gdy weszła do centrum kontroli, na głównym stanowisku siedział Mac.
- Co ty tu robisz? – zapytała. – Gdzie dyrektor?
- Wezwał mnie, żebym tu posiedział. – odparł agent. – Jest u siebie.
Kobieta ruszyła do wyjścia.
- May – odezwał się znów Mac. Agentka się odwróciła. – Nie jest z nim najlepiej.
Kobieta skinęła głową i opuściła pomieszczenie. Udała się prosto do gabinetu dyrektora. Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła Coulsona rozcierającego skronie. Podeszła do niego.
- Phil – odezwała się. – wszystko w porządku?
Mężczyzna spojrzał na nią. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Wglądał jakby w jednaj chwili, postarzał się o trzydzieści lat.
- Nic nie jest w porządku, May. – powiedział. – Świat jest w niebezpieczeństwie, a ja nie wiem co robić. Nie mamy żadnego pomysłu.
Melinda stała naprzeciwko niego, z rękami założonymi na plecach. Nie była dobra w pocieszaniu, ale…
- FitzSimmons nad tym pracują, prawda? – Coulson skinął głową. – Na pewno znajdą jakieś rozwiązanie, znasz ich.
- Masz rację – dyrektor wstał. – Teraz trzeba działać, a nie załamywać ręce. Wracam do centrum kontroli, zobaczę co się dzieje, a ty idź do laboratorium. Informuj mnie.
- Tak jest. – May zatrzymała się z ręką na klamce. – A, i Phil, trzymaj się, będzie dobrze.
Jakby po to, aby udowodnić jej, że się myli, nagle zawył alarm. Coulson chwycił za komunikator, połączył się z agentami chroniącymi bazę.
- Co się dzieje? – zapytał.
- To te stwory… – usłyszał w odpowiedzi. – Są wszędzie… Wdarły się…
Połączenie zostało zerwane. Dyrektor schował komunikator, schylił się pod biurko. May spojrzała na niego pytająco, ale on nie zwrócił na nią uwagi. Po chwili wyjął jakąś broń.
- To pistolety energetyczne. – oznajmił podając jeden z nich agentce. – Może zadziałają. Przebijamy się do laboratorium, to jedyna szansa.
May skinęła głową, a Phil sprawdził komunikator. Łączność została zerwana.

FitzSimmons dostali właśnie wszystkie dane jakie udało się zgromadzić agentom na temat Istot Cienia. Nie było tego zbyt wiele, ale musiało wystarczyć. Od razu przystąpili do pracy. Zaczęli analizować informacje i sprawdzać różne opcje, jednak wszelkie symulacje nie dawały efektu. W końcu Fitz nie wytrzymał i uderzył pięścią w klawiaturę.
- Co się stało? – Simmons, która stała przy drugim stanowisku, aż podskoczyła.
- To bez sensu. – mężczyzna podparł głowę rekami. – Nic nie działa. Te stwory są z jakiejś innej planety, o której nie mamy pojęcia, więc jak mamy znaleźć sposób, żeby je pokonać? Mamy za…
 - Fitz, spójrz. – przerwała mu Jemma.
- Co jest? – naukowiec odwrócił się w stronę ekranu komputera, na który wskazała kobieta. 
- Wgląda na to, że znalazłeś rozwiązanie. – oboje patrzyli na symulację, która właśnie wyświetlała się na komputerze.
Przerwał im jednak alarm, który rozległ się w laboratorium. Naukowcy nie wiedzieli co się stało, dlatego szybko sięgnęli po komunikatory. Niestety łączność nie działała.
- Coś się stało. – odezwała się Simmons. – Mam złe przeczucia.
- Musimy jak najszybciej skontaktować się z dyrektorem. – zdecydował Fitz. – Tylko my wiem jak pokonać te stwory.
Byli sami w laboratorium, tak im się lepiej pracowało. Z resztą i tak wszyscy agenci z przeszkoleniem bojowym, także naukowcy, zostali wysłani na misję.
W tym momencie za szklanymi ścianami laboratorium pojawiły się Istoty Cienia. FitzSimmons widzieli je już na nagraniach, ale w rzeczywistości były znacznie bardziej przerażające. Wyglądało na to, że jeszcze ich nie zauważyły, ale to tylko kwestia czasu. Naukowcy schowali się pod biurkiem. Fitz lekko się wysunął i zaczął czegoś szukać w szufladzie biurka. Simmons na niego spojrzała. Od razu domyśliła się co robi jej przyjaciel.
