Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Zaginiona siostra". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Zaginiona siostra". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 stycznia 2015

Epilog

To już jest koniec tego opowiadania, ale nie bloga. A jutro konkurs.

May wyjęła komunikator.
- Już po wszystkim. - powiedziała.
- Zaraz po was przylecimy. - odparł Mac.
- Jak to PRZYLECIMY! - zdenerwowała się agentka. - Czy ty masz zamiar pilotować MÓJ samolot?!
- Już to robię. - odparł mężczyzna i rozłączył się zanim Melinda zdążyła znów się odezwać.
Gdy się spotkają, będzie miał kłopoty.

Wszyscy schwytani agenci A.I.M. i MODOK zostali zamknięci w celach, w samolocie.
- Zamkniemy ich w jednym z tajnych więzień. - Phil zwrócił się do Wdowy.
Pozostali Avengersi stali pod ścianą One Times Square. Na placu stał samolot.
- To dobrze. - odparła Natasha. 
- Do zobaczenia - Coulson wsiadł do "Autobusu".
- Do zobaczenia - usłyszał jeszcze odpowiedź kobiety. 
Ruszył w stronę salonu. Jeszcze zanim wszedł do środka, dobiegł go głos May.
- Czy wyście już do końca powariowali?! - krzyczała agentka. - A co by się stało, gdybyście natknęli się na cały oddział?! Chcieliście się zabić?! Są na to łatwiejsze...
W tym momencie do salonu wszedł Phil.
- Co tu się dzieje? - zapytał, widząc siedzących na kanapie Fitza, Simmons i Maca oraz stojącą nad nimi May.
- Wiesz, co oni zrobili? - kobieta mówiła już spokojniejszym głosem. - Zostawiłam ich w samolocie, gdy odnalazłam Wdowę. A oni postanowili sobie POLECIEĆ do elektrowni i bawić się w mechaników.
- Czy to prawda? - Coulson zwrócił się do trójki na kanapie.
- Tak. - odezwał się Fitz.
- Uruchomili ją ponownie. - dodał Mac.
- Dobra robota - powiedział Phil.
- Dobra... - May nie mogła uwierzyć w to co słyszy. - Przecież mogli zginąć, są niewyszkoleni i nieodpowiedzialni.
- Ale sobie poradzili. - Coulson był zupełnie spokojny - I to właśnie pomimo tego, że są niewyszkoleni. Pomyśl, jacy przydatni by byli po treningu.

***

Minął już tydzień, odkąd Tony trafił do szpitala. Kilka dni temu, gdy został oczyszczony z podejrzeń, przewieziono go do prywatnej kliniki. Mimo to nadal był w śpiączce. Lekarze nie mogli znaleźć jej przyczyny. 
Pepper codziennie odwiedzała Tony'ego. Spędzała przy jego łóżku tyle czasu ile mogła, ale była też prezesem Stark Industries. Niektóre sprawy musiała załatwiać osobiście, choć nie mogła się na niczym skupić. 
Tego dnia miała jedno spotkanie. Przez cały czas myślała tylko o tym, kiedy będzie mogła wrócić do kliniki. Gdy wyszła z biura, od razu pojechała do Tony'ego. 
Weszła do sali, w której leżał mężczyzna. Usiadła na fotelu przy jego łóżku. Wzięła go za rękę. Poczuła uścisk na swojej dłoni, bardzo lekki, ale jednak. Spojrzała na Tony'ego. Mężczyzna uśmiechał się do niej. 
- Miałem zwariowany sen. - szepnął. - Cieszę się, że tu jesteś. - cały czas patrzył na kobietę.  
-Ciii - odezwała się Pepper. - Nic nie mów. Nie przemęczaj się. 
- Nie jestem zmęczony. - podniósł się do pozycji siedzącej, co poskutkowało bólem głowy, osunął się znów na poduszkę. - Gdzie jesteśmy? - mężczyzna dopiero teraz zauważył, że to nie ich sypialnia.
- W klinice. - odparła krótko Pepper.
- Co? Dlaczego? - zdziwił się Tony.
- Miałeś "wypadek" podczas misji. - wyjaśniła kobieta.
- Pamiętam - Stark znów się podniósł, tym razem trochę wolniej. - Wczoraj, na Times Square. Moja zbroja zaczęła wariować. Musiałem ją zniszczyć...
- Tony - zaczęła Pepper. - To nie zdarzyło się wczoraj, tylko tydzień temu.
- Co? - mężczyzna zamrugał gwałtownie.
- Byłeś w śpiączce.

***

Kilka dni później, Tony opuścił wreszcie klinikę i wrócił do wieży. Wszyscy Avengersi - oprócz Thora, który razem z Jane i Katriną byli już w Nowym Meksyku - czekali na niego na parterze. Po szybkim powitaniu, przeszli do salonu. Gdy wszyscy usiedli, Tony zapytał:
- Gdzie Anne?
Wszyscy zamilkli.
- To nie była twoja siostra. - pierwszy odezwał się Banner. - Tylko przebrana agentka A.I.M.
- Czy ja w ogóle mam siostrę? - Stark był spokojny, ale jednocześnie całkiem skołowany. - A może to wszystko było ukartowane przez A.I.M.?
- Miałeś siostrę - powiedział Bruce. - ale zginęła w wypadku samochodowym jakiś rok temu.
- Czyli A.I.M. uznało, że wiem o istnieniu przyrodniej siostry - zaczął Tony. - i że jeśli ją zobaczę, proszącą o pomoc, to zaraz wpuszczę ją do wieży?
- I się nie pomylili. - odezwała się Natasha.
Stark spojrzał na nią.
- Zejdź z barku. - powiedział, kobieta, z ociąganiem zsunęła się na ziemię. - Właściwie, po co ta "Anne" miała się dostać do AvengersTower?
- Twoje zabezpieczenia były zbyt mocne dla MODOKa, więc... - zaczął Kapitan.
- Kto to jest MODOK? - przerwał mu Tony.
- Technopata, przywódca A.I.M. - wyjaśniła Wdowa.
- To on kontrolował twoją zbroje na Times Square - odezwał się Sokół. To samo zrobił z moimi skrzydłami.
Mina Starka mówiła, że nie do końca rozumie o co chodzi chodzi. Kapitan zaczął opowiadać o wszystkim od początku.  

niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział XII



Hej. Sorki, że tak długo nie dodawałam rozdziału, jakoś nie mogłam go skończyć pisać. Ale teraz wreszcie jest gotowy. Mam nadzieję, że wam się spodoba i że jest godny czekania :) Aha za tydzień ogłoszę konkurs z okazji pierwszej rocznicy bloga. To jest już ostatni rozdział tego opowiadania (ale nie bloga :)) został jeszcze tylko Epilog. Nom dość tego przydługiego wstępu, teraz zapraszam do czytania.

 Coulson odebrał wiadomość od Wdowy. Miał dostęp do kamer miejskich, jednak żadna z nich nie działała. W mieście musiało być naprawdę źle. Hulk był daleko od cywili, więc jego okiełznanie zeszło na drugi plan.
Phil podzielił swoich agentów na dwie grupy. Morse, Hunter, Skye, Triplett i on w jednej – mieli udać się do miasta i zobaczyć co tam się dzieje – May, Simmons, Fitz i Mac – mieli zabrać Wdowę z dala od Hulka i obserwować czy potwór nie zbliża się do Nowego Jorku.
Drużyna May wzięła samolot, jet bardziej przyda się w mieście, szybko dotarli nad Rikers Island. Nigdzie nie było widać Hulka. May wylądowała.
- Wy zostajecie. – powiedziała kobieta, sprawdzając czy jej broń jest załadowana.
Fitz i Simmons nie odezwali się. Wiedzieli, że z May nie ma co się kłócić.
- Nie możesz iść sama. – odezwał się Mac.
- A żadne z was nie jest odpowiednio przeszkolone. – ucięła stanowczo i otworzyła rampę samolotu. – Tylko byście przeszkadzali.

Bruce także rozpoznał przedmiot trzymany przez Wdowę.
- Kim ona była? – zapytał, jakby kobieta znała odpowiedź.
- Nie mam… - urwała. – Słyszysz to?
Banner wytężył słuch.
- Jakiś szum. – powiedział po chwili.
- Sprawdźmy to. – Natasha wzięła dwa z pozostawionych w jecie pistoletów, jeden podała mężczyźnie. – Umiesz tego używać?
Bruce niepewnie patrzył na broń.
- Raczej nie. – odparł.
- W takim razie zostajesz w jecie. – zarządziła, sprawdzając magazynki. – Nie warto ryzykować.
Wyszła z maszyny. Na wybrzeżu nie było niczego oprócz walających się wszędzie resztek zniszczonych przez Hulka rzeczy. Wdowa powoli szła do przodu, uważnie się rozglądając. W tym momencie zauważyła jakąś postać.
- Stój bo strzelam! – krzyknęły niemal w tym samym momencie.
- Czarna Wdowa, to ty? – May podeszła bliżej. – Gdzie Hulk?
- Sytuacje opanowana. – Natasha schowała broń, agentka zrobiła to samo.
- To dobrze – odezwała się, w tym momencie zabrzęczał jej komunikator. – Miasto zostało zaatakowane przez A.I.M. – odczytała wiadomość.
- Właśnie tam mieliśmy lecieć. – odparła Wdowa, kierując się w stronę jeta.
May szła tuż za nią. Wyjęła komunikator.
- Znalazłam Wdowę. – powiedziała. – Lecimy na Manhattan. Wy zostajecie. – położyła nacisk na ostatnie słowo.
- Ok. – usłyszała Maca.
Natasha nie zwróciła uwagi na tę rozmowę. Kobiety weszły do maszyny.
Bruce siedział na fotelu drugiego pilota, był ubrany w swoje zwykłe ciuchy. Podarty kombinezon do nurkowania leżał w kącie. Mężczyzna odwrócił się do nich.
- Widzę, że znalazłaś wsparcie. – uśmiechnął się.
- To jest agentka May z S.H.I.E.L.D. – oznajmiła Wdowa.
- Startujmy już. – Melinda wyminęła drugą kobietę i zajęła fotel pierwszego pilota.
Banner zwolnił drugie miejsce. Natasha ruszyła w tamtą stronę, ale zakręciło jej się w głowie i musiała podeprzeć się o ścianę jeta. Dobrze że May tego nie widziała. Bruce rzucił jej zaniepokojone spojrzenie, Wdowa postanowiła je zignorować, bywała już w gorszym stanie i wypełniała misje. Zajęła fotel drugiego pilota.

***

Kapitan, z grupką cywili, został otoczony przez duży oddział A.I.M. Nie atakował, bo wrodzy agenci na razie tylko do nich podchodzili. Steve nie chciał ryzykować ofiar wśród ludzi. Wyglądało na to, że jest na przegranej pozycji, ale w tym momencie na niebie pojawił się jet. Kilka celnych strzałów i cały oddział został pokonany.
Maszyna wylądowała na ulicy. Ludzie się rozbiegli. Z jeta wysiadły Wdowa i May. Kapitan do nich podszedł. Właśnie otwierał usta, żeby coś powiedzieć, gdy wszystkie ekrany się włączyły. Nie tylko te reklamowe na budynkach, także wszystkie telewizory na wystawach sklepów. Gdyby zajrzeli do któregoś mieszkania, okazałoby się, że tam również działał telewizor. Światła także znów się włączyły.
Na ekranach pojawił się MODOK.
- Odebrałem wam elektryczność... – jego głos rozszedł się po całym Nowym Jorku. – moje oddziały pustoszą miasto. Odwołam je, jeśli przekażecie mi władzę. W przeciwnym razie wszyscy zginiecie. – wszystko zgasło.
W mieście zapanowała nagle całkowita cisza. Żadnych krzyków, żadnych trąbiących samochodów, żadnego warkotu silników…

MODOK był na dachu One Times Square. Patrzył z góry na to miasto, tak bezbronne, pozbawione elektryczności. Tak śmieszne w swym zacofaniu. Gdy już mu przekażą władzę, sprawi że Nowy Jork będzie prawdziwą technologiczną metropolią. Ludzie będą posłuszni, a miasto – spokojne; bez morderstw, napadów kradzieży… Nieudolne służby porządkowe zostaną zastąpione przez wyspecjalizowane, techniczne zaawansowane jednostki. Ulepszy to miasto, ale nie wszyscy to docenią. Zacofani głupcy.
Odwrócił się. Czas ogłosić żądania.

- Widzisz gdzieś MODOKa? – Kapitan połączył się z Sokołem.
Sam wzbił się w powietrze. Chwilę krążył nad centrum Manhattanu, w końcu coś dostrzegł. Szybko rozpoznał MODOKa, bo trudno było go z kimkolwiek pomylić.
- Jest na dachu One Times Square. – zameldował.
- Thor, słyszałeś? – Natasha skontaktowała się z Gromowładnym – Za trzy minuty na Times Square.
May przekazała wiadomość Coulsonowi.
Chwilę później nad placem unosiły się dwa jety. Thor i Sokół także do nich dołączyli.
- Straciłam sterowność! – krzyknęła nagle May, zanim zdążyli wznieść się na wysokość dachu.
- Silniki wysiadły! – usłyszała podniesiony głos Wdowy.
Banner zobaczył przez przednią szybę, że drugi jet też ma kłopoty.
Sokół i Thor nie wiedzieli co się dzieje. Obie towarzyszące im maszyny zaczęły spadać. Wszystko działo się za szybko.
- Co jest?! – krzyknął Sam, wtedy jego skrzydła przestały działać.
Gromowładny złapał go w ostatniej chwili. Obaj mężczyźnie stanęli na ulicy w momencie, gdy jety uderzyły o ziemię.
Karoseria jednej z maszyn zaczęła się wyginać, jakby coś próbowało się przebić na zewnątrz. Po chwili metal ustąpił i w poszyciu jeta powstała dziura. Z wnętrza wyskoczył Hulk. Zaraz za nim z maszyny wyszły Wdowa i May. Ta druga miała rozcięte czoło.
W tym czasie Thor otworzył rampę drugiego jeta. W środku było pięciu ludzi. Coulson, Skye i Hunter z trudem dźwigali się z podłogi. Piloci – Bobby i Triplett – nie ruszali się, oni oberwali najgorzej. Phil chwiejnym krokiem podszedł do nich. Trip otworzył oczy i zamrugał kilka razy. Gdy rozpoznał dyrektora, odezwał się:
- Co ta było? – jego wzrok padł na drugi fotel pilota. – Co z nią? – zapytał.
Coulson odwrócił się do kobiety, która leżała na desce rozdzielczej.
- Bobby? – ona tylko jęknęła.
Phil dopiero teraz zauważył, że drążek kierowniczy złamał się i wbił w rękę agentki.
To wszystko rozegrało się w ciągu kilku minut, może nawet nie.
Phil i Bobby, już odpowiednio opatrzona, wyszli z jeta.
- Co tu się stało? – zapytał Phil, gdy podeszli do pozostałych.
Wszyscy stali obok wraków jetów, a wokół nich było mnóstwo odłamków metalu i kawałków szkła.
- To sprawka MODOKa - odezwał się Sokół. – Moje skrzydła po prostu się wyłączyły.
- W jecie wysiadły silniki – dodała Wdowa.
- W naszym… - Bobby nie zdążyła dokończyć, bo koło ucha świsnął jej pocisk.
Avengersi i Agenci szybko schronili się między wrakami i odpowiedzieli ogniem.
Ze wszystkich stron nadciągały oddziały A.I.M. Bohaterowie zostali odcięci pod One Times Square. Wrodzy agenci, przynajmniej na razie, nie mogli ich trafić. Na szczęście na placu nie było żadnych cywili. Hulk ruszył w stronę atakujących, robiąc wyrwę w ich szeregach. Jednak było ich zbyt wielu, żeby mógł wszystkich powstrzymać. Thor przywołał pioruny, to na chwilę zatrzymało nacierający oddział, ale nie na długo.
- Nie damy rady! – krzyknął Sokół, nie przerywając strzelania.
- Jest ich zbyt wielu – dodał Triplett, wymieniając magazynek.
- Cofnijmy się do budynku – odezwał się Kapitan, rzucając tarczą.
Ta zwaliła z nóg kilku agentów A.I.M., odbiła się o sąsiednią budowlę i wróciła do niego.
- Tam też mogą być oni. – Phil wskazał głową atakujących.
Nikt mu nie odpowiedział, bo nie było na to czasu. Szybko dostali się do One Times Square.
- Thor! – zawołał Kapitan, ale bóg piorunów tylko machnął ręką i nie przerwał walki, zatrzymując wrogich agentów na kilka cennych sekund.
W tym czasie Agenci i pozostali Avengersi zablokowali drzwi.
- Trzeba zatrzymać MODOKa – powiedziała Wdowa. – Gdy nie będą mieli przywódcy, łatwiej będzie ich pokonać.
- Masz rację. – wszyscy się zgodzili i ruszyli w górę po schodach.
Nie spotkali żadnych wrogich agentów. Dopiero gdy weszli na najwyższe piętro, zostali zaatakowani. Kule zabrzęczały o tarczę Kapitana. Bohaterowie musieli się cofnąć na schody, ale szybko pokonali ten kilkunastoosobowy oddział pilnujący wejścia na dach.
Dostali się na górę. MODOK stał, a właściwie lewitował, kilkanaście centymetrów nad krawędzią dachu. Nie był sam. W koło niego stało kilkudziesięciu agentów. Gdy usłyszeli, że ktoś wchodzi na górę, odwrócili się jak na komendę.
- Do ataku! – krzyknął MODOK.
Oddział A.I.M. na szczęście nie miał broni palnej, ale bohaterom zostały tylko dwa pistolety. Jeden miała Skye, drugi – Wdowa, szybko podała go Coulsonowi, bo ten stracił swój.
Wrodzy agenci nie byli bezbronni. Mieli coś co wyglądało jak włócznia z paralizatorem na końcu. Jednak ładunek wytwarzany przez te „paralizatory”, działał bezpośrednio na ośrodkowy układ nerwowy, już jedno dotknięcie powodowało śmierć.
Rozgorzała walka.
May, Wdowa i Triplett stali do siebie plecami, osłaniając się nawzajem. Podobnie działali Hunter i Morse. Coulson i Skye strzelali do agentów A.I.M.
- Skończyły mi się naboje. – krzyknęła dziewczyna.
- Mnie też. – Phil wyrzucił pistolet.
Teraz wszyscy walczyli wręcz z otaczającym ich wrogim oddziałem. Kapitan i Sokół, którego skrzydła nadal nie działały, przedzierali się w stronę MODOKa