- Lampy UV? – zapytała.
- Jestem pewien, że  wczoraj je tu wkładałem. – odparł, nie przerywając przetrząsania szuflad.
- Są tam. – wskazała na biurko po drugiej stronie pomieszczenia. – Potrzebowałam ich do odkażenia próbek i...
Do pomieszczenia wdarła się pierwsza z kreatur.
- Musimy się tam dostać. – głos Fitza zniżył się do szeptu. – To nasza jedyna szansa.
- Dobrze. – Jemma także szeptała. – Na trzy.
Zaczęli odliczać razem.
- Raz… dwa… trzy…
Wybiegli ze swojej kryjówki prosto w kierunku blatu, na którym stało ich wybawienie. Istota Cienia ruszyła za nimi. Przypominała psa myśliwskiego, który zwęszył zwierzynę. FitzSimmons dotarli do celu. Chwycili za lampy i skierowali je na ścigającą ich kreaturę. Ta zatrzymała się w miejscu. Wydała z siebie przeraźliwy pisk, jakby skrzypienie paznokci o tablicę połączone z okrzykiem niewyobrażalnego bólu. Stwór zniknął. Naukowcy odetchnęli z ulgą.
- Co teraz? – zapytał Fitz.
- Chyba idziemy do Coulsona. – w pomieszczeniu zaczęły pojawiać się kolejne Istoty Cienia.
FitzSimmons stali przy ścianie i bronili się dzięki lampom UV, ale stworzeń było coraz więcej.
- Jeśli odłączymy je od zasilania, bateria wystarczy na 30 minut. – zauważyła kobieta.
- Wiem, ale nie mamy innego wyjścia. – oparł Leo. – Nie możemy tu zostać.
- W takim razie, zróbmy to. – Jemma sięgnęła do wtyczek. – Teraz.
Wyrwała lampy z kontaktu i razem z Fitzem zaczęli przedzierać się do wyjścia.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Rozdział XVI

Hej. Tak, tak, to już dwa lata odkąd z wami jestem i odkąd wy jesteście ze mną. Dziękuję wam za to. Bez was nie miałoby to sensu. Tak więc z okazji rocznicy, mimo zawieszenia bloga, powstał nowy rozdział. Pojawi się w nim pewna nowa postać i jedna stara postać, której ostatnio w opowiadaniu nie było. Mam nadzieję, że wam się spodoba, życzę miłego czytania i mam nadzieję, że wytrzymacie do maja, kiedy mam zamiar powrócić do regularnego pisania.


Avengers wiedzieli, że to już koniec. Tym razem się z tego nie wykaraskają. Nie obronią tych ludzi. Jednak nie mogli się poddać, to nie wchodziło w grę. A na świecie są jeszcze inni bohaterowie, którzy ocalą Ziemię.
Hel właśnie otwierała usta, aby wydać rozkaz swoim żołnierzom, gdy cały taras zalał niesamowity blask. Istoty Cienia z nieludzkim wrzaskiem zniknęły. Avengers usłyszeli tylko szczęk mieczy uderzających o podłogę. Światło było oślepiające. Hel gwałtownie się odwróciła, osłaniając się skrzydłami, przed blaskiem. O mały włos nie spadła z tarasu. Loki zareagował niemal natychmiast. Wyczarował osłonę odgradzającą królową Helheim od światła.
Gdy na tarasie znów zapanował przyjemny mrok, po Avengers nie pozostał nawet ślad. Kajdany, w które jeszcze przed chwilą byli zakuci bohaterowie, były nadal zamknięte.
Loki niemal natychmiast odzyskał rezon. Skoro on nie wiedział co się stało, to ci marni śmiertelnicy tym bardziej. Mógł wmówić im cokolwiek chciał i wiedział co powiedzieć. Odwrócił się w stronę miasta.
- Wasza nadzieja została zniszczona. – powiedział. – Avengers nie żyją. Jeśli nie przysięgniecie mi wierności, podzielicie ich los. NA KOLANA!!!