Hunter wyrwał jednemu z atakujących, to dziwne urządzenie. Był lepiej wyszkolony niż słudzy A.I.M., więc teraz nie mieli z nim szans. Padali jeden po drugim. Atakowało go może jeszcze z czterech agentów, gdy poczuł, że Bobby, która cały czas stała plecami do niego, osuwa się na ziemię. Szybkim ruchem włóczni przewrócił wszystkich wrogów i odwrócił się. Morse leżała bez ruchu, a do niej zbliżali się kolejni napastnicy. Hunter już szykował się do odparcia ataku, ale podbiegła do niego May.
- Sprawdź co z nią! – krzyknęła i już walczyła z wrogimi agentami.
Hunter przyklęknął przy leżącej kobiecie.
- Bobby, słyszysz mnie? – chciał złapać ją za ramię, ale w ostatniej chwili cofnął dłoń.
Opatrunek na ręce kobiety był cały czerwony, przeciekała przez niego krew. Hunter dopiero teraz poczuł, że klęczy na czymś mokrym. Czerwona, lepka kałuża. Bobby straciła dużo krwi. Mężczyzna zdjął T-shirt, wyją z kieszeni scyzoryk, który zawsze nosił przy sobie, i przygotował wąski pasek materiału. Zawiązał go nad raną na ramieniu kobiety. Krwawienie zmniejszyło się, a po chwili ustało.
- Bobby, obudź się – potrząsnął nią lekko.
Kobieta nie zareagowała.
- Trzeba ją stąd zabrać! – krzyknął do May.
- Jestem zajęta! – odparła z irytacją agentka, blokując atak jednego z „pszczelarzy”.
Kopnęła go w podbrzusze i wyrwała mu włócznię z rąk. Tamten opadł na kolana.
Hunter ocenił odległość do schodów prowadzących na dół. Nie było tam wrogich agentów, więc te kilkanaście metrów nie stanowiło problemu. Wziął Bobby na ręce i ruszył w tamta stronę.

Kapitan i Sokół przedostali się przez wrogi oddział. Biegli w kierunku MODOKa. Steve rzucił tarczą, ale w tym momencie skrzydła Sokoła rozłożyły się, blokując atak. Tarcza odbiła się i poleciała w bok.
- Co jest?! – krzyknął ze zdziwieniem Kapitan.
- Nie panuję nad nimi! – Sokół wzbił się w powietrze.
Steve odskoczył na bok, aby Sam na niego nie wpadł. Chwycił tarczę w ostatniej chwili, bo skrzydła znów zaatakowały. Kapitan się zasłonił.
- Zdejmij je! – zawołał, gdy Sokół znów wzbił się w powietrze.
- Nie mogę – Sam próbował walczyć z maszyną, co zaowocowało tym, że uderzył w dach.
Mężczyzna był lekko oszołomiony, ale skrzydła znów uniosły go w powietrze.

- Hunter ma kłopoty! – krzyknęła May.
- Leć, poradzimy sobie – odparli Trip i Wdowa.
Stanęli do siebie plecami. Kobieta zablokowała kolejny atak. Jednym sprawnym ruchem wytrąciła „pszczelarzowi” włócznię z ręki. Poraziła go swoimi żądłami.
Zauważyłam, że Skye i Coulson zostali rozdzieleni. Dyrektor radził sobie dobrze, ale młoda agentka miała kłopoty.
- Lecę do Skye – krzyknęła i ruszyła na pomoc dziewczynie.
W ostatniej chwili zwaliła z nóg agenta A.I.M., który ją atakował.
- Dzięki. – odezwała się agentka.
Trip dołączył do Phila.

Na dachu zostało niewielu agentów. W tym momencie May usłyszała tupot na schodach. Odwróciła się w tamtą stronę, kopiąc z półobrotu jednego z napastników.
Na dach przybył kolejny oddział A.I.M.
„Oby Hunter się na nich nie natknął.” przemknęło tylko May przez głowę, zanim sięgnęła po jedną z walających się wszędzie włóczni i przygotowała się do odparcia ataku.

***

Mac siedział w kabinie pilota. Nie podobało mu się to, że May kazała im zostać. Choć miała trochę racji, nie byli wyszkoleni.
Nagle drzwi za nim otworzyły się. Mac gwałtownie się odwrócił.
- Hej Fitz – powiedział – Gdzie byłeś?
- Z Simmons w tym… no… - naukowiec zaczął niecierpliwie pstrykać palcami.
Od pewnego „wypadku” podczas walki z Hydrą często nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa, aby coś powiedzieć.
- W laboratorium? – podpowiedział Mac.
- Tak – Fitz spojrzał na deskę rozdzielczą samolotu. – Umiesz tym latać?
- Pilotować umiem, ale nigdy nie latałem tak dużą maszyną – odparł po chwili Mac. – Zresztą, May nie pozwala dotykać sterów. A o co chodzi?
 - Musimy dostać się na Roosevelt Island.
- Ale po co? – Mac nie miał pojęcia co wymyślił jego przyjaciel.
Fitz już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi znów się otworzyły. Do kabiny weszła Simmons.
- Co wy wymyśliliście? – zapytał od razu Mac.
Kobieta przez chwilę wyglądała na zbitą z tropu. Ale szybko domyśliła się o co chodzi.
- Miasto zostało odcięte od dostaw prądu. – wyjaśniła. – Ktoś wyłączył elektrownię Verdant. Chcemy się tam dostać i sprawdzić czy uda nam się ją ponownie uruchomić.

Kilka minut później wylądowali tuż obok elektrowni. Mac nie wyłączył kamuflażu, więc samolot był nadal niewidzialny.
Opuścił kokpit i poszedł do salonu. Tam czekali na niego Fitz i Simmons.
- I co teraz? – zapytał.
- Musimy dostać się do środka, ale… - Fitz urwał.
- Mogą tam być straże pozostawione przez A.I.M. – dokończyła za niego Simmons.
- Coś się na to poradzi. – odparł Mac i ruszył w stronę schodów.
Po chwili wrócił, niosąc jakieś pudełko.
- Icery - wyjaśnił, widząc zdziwione spojrzenia dwójki naukowców. – Umiecie z nich strzelać, nie?
Pokręcili głowami. Mac wyjął jeden z pistoletów.
- Odbezpieczacie. – powiedział. – i pociągacie za spust. Nic prostszego. – podał im po jednym Icerze.
- Kiedy nauczyłeś się strzelać? – zapytał Fitz, biorąc broń do ręki.
- Byłem kilka razy na strzelnicy – odparł – Może nie jestem strzelcem wyborowym, ale wiem jak posługiwać się bronią.
Cała trójka wyszła z samolotu. Buło bardzo cicho, jakby wyspa całkowicie opustoszała.
Brama Verdant Power była otwarta. To zły znak. Agenci weszli na teren elektrowni. Na placu nikogo nie było. A jeśli A.I.M. zostawiło straże to powinni się już na nich natknąć. Nawet jeśli ktoś był w budynku, to usłyszałby lądujący samolot. Nie zobaczyłby go, ale na pewno by usłyszał, a wtedy wyszedłby, żeby sprawdzić, co się dzieje. Tymczasem plac był zupełnie pusty.
- Może mieliśmy szczęście? – odezwał się z nadzieją Fitz.
Jak na zawołanie, drzwi budynku otworzyły się i ze środka wybiegło trzech agentów A.I.M.
Mac od razu strzelił, trafił jednego z napastników. Fitz i Simmons przez sekundę nie wiedzieli co mają zrobić, ale szybko się ogarnęli i zdjęli pozostałych dwóch.
„Oby nie było ich więcej.” Przemknęło przez głowę Fitzowi, ale wolał tego nie mówić nagłos.
Weszli do środka. Przed nimi ciągnął się długi korytarz. Na jego końcu ktoś leżał z rozrzuconymi kończynami i dziwnie wygiętą głową. Simmons do niego podbiegła. Mac i Fitz ruszyli za nią.
Mężczyzna leżący na podłodze wyglądał na pracownika elektrowni. Jemma przyklęknęła przy nim. Po chwili odwróciła się do przyglądających się jej przyjaciół. Miała nieokreślony wyraz twarzy.
- Nie żyje. – wyrzuciła po chwili.
Wstała.
- Musimy iść dalej. – powiedziała – Teraz tam. – wskazała na drzwi.

Zatrzymali się przed wejściem do sterowni.
- Tam na pewno są jacyś agenci A.I.M. – powiedział Mac. – Wchodzimy na trzy. Raz… Dwa… Trzy. – otworzył drzwi.
W środku rzeczywiście byli „pszczelarze”. Mac, Fitz i Simmons zaskoczyli ich na tyle, ze beż trudu ich pokonali.
Mac przesunął ciała uśpionych agentów A.I.M. pod ścianę. Wtedy zauważył kolejnych pracowników elektrowni, zostali zabici. Jemma i Leo zajęli się już uruchamianiem urządzeń, więc nie zwracał ich uwagi na kolejne trupy.
Simmons przesunęła jedną z dźwigni – zanim tu przyszli ona i Fitz dokładnie przestudiowali planu całej elektrowni, więc dobrze wiedziała co robi – ale dźwignia wróciła na swoje miejsce. Leo miał podobne problemy z wajchą uruchamiającą turbiny. Siłowali się z tymi urządzeniami przez parę minut, w końcu im się udało. Po chwili wszystkie światła się włączyły.
- Dobra robota – powiedział Mac.

***

May, Skye, Coulson i Triplet zostali rozdzieleni przez wrogich agentów, mimo to radzili sobie dobrze. Wdowa i Kapitan próbowali wyłączyć skrzydła Sokoła, które nadal ich atakowały.
Steve osłaniał Natashę, gdy ta ruszyła w stronę MODOKa.
- Nie uda ci się to! – krzyknął tamten.
W tym momencie Sokół wyminął Kapitana. Sam próbował walczyć ze skrzydłami, jednak one leciały wprost na Wdowę. W ostatniej chwili Wilsonowi udało się trochę zmienić trajektorię, niestety za mało. Natasha upadła na ziemię. Szybko się podniosła. Spojrzała na MODOKa, był jakby rozproszony.
Sokół nadal leżał na ziemi. Steve podbiegł do niego. Dwoma szybkimi ciosami tarczy, odciął oba skrzydła od reszty kostiumu. Sam przekręcił się na plecy.
- Dzięki – powiedział.

Wdowa zauważyła, że Modok ma na głowie coś w rodzaju opaski z jakimś urządzeniem na środku. Teraz coś przy nim majstrował. Natasha ustawiła swoje żądła na najwyższą moc.
- Steve! – Kapitan właśnie pomagał wstać Sokołowi. – Pomożesz?
Od razu domyślił się, o co jej chodzi. Stanął w odpowiednim miejscu. Natasha rozpędziła się, skoczyła i odbiła się od tarczy Kapitana. Zrobiła salto nad MODOKiem. On ją zauważyła, ale było już za późno. Wdowa trafiła żądłem wprost w urządzenie na jego czole. MODOK się zachwiał i uderzył o ziemię. Stracił przytomność, a może…
Natasha nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Musiała pomóc pozostałym pokonać resztki oddziału A.I.M.
Nawet nie zauważyli kiedy światła miasta znów się zapaliły.

sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział XI



Hej. Sorki, że tak długo nic nie dodawałam, ale Święta itd. Mam nadzieję, że za bardzo się na mnie nie gniewacie :) A teraz zapraszam na nowy rozdział. Miłego czytania

Wkrótce dotarli nad East River. W jecie był sprzęt do nurkowania. Banner założył kombinezon i wziął narzędzia. Wdowa zawiesiła maszynę tuż nad wodą, tam gdzie miał się znajdować reaktor.
- Masz zapas powietrza na godzinę. – odezwała się do Bruce’a.
- Starczyłoby dziesięć minut, potem… - urwał.
Natasha wiedziała co potem. Albo Banner usunie rdzeń i wszystko wyłączy, albo dojdzie do wybuchu.
Wdowa otworzyła rampę jeta.
- Powodzenia – zdążyła jeszcze powiedzieć kobieta, zanim Bruce zniknął pod powierzchnią rzeki.
Było ciemno. Na szczęście skafander miał wbudowany noktowizor. Banner go włączył. Dosyć szybko znalazł reaktor, mimo to zostało niewiele czasu.
- Masz go? – usłyszał w słuchawce głos Wdowy.
- Tak, ale teraz ta trudniejsza część. – odparł, wyjmując jedno z narzędzi.
Zdjął pokrywę zabezpieczającą, odsłaniając rdzeń.
Powinien być bardzo ostrożny, ale nie było na to czasu. Reaktor mógł wybuchnąć w każdej chwili. Banner wyjął szczypce. Szybkim ruchem wyszarpnął rdzeń. W tym momencie w wodzie rozeszło się wyładowanie elektryczne. Kostium do nurkowania okazał się zbyt słabym izolatorem. Prąd przeszył Bruce’a.

Wdowa wylądowała na brzegu Rikers Island. Czekała, aż Banner się wynurzy. Nagle usłyszała donośny plusk. W niebo wzleciał jakiś kształt. Wylądował tuż obok jeta. Natasha od razu zrozumiała co się dzieje. Hulk. Szybko poderwała maszynę w górę. Olbrzym nie zwrócił na to uwagi, zaczął miotać się po nabrzeżu. Niszczył wszystko, co tam było. Wdowa wiedziała, że jeśli go tu nie zatrzyma lub nie uspokoi, Hulk wkrótce dotrze do centrum Manhattanu.
Musiała być ostrożna, aby jeszcze bardziej nie rozzłościć zielonego olbrzyma. Postanowiła zrezygnować z używania jeta. Wylądowała kilkaset metrów od Hulka. Zanim wysiadła, wyjęła jeszcze komunikator.
- Mam kłopoty z Bannerem, gdzie jesteście? – próbowała się połączyć z którymkolwiek Avengerem, ale nikt nie odpowiadał.
- Chwilowo… jestem… zajęty… - z urządzenia dobiegał urywany głos Steve’a.
- W mieście jest niezła rozróba – tym razem odezwał się Sokół.
- Jakoś sobie poradzę. – rzuciła do nich Wdowa.
Zrezygnowana wyłączyła komunikator. Hulk nadal był zajęty demolowaniem wszystkiego, co mu wpadło w ręce. Natasha wyjęła drugi komunikator. Ten miał orła na obudowie. Ustawiła linię alarmową S.H.I.E.L.D. i napisała:
„Zamieszki na Manhattanie. Hulk na Rikers Island. C.W.
Wysłała wiadomość i schowała urządzenie.
Wdowa podeszła do Anne, która do tej pory siedziała cicho z tyłu jeta. Natasha wyjęła kajdanki i przykuła ją do zaczepu, na którym wcześniej wisiał spadochron.
- Zostań tu. – rzuciła.
Wysiadła z jeta, zostawiając go gotowego do startu, tak na wszelki wypadek. Większość broni zostawiła w maszynie (poza zasięgiem Anne), na Hulka i tak by nie zadziała, a mogłaby go rozzłościć.
Dopiero teraz zauważyła, że od miasta nie bije światło. Musiało być gorzej niż myślała. Miała nadzieję, że pozostali sobie poradzą.
Zaczęła powoli zbliżać się do Hulka, który należał do bardzo wąskiego grona osób, rzeczy i sytuacji, które ją przerażały. Miała uniesione ręce, aby pokazać mu, że nie ma żadnej broni. On nie zwracał na nią uwagi. Natasha znajdowała się kilkadziesiąt metrów od zielonego olbrzyma, gdy ten się odwrócił. Przez chwilę patrzyli na siebie w kompletnym bezruchu. Potem wszystko zaczęło dziać się jednocześnie.
Wdowie wypadł komunikator. Hulk ryknął i w jednej chwili znalazł się przy niej. Złapał ją w pasie. Próbowała się wyrwać, ale to było na nic. Zielony olbrzym jednym szybkim ruchem wyrzucił Natashę w powietrze. Kobieta upadła na ziemię kilkanaście metrów dalej, uderzając głową w kamień.

Na ulicach miasta roiło się od oddziałów A.I.M.. Kapitan, Thor i Sokół walczyli z nimi, ale wrodzy agenci byli za bardzo rozproszeni po całym Manhattanie. Bohaterów było tylko trzech i choć się rozdzielili, nie mieli szans skutecznie odpierać ataków.
Kapitan walczył na Times Square. Był tam jeden z oddziałów A.I.M. Steve w ostatniej chwili zasłonił się przed kulami. Z trzech stron zaczęli się do niego zbliżać wrogowie, w tym momencie usłyszał wezwanie Wdowy.
- Mam kłopoty z Bannerem, gdzie jesteście?
Agenci go otoczyli. Sytuacja nie była ciekawa. Udało mu się powalić jednego, ale pozostali nie pozostawali dłużni.
- Chwilowo… – zaczął odpowiadać, ale musiał się zasłonić przed atakiem. – jestem… – odparował cios. – zajęty… - zakończył, powalając ostatniego wroga.
Wtedy zauważył, że w jednym z pobliskich sklepów zostało uwięzionych kilku ludzi. Bilbord, który spadł z jakiegoś budynku, zablokował drzwi. Do sklepu zbliżali się agenci A.I.M. Kapitan ruszył w tamtą stronę.
- W mieście jest niezła rozróba.
- Jakoś sobie poradzę.
Usłyszał jeszcze krótką wymianę zdań między Sokołem a Wdową.

Thor pozostał w pobliżu AvengersTower. Chciał mieć pewność, że Katrina i Jane są bezpieczne. Na tej ulicy było najwięcej wrogich agentów, wszyscy chcieli się dostać do wieży.
Thor początkowo walczył wręcz, powalając Mjolnirem kolejnych „pszczelarzy” A.I.M., ale wrogowie nadciągali ze wszystkich stron. Było ich zbyt wielu, dlatego Gromowładny uniósł młot i przywołał pioruny. Był tak pogrążony w ferworze walki, że nie usłyszał Wezwania Wdowy.