Jego głos potoczył się echem po ulicach miasta. Ludzie patrzyli w przerażeniu na telebimy, na których wyświetlała się postać Laufeysona. Niektórzy klękali, inni stali w osłupieniu, jeszcze inni zaczęli krzyczeć, podnosili przypadkowe przedmioty i rzucali w ekrany.
Loki odwrócił się i ruszył w stronę wejścia do wieży.
- Zdusić rebelię. – zwrócił się do jednej ze stojących na dachu Istot Cienia. – Zastraszyć, nie zabijać.
Wszedł do środka. Hel ruszyła za nim.
- Czyli to ty stałeś za tym pokazem świateł? – zapytała z wyrzutem, gdy drzwi na taras zamknęły się za nimi.
Loki zatrzymał się na środku salonu. Odwrócił się i spojrzał poważnie na królową.
- Oczywiście, że nie. – odparł szczerze. – Nie zrobiłbym ci tego.
- A więc co się stało? – zapytała Hel. – Jak udało im się uciec?
Królowa była zła, powinni bez trudu opanować tę planetę. Avengers musieli zniknąć z jej powierzchni.
- Nie wiem. – Loki usiadł na jednym z dwóch złotych tronów znajdujących się teraz w salonie wieży. Pokój ten uległ dużej zmianie, po przejęciu AvengersTower przez królewską parę. Przyjął odcienie zieleni i czerni, ze złotymi detalami. W ogóle nie przypominał futurystycznie urządzonego salonu Starka, teraz pełnił funkcję sali tronowej i tak taż wyglądał. Na ścianach znajdowały się obrazy w ciężkich złotych ramach oraz tkane gobeliny. Jedyne oświetlenie stanowiły świece umieszczone w kinkietach. Całości dopełniały dwa bogato zdobione trony stojące na podwyższeniu, do którego prowadził zielony dywan z ozdobnym złotym haftem.  – Ale skoro my nie wiem, to Midgardczycy także nie wiedzą. Niech myślą, że ich bohaterowie nie żyją. Jeśli stracą nadzieję, szybciej nam się podporządkują.
Hel także usiadła na tronie. Właśnie otwierała usta, aby odpowiedzieć Lokiemu, gdy w pokoju zmaterializował się jeden z dowódców jej wojsk.
Był to Karagus, prowadzący ataki w Afryce.
- Pani – ukłonił się nisko przed królową. – Większość państw się poddało. Walki toczą się jeszcze tylko w Wakandzie, ale niedługo powinny się zakończyć. Przywódcy przysięgli nam wierność. Pojmaliśmy też wielu obrońców.
- Zabierz ich do lochów w Helheim. – zarządziła Hel. – W podbitych państwach umieść oddziały nadzorujące, nie możemy dopuścić do żadnych buntów.  Pozostali żołnierze mają wrócić do Nowego Jorku. Nadzór nad Wakandą obejmiesz osobiście.
- Tak jest. – znów się ukłonił i zniknął tak nagle jak się pojawił.
W sali tronowej zostali tylko Loki i Hel.
- Wydaje mi się, czy masz jakiś plan? – bóg kłamstw zwrócił się do sojuszniczki.
- Oczywiście, że mam plan. – odparła. – Odnajdziemy i zabijemy Avengers, zanim ci zdążą się przegrupować i znów zaatakować. Gdy wreszcie się ich pozbędziemy, nic, ani nikt nie będzie w stanie nam przeszkodzić w zawładnięciu Ziemią.
- Musimy też dowiedzieć się kto ich uwolnił. – dodał Loki.
- Na razie znajdźmy Avengers. – królowa wstała. – Ich sojusznikiem zajmiemy się później.
- Jak uważasz. – odparł, rozpierając się wygodnie na tronie.
Hel zniknęła, udała się poinstruować swoje wojska.
Gdy tylko królowa opuściła pokój, Laufeyson zerwał się z miejsca. Był wściekły, ale nie chciał tego okazywać przy władczyni Helheim. Wolał aby myślała, że on ma wszystko pod kontrolą, nawet jeśli tak nie było.  Nigdy nie okazuje się słabości.
Ale teraz liczyło się tylko jak najszybsze zniszczenie Avengers. Hel miała rację, należy to zrobić zanim zdążą zebrać siły i przeprowadzić kontratak. Ale co potem? Co gdy zdobędą już Ziemię?
Na razie perspektywa współdzielenia władzy w najmniejszym stopniu mu nie przeszkadzała. Była wręcz dogodną opcją. Władał już Asgardem, a dzielenie uwagi pomiędzy dwa królestwa i utrzymywanie w jednym swojej prawdziwej tożsamości w tajemnicy, w pojedynkę byłoby dość uciążliwe. Zawsze też mógł, gdy znudzi mu się ta „współpraca”, zdjąć swoje czary powodujące przesłonięcie słońca i wypędzić z Midgardu Istoty Cienia. To jednak na razie nie wchodziło w grę, bez armii długo nie utrzyma władzy.
Jednak teraz nie było sensu nad tym rozmyślać. Loki musiał skupić się na aktualnych problemach. Przede wszystkim na tajemniczym sprzymierzeńcu Avengers, który znał słabość Istot Cienia i potrafił uwolnić bohaterów z magicznych kajdan. Jego też trzeba było odnaleźć.
Loki przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia, oddzielonego od pozostałych i odpowiedniego do wyciszenia. Bóg kłamstw zajął miejsce w fotelu i skoncentrował się. Chciał odnaleźć Avengers dzięki magii. Nie było to jednak łatwe, ponieważ większość swoich mocy poświęcał na utrzymanie zaćmienia słońca. Podejrzewał też, że sprzymierzeniec bohaterów potrafi władać magią niegorzej niż on sam.

Avengers nie mieli pojęcia gdzie są, ani co się właściwie stało. Gdy blask w końcu osłabł, po chwili znikając zupełnie, a oni odzyskali wzrok, okazało się, że są w jakimś zupełnie nieznanym im miejscu.
Był to duży mroczny pokój. Na środku znajdowały się szerokie schody prowadzące na wyższe piętro. Ściany od sufitu do podłogi pokryte były regałami wypełnionymi książkami i najdziwniejszymi przedmiotami. Znajdowały się tam też małe stoliki z różnymi artefaktami (niektóre z nich unosiły się kilka centymetrów nad blatem). Powietrze było ciężkie od kurzu, dało się też wyczuć specyficzny zapach… kadzidła?
Nagle w cieniu rzucanym przez antresolę coś się poruszyło. Przed Avengers stanął ciemnowłosy mężczyzna, w niebieskiej szacie z czerwoną peleryną.
- Witajcie w moim Sanktuarium. – powiedział brunet. – Nazywam się Stephen Strange i jestem…
Nie zdążył dokończyć , bo w tym momencie Wdowa straciła resztki sił, które wykorzystywała, aby utrzymać się na nogach i upadła na ziemię. Była przerażająco blada.
- Thor zabierz ją tam. – Strange wskazał na drzwi, które znikąd pojawiły się za nim. Avengers patrzyli na to w osłupieniu, oprócz Thora i Sif, którzy byli przyzwyczajeni do magii. – Spróbuję jej pomóc. A wy się rozgośćcie. – w tym momencie w pokoju pojawiły się fotele i kanapa.
Bóg piorunów wziął Natashę na ręce i ruszył za Stephenem do tajemniczego pokoju.
- O co tu chodzi? – zapytał Tony, gdy magiczne drzwi się zamknęły.
Cała trójka patrzyła po sobie, mając nadzieję, że którekolwiek z nich choć częściowo rozumie całą tę sytuację, ale wszyscy byli tak samo zmieszani. Jeszcze chwilę temu znajdowali się na dachu AvengersTower i byli o włos od śmierci, a teraz znaleźli się w tym dziwnym domu, należącym do ekscentrycznego człowieka, który najwyraźniej posiadał nadprzyrodzone moce.
- Nie wiem. – odezwał się Sokół. – Ale nie wydaje wam się to dziwne? Nic nie wiemy o tym facecie. Myślicie, że możemy mu ufać? Tak po prostu zostawimy z nim nieprzytomną Wdowę?
- Ja bym się tak nie przejmował. – Stark usiadł na jednym z foteli. Nadal miał na sobie zbroję.  Nie wiedział jak ją zdejmie, ale póki J.A.R.V.I.S. nie poinformuje go, że pancerz znów się rozładowuje, nie miał zamiaru zaprzątać tym swojej uwagi.  – W końcu nam pomógł.  A w sumie i tak gorzej niż było, nie mogliśmy się wpakować, więc po prostu poczekajmy, aż ten Strange wróci i nam wszystko wyjaśni.