Sokół właśnie skończył rozmawiać z Natashą. Leciał nad miastem, gdy zauważył grupkę ludzi uciekających przed oddziałem A.I.M. Zanurkował. W ostatniej chwili zrobił zwrot, bo pod nim pojawił się jet. Nie zwracając uwagi na maszynę, pikował w dół. Ogrodził wrogich agentów od cywili. Tamci zaczęli do niego strzelać, on nie pozostawał im dłużny. W tym momencie Sokół usłyszał wystrzał za swoimi plecami. Odruchowo zrobił unik ku ziemi, choć pocisk bez trudu by go minął. Gdy się podniósł, zobaczył, że wszyscy napastnicy leżą na asfalcie. Jet wylądował na ulicy. Sam dopiero teraz zauważył białego orła na skrzydle maszyny. Ze środka wysiadło kilka osób. Sokół rozpoznał tylko Skye i Coulsona, pozostałych widział po raz pierwszy.
- Dzięki za pomoc – rzucił w ich stronę. - S.H.I.E.L.D. znowu w akcji?
- Tak jakby. – odparł Phil. – To agenci Morse i Hunter – wskazał na parę, która stała nieco z tyłu i się o coś kłóciła. – Skye już znasz – Sam kiwnął głową. – W jecie czeka agent Triplett, a nad miastem krąży samolot z czwórką agentów.
- Trochę mało… - ale nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie na ulicy pojawił się kolejny oddział A.I.M.

Wdowa leżała nieruchomo na ziemi. Bruce do niej podbiegł.
„Co ja zrobiłem?” przemknęło mu przez głowę.
Ukląkł przy kobiecie. Delikatnie potrząsnął jej ramieniem, ponieważ bał się, że ma uszkodzony kręgosłup.
- Natasha, słyszysz mnie?
Kobieta jęknęła.
- Nie krzycz tak, głowa strasznie mnie boli. – szepnęła, nie otwierając oczu.
Banner odetchnął z ulgą. Jeszcze nie wiedział, w jakim stanie jest Wdowa, ale przynajmniej żyła.
Kobieta otworzyła oczy i zaczęła się podnosić.
- Nie ruszaj się. – powiedział Bruce. – Możesz mieć uszkodzony kręgosłup.
- Co się stało? – zapytała Natasha, wracając do poprzedniej pozycji.
- Nic nie pamiętasz? – zdziwił się Banner.
- Miało dojść do wybuchu. – Wdowa znów się poruszyła.
- Reaktor wyłączony. – uspokoił ją mężczyzna.
Natasha usiadła, nie było sensu próbować ją znów położyć. Kobieta dotknęła tyłu głowy. Spojrzała na palce, były zbroczone krwią.
- Co się stało? – zapytała znów, spoglądając na Bruce’a.
- Przy wyjmowaniu rdzenia… - zaczął niepewnie mężczyzna. – doszło do wyładowania i …
- Rozumiem. – przerwała mu Wdowa. Domyśliła się, że chodziło o Hulka.
- Przepraszam. – powiedział cicho Banner.
- To nie twoja wina. – cały czas przyglądała się mężczyźnie. – Długo byłam nieprzytomna? – zapytała nagle.
- Może kilka minut. – odparł Bruce.
- Musimy wrócić do miasta. – powiedziała kobieta. – Tam dzieje się coś bardzo złego.
Banner spojrzał przelotnie na Nowy Jork.
 - Światła…
- Zgasły jakiś czas temu – przerwała mu znów Wdowa. – Musimy tam lecieć.
- Nie możesz pilotować. – zaprotestował Bruce. – Możesz mieć wstrząśnienie mózgu.
- Nic mi nie jest. – odparła Natasha i zaczęła wstawać.
Zakręciło jej się w głowie i gdyby Banner szybko jej nie podtrzymał, upadłaby znów na ziemię.
- Wszystko w porządku? – zapytał, wyraźnie zdenerwowany, a może przestraszony?
- Tak, już dob… - nie zdążyła dokończyć. Odwróciła się od mężczyzny i zwymiotowała. Otarła usta wierzchem dłoni. – Okropność. – skrzywiła się z niesmakiem.
- Nadal uważasz, że nic ci nie jest? - zapytał Bruce, przyglądając się jej.
- To nieważne – Wdowa machnęła ręką, stała już samodzielnie. – Musimy dostać się do miasta i dowiedzieć co tam się dzieje.
 - Powinnaś leżeć – odezwał się Banner, ale widząc minę kobiety wiedział już, że nic nie wskóra. – Dobrze – powiedział. – W takim razie wracajmy do jeta.
- Wreszcie mówisz do rzeczy. – Natasha ruszyła w stronę maszyny. Nie czuła się dobrze, ale teraz to nie było ważne.
Kobieta spojrzała na miejsce, gdzie zostawiła Anne. Nie było jej tam. Kajdanki, nadal zapięte, zwisały z zaczepu na spadochron, a niżej leżało coś dziwnego. Wdowa schyliła się, aby sprawdzić co to. Kobieta trzymała w rękach nanomaskę*.





* nanomaska – urządzenie umożliwiające przybranie wyglądu i głosu dowolnej osoby. Pojawia się w odcinku „Twarzą w twarz z wrogiem” sezon 2 „Agenci T.A.R.C.Z.Y.”

niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział X



Hej. Oto kolejny rozdział. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Miłego czytania :D