Sif skinęła głową i zajęła miejsce na kanapie.
- W sumie masz rację. – Sam nie wydawał się do końca przekonany, ale ostatecznie usiadł na fotelu, najpierw zdejmując uszkodzony plecak, w którym ukryte były skrzydła.
W tym momencie drzwi tajemniczego pokoju otworzyły się i wyszedł stamtąd Thor.

- Połóż ją na łóżku. – Strange zwrócił się do Gromowładnego, gdy znaleźli się już w ciemnym pomieszczeniu bez okien. To także było wypełnione regałami, ale na nich stały różne flakoniki, słoiki, suszone zioła i inne najdziwniejsze ingrediencje.
Thor wykonał polecenie. Gdy tylko głowa kobiety dotknęła poduszki, Natasha otworzyła oczy.
- Co się stało? – jęknęła, próbując się podnieść.
- Leż. – zwrócił się do niej Strange. – Jesteś poważnie ranna i nie powinnaś wstawać.
Wdowa przejechała palcami po brzuchu, od którego promieniował nieznośny ból. Poczuła rozdarcia kostiumu ubrudzone czymś gęstym i lepkim. Była to krew, już niemal skrzepła. Rzeczywiście musiała nieźle oberwać, ale krwi było za mało, aby jej utrata mogła spowodować utratę przytomności. Coś jeszcze było nie tak.  
- Gdzie jestem? – zapytała cicho, każdy oddech palił ją w gardle.
- W moim domu. – odparł Stephen, podchodząc do łóżka. Thor stał w pobliżu drzwi, obserwując sytuację w pokoju. – Możesz już wrócić do przyjaciół – zwrócił się do niego brunet.
Ten skinął głową i opuścił pomieszczenie.
- Kim ty właściwie jesteś? – Natasha uniosła się lekko na łokciach, co wyraźnie sprawiło jej ból, bo jej twarz wykrzywił grymas.
- Nazywam się Stephen Strange. – odparł mężczyzna. – A teraz nie ruszaj się i pozwól mi obejrzeć te rany.
Wdowa odsunęła się od niego. W normalnych warunkach już dawno opuściłaby to pomieszczenie, ale mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa, przez co czuło się nieswojo. Była bezbronna.
- Najpierw wytłumacz mi o co tu chodzi. – zażądała, nie dając po sobie poznać jak bardzo boli ją… właściwie wszystko, nie wiedziała co się dzieje. Coraz trudniej jej było zachować trzeźwość umysłu. Tego na pewno nie spowodowały rany na brzuchu. To musiała być jakaś trucizna, ale… Natasha nie mogła myśleć.
- Jestem czarownikiem. – powiedział brunet. -  Jakiś czas mnie nie było, a gdy wróciłem okazało się, że Ziemia została zaatakowana. Zobaczyłem też… Natasha? – kobieta opadła na poduszkę, znów straciła przytomność. Brunet potrząsną ją za ramię. – Natasha, słyszysz mnie?
Wdowa nie odpowiadała. Nie było czasu do stracenia. Trzeba było jak najszybciej podjąć odpowiednie działania.

Avengers siedzieli w milczeniu i czekali na jakieś informacje o Natashy. Minuty się przeciągali, a oni nadal nic nie wiedzieli.
- O, mamy gości. – ciszę przerwał czyjś głos.
Wszyscy bohaterowie równocześnie odwrócili się w kierunku, z którego dochodził. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna azjatyckiego pochodzenia. Widok Avengers zajmujących zestaw wypoczynkowy zdecydowanie go zdziwił.
- Dlaczego doktor Strange nigdy mi o niczym nie mówi? – mruknął do siebie i podszedł do gości. – Witajcie w Sanctum Sanctorum, najbardziej niezwykłym miejscu na całym Świecie. Nazywam się Wong i odpowiadam za ten przybytek.
Tony wstał aby się przywitać.
- Nazywam się… - zaczął, ale Wong był szybszy.
- Wiem kim jesteś ty, Tony Starku, i twoi towarzysze. – powiedział. – To są Thor Odinson i Lady Sif z Asgardu, oraz Sam Wilson – Sokół, najnowszy członek Avengers.
- Skąd… - Stark znów chciał zadać pytanie, jednak Wong i tym razem nie dał mu szansy dokończyć.
- Tyle o was wiem? – zapytał. – Doktor Strange i ja od dłuższego czasu przyglądamy się waszej działalności. Muszę przyznać, że bardzo ułatwiacie nam zadanie.
- Jakie zadanie? – Sokół stanął obok Tony’ego. Sif i Thor także wstali.
- Ochronę Ziemi. – odparł wesoło Wong. – i utrzymanie równowagi między wymiarami. Właściwie to zadania Doktora, ja mu tylko pomagam.
Pytające spojrzenia bohaterów mówiły same za siebie.
- Usiądźcie. – zaproponował Wong. – Wszystko wam wyjaśnię.
„Nareszcie” cała czwórka pomyślała jednocześnie. Znów usiedli na swoich miejscach.
Wong przesunął sobie jeden z foteli tak, aby siedzieć naprzeciwko nich.
- A więc tak. – zaczął. – Doctor Strange jest Najwyższym Czarnoksiężnikiem, zna tajniki magii i potrafi podróżować między wymiarami. Używa swych mocy, aby nie dopuścić do uwolnienia mrocznej energii z wymiarów cienia. Bada też różne artefakty, ale nie będę was zanudzał szczegółami. W każdym razie, odkąd wy działacie, na Ziemi jest większy spokój.
- Chwileczkę. – odezwał się Tony. – Czyli chcesz mi powiedzieć, że to znowu jakaś „magia”? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.
- A powinieneś, Tony. – Strange właśnie wyszedł z pokoju, w którym leżała Wdowa. – Te siły od dawna cię otaczają, a ty nadal się upierasz, że nie istnieją. Masz klapki na oczach.
- Dla mnie to… - zaczął Stark.
- Tylko nieznana ci dziedzina nauki? – dokończył za niego mag. – Mylisz się. Magia nie działa zgodnie z prawami fizyki. Jest czymś zupełnie innym, ale teraz nie czas na spieranie się o oczywistości. Z waszą przyjaciółką jest naprawdę źle.
- To znaczy? – zapytał Sokół.
- Nie jestem w stanie jej pomóc. – powiedział. – Została zatruta mroczną energią przez Wyższą Istotę Cienia. Mógłbym ją uleczyć, jednak zaraz po ataku. Teraz trucizna rozeszła się po całym jej ciele, a ja nie mogę zrobić nic, oprócz zmniejszenia bólu. Niedługo umrze.
Avengers nie mogli w to uwierzyć. Kolejny cios. Drużyna została zdziesiątkowana, a Loki miał ogromną armię. Czy mieli jakieś szanse? Ale bóg kłamstw nie mógł wygrać, nie mógł pozostać bezkarny. Musieli pomścić przyjaciół.
- Chcecie ją zobaczyć? – zapytał Strange.
Avengers skinęli głowami i ruszyli za czarnoksiężnikiem do magicznych drzwi. W pokoju pozostali tylko Sif i Wong.

Wdowa otworzyła oczy. Pokój, w którym się teraz znajdowała, nie przypominał tego, w którym rozmawiała ze Strangem. Był o wiele jaśniejszy, przez okna wlewało się światło poranka. Podniosła się na łóżku, nic już jej nie bolało. Rozejrzała się po pomieszczeniu i wtedy ujrzała mężczyznę stojącego w kącie. Uśmiechał się do niej.
„Umarłam” pomyślała, przyglądając się tak dobrze znanej jej twarzy.
- Jeszcze nie. – odparł Hawkeye, siadając na brzegu łóżka. – Ale niewiele brakuje.
- Ty to słyszałeś? – zdziwiła się. – Jak?
- Sama pomyśl. – odparł, nie przestawał się uśmiechać. – Znasz odpowiedź.
- Jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni. – stwierdziła. – Imaginacją, którą stworzył mój mózg, aby odwrócić uwagę od umierania.
- Może masz rację… - powiedział. – a może się mylisz. Ale to nie ważne.
- Ile mi zostało? – może to było dziecinne pytanie, ale chciała wiedzieć, jakoś się przygotować.