Avengersi patrzyli na nią z niedowierzaniem. Wszyscy oprócz Wdowy. Kobieta już dawno poznała się na Anne. Dotąd nie miała pewności, a raczej dowodów, na to, że tamta pracuje dla A.I.M., ale przeczucia się potwierdziły.
- Nie wiedziałam, że A.I.M. jest organizacją terrorystyczną. - usprawiedliwiła się Anne. - Na początku… - dodała cicho.
- Dlaczego? - odezwał się Kapitan, w jego głosie nie było żadnych emocji.
- Jestem chora na pląsawicę Huntingtona - mimo, że nie lubiła o tym mówić, Anne zdecydowała się niczego przed nimi nie ukrywać. - Dlatego studiowałam genetykę. Ale po studiach nigdzie nie mogłam znaleźć pracy…
- O czym ty mówisz? - zniecierpliwiła się Natasha.
- Jakiś czas później ktoś do mnie przyszedł - Anne puściła jej słowa mimo uszu. - i zaproponował finansowanie badań. Najpierw nie mogłam w to uwierzyć. Ale rzeczywiście dostałam własne laboratorium, asystenta i praktycznie nieograniczone środki. Jedynym warunkiem jaki postawili było przeprowadzanie dla niech pewnych badań. Co jakiś czas przynosili próbki, a ja dokonywałam analizy. Nic wielkiego, w porównaniu z tym, że mogłam pracować nad lekarstwem. Wtedy ignorowałam przesłanki o tym, że organizacja, dla której pracuję jest organizacją terrorystyczną. - urwała na chwilę.
Avengersi słuchali w milczeniu, nadal; nadal nie wiedzieli co się dzieje w wieży, a to na pewno była jej sprawka. Jane nie zwracała na nich uwagi, stała z boku i kołysząc Katrinę cicho jej śpiewała. Dziewczynka niespokojnie się wierciła, chcąc aby mama postawiła ją na ziemi, ta jednak nadal ją trzymała.
- Półtora tygodnia temu, gdy weszłam do laboratorium, na jednym ze stołów była paczka, zawinięta w szary papier i zaadresowana do mnie. Brakowało adresu nadawcy i znaczka. Najpierw się wystraszyłam, wiedziałam dla kogo pracuję. Paczka cały dzień stała tam gdzie ją zastałam, a ja omijałam ją szerokim łukiem. Wieczorem, kiedy miałam już wychodzić, coś mnie tknęło. Podeszłam do przesyłki i ją otworzyłam. W środku był PenDrive i telefon. Wyjęłam oba urządzenia. Gdy włączyłam komórkę, usłyszałam „ Masz jedną nieodebraną wiadomość” Kliknęłam. Okazało się, że to nagranie głosowe. „Pani zadaniem jest podłączenie tego PenDrive’a do komputera głównego AvengersTower w centrum Nowego Jorku. Na wykonanie zadania ma pani dwa tygodnie. Lepiej nas nie zawiedź.” W tym momencie telefon zabrzęczał i wyłączył się. Nie wiem jak długo stałam nad tą paczką. Najpierw pojawiło się pytanie „Dlaczego?”, ale nigdy nie wiedziałam dlaczego oni coś robią, więc pytanie zmieniło się na „Jak?”. Jak mam się dostać do być może najlepiej strzeżonego budynku w Stanach? A musiałam to zrobić, wolałam nie myśleć co się stanie, jeśli „zawiodę”. Z tymi myślami zebrałam rzeczy i wróciłam do domu. Resztę historii już znacie.
- Czyli wszystko, co nam mówiłaś to były kłamstwa? - odezwał się Kapitan, wszyscy patrzyli ze złością na Anne.
- W większości. - przyznała.
- Gdybyś nie była siostrą Starka…- zaczęła Wdowa.
- Co?! Co powiedziałaś?! - Anne przerwała jej w pół zdania.
- Myślałam, że o tym wiesz. - powiedziała.
- Pewnie to sprawiło, że A.I.M. wybrało właśnie ciebie do tej misji. - dodał Steve.
- Nie wiedziałam. - szepnęła.
Wyglądała na kompletnie zbitą z tropu. Usiadła na najbliższym krześle.
- A gdzie on teraz jest? - zapytała po chwili.
- W szpitalu. - odezwał się Sokół.
- Jak to?! - kobieta była coraz bardziej blada.
Tak naprawdę nie chciała nikogo skrzywdzić, ale strach o własne życie przyćmiewał zdrowy rozsądek.
„Czy to naprawdę jest mój brat? Czy to możliwe? To był błąd. Praca dla A.I.M., mimo wszystkich korzyści, była błędem.
- Jego zbroja zwariowała wczoraj podczas misji. - powiedział Banner. - Wiesz coś o tym?
- MODOK - odparła kobieta.
- Kto? - wszyscy na nią spojrzeli.
Jane w końcu dała za wygraną i postawiła Katrinę na ziemi. Dziewczynka od razu poczłapała do Bruce’a. Mężczyzna wziął ją na ręce. Pozostali nie zwrócili na to uwagi, nadal patrząc na Anne. Kobieta wstała.
- Jest dowódcą A.I.M. - odparła. - Właściwie nie jestem pewna czy jest człowiekiem. Wygląda dość groteskowo, ale najważniejsze jest to, że ma moce technopatyczne. - widząc ich miny, dodała - Kontroluje technologię.
Banner oddał Katrinę Thorowi i podszedł do komputera głównego. Okazało się, że może przeglądać pliki, ale nie jest w stanie wydać urządzeniu żadnego polecenia. Zaczął przeszukiwać dane. Reszta Avengersów czekała na kolejne wyjaśnienia.
- Czyli wczoraj byłaś tu żeby podłączyć tego PenDrive’a - bardziej stwierdziła, niż zapytała Wdowa.
- Tak - Anne kiwnęła głową. - Dostałam wiadomość, że mam jak najszybciej zakończyć misję i opuścić wieżę w ciągu 24 godzin od jej wykonania. Domyśliłam się, że musi to oznaczać zniszczenie wieży, albo coś w tym stylu, ale było za późno żeby się wycofać… - zamilkła.
- Nie dobrze. - usłyszeli zdenerwowany głos Bruce’a.
Na ekranie komputera pojawił się zegar odliczający czas. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę.
- Co jest? - zapytał Sokół.
- Reaktor zasilający wieżę zaczął się przeładowywać. - odparł Banner. - za pół godziny wybuchnie, wywołując falę, która zaleje pół Manhattanu.
Nikt się nie odzywał, nikt nie pytał jak Bruce zdobył te informacje, skoro komputery nie odpowiadały na polecenia. Wszyscy wpatrywali się w Bannera, mając nadzieję, że coś wymyśli.
- Możemy odciąć MODOKa od wieży - oznajmił po chwili doktor. - Musielibyśmy zniszczyć komputer główny, ale tylko dzięki niemu można zdalnie wyłączyć reaktor.
- Przecież system i tak nie działa. - zauważyła Wdowa.
- Masz rację. - Bruce się zamyślił. - Jest inny sposób. - powiedział po chwili. - Jeśli usuniemy rdzeń z reaktora, ten przestanie się ładować. Ale ta opcja niesie ze sobą pewne ryzyko. Reaktor gromadzi energię. Przy wyjmowaniu rdzenia może dojść do wyładowania, które zabije osobę próbującą to zrobić. A jeżeli usuniemy rdzeń zbyt późno do wybuchu i tak dojdzie.
- A mamy jakieś inne wyjście? - zapytał Kapitan.
- Chyba nie - Banner pokręcił głową.
- Gdy zniszczymy komputer główny, MODOK nie będzie mógł kontrolować wieży… - odezwał się Sokół.
- Tak, ale blokada pozostanie. - dodał Bruce.
- Blokada to nie problem. - wtrącił się Steve. - Potem dostaniemy się na dach i weźmiemy jednego z jetów…
Zegar odliczający czas do wybuchu wskazał 20 minut.
- Dobrze - przerwał mu Sokół. - Nie ma czasu. Zabierajmy się do roboty.
- Mógłbym odłączyć komputer - odezwał się Banner - ale on ma bezprzewodowe łącza i za długo by to trwało. Thor - zwrócił się do Gromowładnego, który stał bardziej z tyłu, koło Jane znów nucącej coś do Katriny. - musisz zniszczyć jednostkę główną. - bóg piorunów podszedł do Bruce’a.
- Co mam zrobić? - zapytał.
- Uderz tu - Banner wskazał miejsce, w którym znajdowały się najważniejsze podzespoły - najmocniej jak potrafisz. To skutecznie wyłączy komputer.
Gromowładny skinął głową i wezwał Mjolnir, który leżał do tej pory na jednym ze stołów laboratoryjnych. Wszyscy się cofnęli. Thor uniósł młot. Jedno uderzenie wystarczyło. Urządzenie zaczęło dymić.
- Załatwione - odezwał się Bruce.
- Wiesz jak usunąć rdzeń z reaktora? - zwrócił się do niego Kapitan.
Naukowiec skinął głową.
- W takim razie, razem z Wdową, zajmiecie się reaktorem. - zarządził. - Thor, Sokół i ja pójdziemy po skrzydła i tarczę, a potem do was dołączymy.
- Ok. - Banner i Natasha ruszyli w stronę wyjścia.
Kobieta zatrzymała się w drzwiach i odwróciła się gwałtownie, jakby nagle coś sobie przypomniała.
- A co z nią? - wskazała na Anne. - Przecież nie może tu zostać z Jane i Katriną.
- Weźmiemy ją ze sobą. - powiedział zniecierpliwiony Bruce, który stał obok Wdowy. - Nie mamy czasu. Zostało - spojrzał na zegarek na nadgarstku. - 15 minut.
Natasha skinęła na Anne.
- No chodź.
Wdowa przepuściła Carter w drzwiach. Gdy ta ją mijała, kobieta szepnęła jej do ucha.
- Tylko nie próbuj żadnych sztuczek.
Po chwili cała trójka zniknęła z laboratorium.
- My też chodźmy - odezwał się Sokół.
- Nie ma czasu do stracenia. - zgodził się z nim Kapitan.
Mężczyźni ruszyli w stronę drzwi. Thor podszedł do Jane.
- Nie martw się. - powiedział. - Tu będziecie bezpieczne, a my niedługo wrócimy.
Avengersi opuścili pomieszczenie. Zeszli piętro niżej. Niedługo zajęło im odzyskanie sprzętu.
- No - odezwał się Sokół, rozkładając skrzydła. - Tak lepiej.
- Ruszajmy - zarządził Kapitan, który miał już na sobie swój kostium.
Wyszli na dach. Gdy spojrzeli na miasto, ich plany natychmiast się zmieniły.
Słońce już dawno zaszło, ale Nowy Jork nigdy nie był pogrążony w mroku. Nigdy do tej pory. Zwykle błyszczące tysiącami barw neonów miasto, było teraz całkowicie ciemne. 

niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział IX



Hej. W zeszłym tygodniu nic nie napisałam, bo byłam na Comics Wars. Oto moje nabytki :)


A teraz zapraszam was na kolejny rozdział. Życzę miłego czytania i mam nadzieję, że wam się spodoba. :)
                              
- Co się dzieje?! - zawołał ze zdziwieniem Thor, gdy w oknach salonu pojawiły się stalowe osłony.
Jane - która siedziała razem z Thorem na kanapie-; Kapitan i Sokół - którzy z nimi rozmawiali -; i Banner - który siedział na fotelu z Katriną na kolanach - w jednej chwili zwrócili wzrok na okna. Bruce pierwszy zrozumiał co się dzieje.
- Włączył się system awaryjny - powiedział. - Zostaliśmy odcięci… - zaczął głęboko oddychać, nienawidził zamknięcia.
- J.A.R.V.I.S. wyłącz to! - krzyknął Kapitan, ale komputer milczał.
Wszyscy patrzyli na Bannera, który próbował się uspokoić. W tym momencie Katrina się roześmiała i zaczęła gaworzyć. Bruce spojrzał na nią i się uśmiechnął.
Pozostali podeszli do komputera, stojącego kilka metrów dalej. Sokół zaczął przeszukiwać pliki. Banner wziął dziewczynkę na ręce i dołączył do reszty.
- Wiesz już, dlaczego uruchomiły się zabezpieczenia - zwrócił się do Sama.
Jane zabrała od niego Katrinę.
- Nie. - odparł Sokół - Nie jestem w stanie nic zrobić. J.A.R.V.I.S. nie odpowiada, a system wieży kompletnie zwariował. - zamilkł na chwilę. - O cholera!
W tym momencie ze ścian wysunęły się działa.
- Mają czujniki ruchu - powiedział Sam.
Wszystko zaczęło się dziać jednocześnie. Katrina zaczęła się wyrywać z ramion Jane do Bruce’a. Działa zaczęły się poruszać. Banner odwrócił się od pozostałych. Sekundę później stał przed nimi Hulk, osłaniając ich (głównie Katrinę) przed gradem ładunków repulsorowych. Thor przywołał Mjolnir, który do tej pory leżał za kanapą. Nie mógł sprowadzić piorunów, ponieważ stalowe zasłony w oknach skutecznie je blokowały. Gromowładny rzucił młotem, udało mu się zniszczyć dwa działa.
„Stark naprawdę przesadza z tymi zabezpieczeniami” przemknęło przez myśl Kapitanowi. Nie mógł nic zrobić, bo jego tarcza została w sypialni.
Sokół też był bezradny, skrzydła leżały w szafie u niego w pokoju.
Thorowi udało się zniszczyć ostatnie działo. Wszyscy odetchnęli.
- Lepiej się stąd wynośmy - odezwał się Kapitan. - zanim aktywują się jeszcze jakieś zabezpieczenia.