- To zależy od ciebie. – Clint spoważniał i przysunął się do niej nieco bliżej. – Możesz nadal walczyć, ale muszę być z tobą szczery, nigdy nie lubiłaś gdy owijałem w bawełnę. – posłał jej krótki uśmiech, który odwzajemniła. – Możesz zdobyć jeszcze kilka godzin, może jeden dzień, ale tej walki nie wygrasz. Nie bez pomocy, a nawet Strange nie umie ci pomóc. Możesz też po prostu zasnąć…
- Wiesz, że nie mogę. – westchnęła. – Muszę zostać, mam…
 - Dług do spłacenia? – przerwał jej Barton. – Nie wygłupiaj się. Już dawno spłaciłaś wszystkie długi. Zrobiłaś więcej dobrego niż większość ludzi na świecie. Nie musisz już dłużej walczyć. Choć raz pozwól sobie na odpoczynek, wytchnienie.
Wdowa przesunęła się na łóżku, tak aby usiąść obok Clinta.
- To nie jest wyjście. – powiedziała, spoglądając na niego uważnie. – Nie mogę się poddać. Wiesz o tym.
- Wiem. – odparł. – Ale jaki ma sens walka, której nie możesz wygrać?
- Przyznaj, ile razy stoczyliśmy takie walki? – uśmiechnęła się, przypominając sobie wiele misji, których nie chciał się podjąć żaden inny agent S.H.I.E.L.D., a oni kończyli je sukcesem. – I ile razy udało nam się wyjść z nich cało?
- Zdajesz sobie sprawę, że to jest zupełnie inna sytuacja. – powiedział poważnie. To było wręcz nie podobne do Hawkeye’a, on bardzo rzadko bywał poważny. – Choroby nie pokonasz celnym strzałem, czy granatem.
Natasha zwiesiła głowę. Clint, który siedział tuż obok niej, objął ją ramieniem.
- Czyli to już koniec? – zapytała cicho.
Jej głos był wyprany z emocji, to był jej mechanizm obronny. Nie okazywała emocji, zwłaszcza strachu i smutku, tak została wyszkolona. Nie odsłaniaj słabości.
- Tak. – szepnął. – Ostatnia misja.
- To dzieje się tylko w moim umyśle? – jej głos też zniżył się do szeptu. – Nikt mnie tu nie widzi?
Clint potwierdził skinieniem głowy.
Wdowa zerwała się z miejsca i przytuliła się do Bartona, po policzka zaczęły jej spływać łzy. Płakała. Nie robiła tego od… właściwie nigdy tego nie robiła. Nie wiedziała nawet, że to potrafi.
- Wszystko będzie dobrze. – zapewnił cicho Clint, gładząc delikatnie jej włosy. – Po prostu zamkniesz oczy.
Słońce za oknem zaczęło zachodzić. Ciemność ogarnęła dwoje ludzi splecionych w uścisku.


******************************************************************
Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał.
Ps. Strange i Wong to takie moje wersje tych postaci, ponieważ niestety nie miałam okazji czytać żadnego komiksu z nimi, a film jeszcze nie wyszedł, dlatego mogą oni nie przypominać swoich pierwowzorów. Mam nadzieję, że nie będzie wam to bardzo przeszkadzać.

środa, 11 listopada 2015

Uwaga

Witajcie czytelnicy, wszyscy którzy nadal ze mną jesteście.
Ale się zrobiło oficjalnie xD
Ale do rzeczy.
Jak zapewne zauważyliście ostatnio posty są bardzo nieregularne i pojawiają się zbyt rzadko. No cóż mam za dużo rzeczy naraz do zrobienia, a w efekcie nie chce mi się nic robić. Jakoś nie mogę znaleźć weny, a do tego co chwila mam jakieś sprawdziany itd. Doszłam do wniosku, że bez sensu jest dodawać jeden post w miesiącu, dlatego postanowiłam zawiesić bloga na bliżej nieokreślony czas. Nie zamykam go i wrócę na pewno, ale prawdopodobnie dopiero po maturze, czyli w maju 2016. Mam nadzieję, że mnie za to nie zlinczujecie.
Jeśli ktoś chce zostać poinformowany o moim powrocie niech zostawi maila w komentarzu lub napisze do mnie na hangouts.
Pozdrawiam
Anka