- O czym ty mówisz?! - zapytała ze złością Wdowa.
- Zatrzymałaś mnie - odparła na wpół histerycznie, na wpół ze śmiechem Anne - Już po nas. Wszystkich.
Natasha do niej podeszła. Złapała kobietę za ramiona i potrząsnęła.
- Coś ty zrobiła? - warknęła.
- Oni mi kazali. - wymamrotała.
- Jacy oni?! - ale Anne zdawała się być w szoku, tylko coś mamrotała.
Wdowa wymierzyła jej policzek.
- Otrząśnij się! - krzyknęła.
Kobieta jakby doszła do siebie. Zamrugała szybko kilka razy. Patrzyła już bardziej przytomnie.
- J.A.R.V.I.S… - zaczęła Natasha, ale w tym momencie usłyszała jakiś zgrzyt.
Odwróciła się. Zza lustra nad komodą wysunął się laser. Wdowa pociągnęła Anne z fotela na ziemię. W ostatniej chwili, w oparciu ziała teraz ogromna dziura. Kobiety przywarły do podłogi.
- Nie ruszaj się - szepnęła Natasha.
Przy łóżku stał stolik. Wdowa ostrożnie pod niego sięgnęła. Zerwała paski utrzymujące tam broń. Szybko się odwróciła, unikając lasera. Wycelowała i wystrzeliła. Trafiła wprost w działo, które wybuchło, zasypując pokój odłamkami. Natasha odetchnęła. Wyjęła komunikator.
- Kapitanie… - cisza. - Sokół…- znów nic. - Czy ktokolwiek mnie słyszy?! - ale po drugiej stronie nadal panowała cisza. - No świetnie, nie ma łączności. - mruknęła, chowając urządzenie. - Musimy się stąd wydostać, zanim uruchomią się kolejne pułapki. - zwróciła się do Anne.
Wdowa podeszła do komody i zaczęła ją przesuwać. Schyliła się i zdjęła kratkę zabezpieczającą kanał wentylacyjny.
- Szybko! - ponagliła Anne.
Gdy kobieta zniknęła w otworze, Natasha ruszyła za nią. Zdążyła w ostatniej chwili, bo w tym momencie w pokoju uaktywniły się kolejne zabezpieczenia.
To nie był zwykły kanał wentylacyjny, tylko wyjście awaryjne. Pomysł Wdowy, oczywiście wykonany przez Tony’ego. Kobieta doszła do wniosku, że on i tak by się dowiedział, gdyby próbowała zrobić to sama. Starkowi pomysł się spodobał i teraz wszystkie sypialnie miały dodatkowe, całkowicie pozbawione technologii wyjścia.
Kobiety wydostały się na korytarz.
W tym momencie rozległ się huk i w jednej ze ścian, najprawdopodobniej należącej do salonu, powstała dziura. Wdowa w ostatniej chwili uskoczyła przed młotem lecącym w jej stronę. Po chwili w otworze mignęło coś zielonego, a potem przez ścianę przeleciał Hulk. Za nim z pokoju wyszli: Jane z Katriną na rękach, Sokół, Kapitan i Thor.
- Wdowo, co się tutaj dzieje? - zapytał Steve. - Kto włączył zabezpieczenia?
- Ją zapytaj. - wskazała na Anne. - Tylko nie tu. Musimy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce.
Jak na zawołanie w końcu korytarza pojawił się robot obronny, wyglądał jak jedna ze zbroi. Thor ruszył do ataku. Jeden rzut młotem i głowa robota potoczyła się po podłodze.
Katrina, która do tej pory wtulała się w Jane, uniosła główkę i się roześmiała na ten widok.
Thor przywołał powrotem Mjolnir. Ale to nie był jeszcze koniec. W korytarzu zaczęły pojawiać się kolejne roboty. Nikt nie wiedział skąd się brały. W końcu korytarz, tak jak każde inne pomieszczenie, był odcięty od pozostałych. Gromowładny, Kapitan i Sokół ruszyli do ataku. Jane trzymająca Katrinę na rękach i Anne cofnęły się pod ścianę.
- Czy chociaż jeden pokój nas nie zaatakuje? - mruknęła Wdowa unosząc bron, którą nadal trzymała w ręce.
- Laboratorium Tony’ego. - usłyszała za sobą cichy głos.
Odwróciła się. To Bruce, siedział oparty o ścianę. Zaczął się podnosić.
- Tam są schody ewakuacyjne. - wskazał w stronę, z której nadchodziły roboty.
- Świetnie - mruknęła Natasha, ruszając we wskazanym kierunku.
Thor, Steve i Sam robili wszystko, aby nie przepuścić robotów dalej. Wdowa dołączyła do nich.
- Tu są schody. - krzyknęła, unikając ciosu jednego z robotów, na szczęście maszyny nie były wyposażone w repulsory ani w broń palną. - Musimy się dostać do laboratorium Starka.
Wszyscy skinęli głowami. Nikt nie pytał dlaczego właśnie tam, nie było na to czasu.
Roboty nacierały z coraz większą siłą. Wdowie skończyła się amunicja. Avengersi zostali zmuszeni do cofnięcia się o kilka kroków. Niewiele brakowało, aby maszyny przedarły się w głąb korytarza, ale w tym momencie roboty jak na komendę odwróciły się i ruszyły w stronę schodów, a następnie zeszły na dół.
Avengers przez chwilę stali całkowicie zbici z tropu.
- Szybko, na górę. - pierwsza odezwała się Natasha. - Zanim znów nas coś zaatakuje.
Pierwsi ruszyli Thor i Steve, za nimi Anne, Jane z Katriną i Bruce, Wdowa i Sam zabezpieczali tyły.
Wkrótce dotarli do drzwi laboratorium. Banner zbliżył się do elektronicznego zamka. Wstukał jakiś kod, podszedł do skanera siatkówki.
- Bruce Banner - odezwała się w końcu.
- Witam, doktorze - Avengersi ze zdziwieniem rozpoznali głos J.A.R.V.I.S.a - Zapraszam do środka.
Drzwi się otworzyły. Gdy wszyscy weszli do środka, z cichym mechanicznym pomrukiem, wróciły na miejsce.
- Jak ty to zrobiłeś? - Sokół zwrócił się do Bruce’a.
- To piętro: laboratorium i sypialnia Tony’ego, są podłączone do osobnego systemu komputerowego. Wirus, czy cokolwiek to jest, zaatakowało główny komputer, który w prawdzie jest w tym pomieszczeniu, ale niczego nie kontroluje. Jednostka do której podłączone jest laboratorium znajduje się w pokoju obok. Na razie jesteśmy tu bezpieczni.
- Na razie? - zapytała podejrzliwie Wdowa.
- Wszystko zaczęło się pewnie od tego komputera. - wskazał na duże urządzenie na końcu sali. - Ktoś lub coś pokonało zabezpieczenia i przejęło kontrolę. Póki nie przebije się przez osłony komputera prywatnego, laboratorium jest bezpieczne. Ale naprawdę nie mam pojęcia jak długo to potrwa. Myślałem, że zapory Starka są nie do obejścia.
W tym momencie Wdowa chwyciła Anne za ramię i pociągnęła bardziej na środek.
- Ona nam wszystko wyjaśni. - powiedziała.
Oczy wszystkich zwróciły się na Anne. Kobieta chwilę stała w milczeniu, kilka razy otworzyła usta, ale je zamknęła.
- Pracuję dla A.I.M. - wyrzuciła w końcu z siebie.

sobota, 29 listopada 2014

Rozdział VIII



Hej wszystkim. Na początek małe pytanko do was: wybiera się ktoś może na Comics War do Poznania 6 grudnia? Ja jadę, ale na razie nie mam z kim, bo koleżance nie pasuje. Piszcie w komentarzach lub na maila: anniewamp@gmail.com. A teraz wróćmy do rozdziału. Sorki, że ukazuje się dopiero teraz, ale w zeszły weekend miałam połowinki. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Miłego czytania :D

Pepper drzemała w fotelu przy łóżku Tony’ego w szpitalnej sali. Zaczynało świtać.
W nocy okazało się, że Tony nie potrzebuje operacji. Miał połamane żebra, liczne rany i jakieś uszkodzenia narządów wewnętrznych, ale Pepper nie pamiętała, co dokładnie mówił doktor. Stark nadal się nie obudził, lekarze nie wiedzieli dlaczego.
Gdy skończyli badania, przewieźli go tu. Kapitan chciał zostać z Pepper w szpitalu, ale lekarz wyraźnie zaznaczył, że tylko ona, ewentualnie, może pozostać przy pacjencie, ale nikt więcej. Tak więc Steve musiał wrócić do wieży, chciał aby kobieta pojechała z nim, ale ona kategorycznie odmówiła. Wyszła z nim na korytarz. Wtedy do szpitala weszło dwóch policjantów. Usłyszeli jak pytają pielęgniarkę o lekarza Anthony’ego Starka. Gdy ta im wskazała drogę, ruszyli prosto do gabinetu.
- Co się dzieje? - zapytała zaniepokojona Pepper.
- Wejdźmy tu - Steve otworzył drzwi sali Tony’ego.
- No więc, co tu się dzieje? - powtórzyła Pepper, gdy byli już w środku.
- To, bardziej skomplikowane… - urwał, widząc wyraz twarzy kobiety. - Chodzi o misję na Times Square, ale…
W tym momencie drzwi sali otworzyły się. Do środka weszli policjanci.
Wysoki blondyn podszedł do Pepper. Drugi, niższy, ciemnoskóry mężczyzna zwrócił się do Kapitana.
- Czy moglibyśmy wyjść na korytarz? - zapytał.
Steve skinął głową i obaj mężczyźni opuścili pokój.
- Może pani usiądzie? - odezwał się blondyn. - Mam do pani kilka pytań.
Pepper zajęła fotel stojący w pobliżu łóżka Tony’ego, policjant usiadł na drugim fotelu, naprzeciw niej, i wyjął notatnik oraz ołówek.
- O co chodzi? - zapytała chłodno kobieta.
- Jakie są pani relacje z panem Starkiem? - blondyn przewracał kolejne kartki notatnika.
- To mój narzeczony. - Pepper nieco minęła się z prawdą, bo Tony jeszcze jej się nie oświadczył.
Policjant szybko coś zanotował i znów spojrzał na rudowłosą.
- Czy wie pani, co wydarzyło się na Times Square?
- Nie, nie było mnie tam. - odparła kobieta. - Nie widziałam nawet relacji w telewizji.
Znów słychać było szuranie ołówka po papierze.
- Dlaczego… - zaczął znów policjant.
- Proszę dać nam spokój. - przerwała mu Pepper - Nie widzi pan, że on jest w ciężkim stanie? - ujęła nieprzytomnego Tony’ego za rękę.
- Ale ja muszę ustalić fakty. - odezwał się funkcjonariusz.
- Ale co ja mogę panu powiedzieć? - kobieta miała już dość, była zmęczona tym wszystkim, bała się o Tony’ego, a teraz jeszcze ten policjant.- Przecież mnie tam nie było. - powtórzyła, była bliska płaczu. Czego oni od niej chcieli?
- Dobrze, dobrze. Niech pani nie płacze. - powiedział mężczyzna. - Dziękuję za poświęcony czas - dodał i wyszedł z sali.
Pepper nadal trzymała Tony’ego za rękę. Z korytarza dobiegały ją strzępki rozmowy. Kapitan mówi coś o zbroi, która zwariowała i o tym, że „to nie jego wina”. Reszta słów rozmyła się w niezrozumiały bełkot. Kobieta usłyszała jakiś ruch pod drzwiami. Zrozumiała że to policjanci pilnują wejścia.
„Co tam się wydarzyło?” z tym pytaniem krążącym po głowie, Pepper zasnęła.

Gdy Avengersi wrócili do wieży, było już po północy. Wdowa nie miała ochoty o tej porze użerać się z Anne, więc postanowiła rozmówić się z nią następnego dnia rano. Kapitan wrócił jeszcze później. Był wykończony, a jeszcze to przesłuchanie… Steve wszedł do swojej sypialni, runął na łóżko.
W wieży zapanowała całkowita cisza.

- Przybyli goście - odezwał się nagle J.A.R.V.I.S.
Sokół spadł z łóżka.
- Nie strasz mnie. - rzucił do komputera, ciężko podnosząc się z podłogi.
- Czekają w salonie. - odezwał się znów J.A.R.V.I.S.
- Ale kto? - zapytał Sam, jednak komputer milczał.
Mężczyzna ubrał się i ruszył do salonu. Gdy tylko wyszedł na korytarz, drzwi sypialni pozostałych Avengersów także się otworzyły.
- Czy ktoś wie, kto przyjechał? - zapytał Kapitan.
- J.A.R.V.I.S. nie raczył nic powiedzieć. - mruknęła z niezadowoleniem Wdowa.
- Idziemy do tego salonu, czy będziemy tak stać i się zastanawiać? - odezwał się Banner.
Po chwili byli pod drzwiami. Weszli do środka. Wszyscy stanęli jak wryci. Na kanapie siedzieli Thor i jakaś kobieta, zapewne Jane. Avengersi widzieli ją po raz pierwszy. Ale największym zaskoczeniem, był fakt, że Gromowładny trzymał na kolanach, może dziesięciomiesięczne, dziecko.
Sokół wyminął pozostałych.
- Cześć Thor, Jane. - uśmiechnął się. - A jak ma na imię wasz córeczka?
Thor wstał, wziął dziecko na ręce.
- Witajcie przyjaciele! - zawołał. - Poznajcie Jane - kobieta wstała. - A to jest Katrina.
Wszyscy zaczęli się witać.
- Thor dlaczego nie powiedziałeś nam, że zostałeś ojcem? - odezwał się Kapitan.
- Nie powiedziałeś im? - zdziwiła się Jane.
- Jakoś tak wyszło. - Gromowładny się uśmiechnął.
Katrina zaczęła wiercić się w jego ramionach. Thor postawił ją na ziemi. Dziewczynka, lekko się chwiejąc, ruszyła w stronę Avengersów. Zatrzymała się przed Brucem i wyciągnęła do niego rączki. Mężczyzna schylił się, aby ją podnieść. Katrina zaczęła się śmiać.
- Polubiła cię. - odezwała się Jane.
Banner uśmiechnął się do dziecka. Wszyscy zaczęli się śmiać.
Bruce zabrał Katrinę i usiadł na fotelu. Thor i Jane wrócili na kanapę, a Sokół stanął za nimi. Kapitan zajął drugi fotel, a Wdowa, jak zwykle gdy Stark jej nie widział, wybrała bar.
- Opowiadajcie, co tam u was? - zapytał Steve.
Jane już chciała coś powiedzieć, ale uprzedził ją Thor.
- Chwileczkę - powiedział. - A gdzie jest Stark?
W pomieszczeniu zaległa cisza. Tylko Banner nie zwracał uwagi na przebieg rozmowy, bo był zajęty strojeniem min do Katriny.
- To długa historia. - odezwała się w końcu Wdowa.
- Nam się nigdzie nie śpieszy - powiedziała Jane.
- Dobrze. A więc jakiś tydzień temu… - zaczął Kapitan.
Powiedział o przybyciu Anne. O ataku na wieżę. O tym, że Anne jest siostrą Starka, ale o tym nie wie. Powiedział o wczorajszym ataku A.I.M. na Times Square i tym co się stało później. Thor i Jane słuchali w milczeniu, coraz szerzej otwierając oczy.
- Tony jest w śpiączce. - zakończył Steve. - A Pepper została z nim w szpitalu.
- To okropne. - odezwała się po chwili Jane. - Czy możemy coś zrobić?
- Chyba nie - odparł Kapitan. - Wczoraj wieczorem do szpitala przyszli policjanci. Najpierw przesłuchali Pepper i mnie, a potem stanęli przed drzwiami sali, w której leży Tony. Nie wie…
- Jak tak można! - uniósł się Thor, przerywając Steve’owi. - Nie wiedzą, że on jest bohaterem?!
Kapitan już otwierał usta, aby coś powiedzieć, ale ubiegł go Jane, przyzwyczajona do tłumaczenia Gromowładnemu „dziwnego ziemskiego prawa”.
- Wiedzą - powiedziała. - ale to ich praca. Gdy Iron Man zaatakował ludzi, złamał prawo i oni muszą się dowiedzieć, o co naprawdę tam chodziło.
- Trzeba czekać - odezwał się Sokół. - Myślę, że niedługo wszystko się wyjaśni.

***

 Wdowa rzuciła jakąś wymówkę i opuściła salon, ścigana rozbawionymi głosami przyjaciół zajętych zabawą z Katriną. Szła korytarzem piętra sypialnego.
Natasha od wczoraj nie widziała Anne, a zbliżał się wieczór. Ciekawe, co robiła? Czy znowu myszkowała po laboratorium?
W tym momencie o mało nie wpadła na poszukiwaną kobietę, która musiała akurat wyjść ze swojego pokoju. Wdowa gwałtownie się zatrzymała, Anne także.
- Właśnie cię szukałam - powiedziała Natasha. - Mamy do pogadania. - złapała kobietę za ramię i wciągnęła do swojej sypialni.
Pchnęła ją na fotel, a sama przysiadła na komodzie obok.
- Co robiłaś wczoraj w laboratorium Starka? - zapytała ostro Wdowa.
- Już ci mówiłam! - Anne była zła, miała dość zachowania Natashy. - Czy ty dasz mi w końcu spokój?! Zaufaj mi, choć odrobinę.
- To daj mi powody do zaufania. - odparła Wdowa, głosem całkowicie spokojnym, bez żadnych emocji. - Przybywasz tu, nie wiadomo skąd, ściągasz nam na głowę A.I.M., myszkujesz w laboratorium…Chcesz zaufania, to na nie zasłuż.
W tym momencie usłyszały metaliczny zgrzyt. W pokoju zaległa ciemność. Okna i drzwi zostały zablokowane.
- Na to już za późno. - szepnęła Anne.