Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Ostateczne starcie". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Ostateczne starcie". Pokaż wszystkie posty

środa, 21 września 2016

Epilog



No i nadszedł koniec tego opowiadania. Mam nadzieję, że mimo licznych przerw podczas jego powstawania, przyjemnie się wam je czytało. Zapraszam na epilog :)

Minął już niemal miesiąc odkąd Ziemia się poddała. Zniknęły rządy, królestwa i państwa. Wszyscy ludzie byli poddani jednej woli – mojej. Nie było już nikogo, kto mógłby się buntować. Ci, którzy próbowali… no cóż ich los nie był zbyt kolorowy.
Wieczna noc zakończyła się po jakimś tygodniu. Nie mogła dłużej trwać, bo Midgard by obumarł - ta planeta potrzebowała Słońca. Z resztą nie było potrzeby, aby ją utrzymywać, Istoty Cienia patrolowały ulice po zmroku, a te które sprawowały codzienny nadzór nad przestrzeganiem nowych praw, miały odpowiednio przystosowane siedziby.
Wszystko było kontrolowane przeze mnie… i przez Hel.
Ta współpraca zaczynała mnie już trochę irytować. Chciałem władać Ziemią niepodzielnie, a tym czasem byłem skazany na kaprysy mrocznej królowej. To musiało się zmienić. Miałem już plan.
Tego dnia jak zwykle większość czasu spędziłem w Asgardzie. Ten problem też musiałem rozwiązać. Nie mogłem jednocześnie znajdować się w Midgardzie i krainie bogów. Gdy będę już rządził samodzielnie, podział uwagi między dwa królestwa stanie się wręcz niemożliwy, przynajmniej póki w jednym z nich będę musiał udawać Odyna. Ale i na to znajdzie się rada.
Siedziałem na tronie, jako że byłem sam, pozwoliłem swoim myślom odpłynąć. Ale dlaczego obrały ten kierunek? Niezbyt przyjemny kierunek…
Minął już też prawie miesiąc od pokonania Avengers… od śmierci Thora.
Nigdy bym się do tego nie przyznał przed nikim - zwłaszcza przed Hel - wstyd było mi się przyznawać do tego nawet przed samym sobą, ale… no cóż… nie chciałem jego śmierci. Tak, byłem o niego zazdrosny. Ojciec zawsze go faworyzował. W dodatku z moją pasją do nauki i magii, w świecie gdzie liczy się tylko siła i umiejętności fizyczne, byłem przyćmiewany przez potężnego brata. Jednak nigdy nie pragnąłem, aby zginął. Chciałem pokazać, że jestem od niego lepszy, że potrafię władać królestwem, a nie tylko wytaczać wojny innym światom. Chciałem…
Ale teraz to już nieważne.
Zabrałem jego ciało, tak aby Hel o niczym się nie dowiedziała, i przeniosłem do Asgardu. Musiałem dopilnować tradycji. Odbył się uroczysty pogrzeb, a całe królestwo pogrążyło się w żałobie. O przyczynach śmierci Thora nie musiałem kłamać, powiedziałem, że zginął w boju u boku najdzielniejszych wojowników Midgardu, broniąc tej krainy.
Ale teraz czas powrócić do rzeczywistości. W Asgardzie właśnie zmierzchało, co oznaczało, że niedługo nadejdzie czas powrotu na Ziemię. A wtedy wprowadzę w życie mój plan.

***

- Witaj, Hel. – powiedział Loki, posyłając królowej czarujący uśmiech, gdy znalazł się już w sali tronowej, w wieży Avengers.
- Witaj. – odparła władczyni, nie zmieniając nawet pozycji na tronie.
Laufeyson już ją trochę irytował. Gdyby mogła, już dawno by się go pozbyła, ale na razie musiała uzbroić się w cierpliwość. W końcu zdobędzie jego zaufanie, a on pokaże jej to, co królowa chce zdobyć. I w ten sposób przypieczętuje swój los.
- Jesteś dziś jakaś przygnębiona. – zauważył bóg kłamstw. – Czyżby coś się stało pod moją nieobecność?
- Nie nic… tylko… - zaczęła Hel. – Nieważne…
- Mam dla ciebie niespodziankę, może to poprawi ci humor. – odparł Laufeyson. Świetnie potrafił udawać, że mu zależy na względach królowej. – Ale musimy udać się w pewne miejsce.
Hel spojrzała na niego z zainteresowaniem. Czyżby w końcu zdecydował się pokazać jej gdzie jest Aether? Na to czekała.
 - A dokąd mamy iść? – zapytała z nieskrywaną ciekawością.
- Na razie nie mogę ci powiedzieć. – odparł Loki, z tajemniczym uśmiechem. – Musisz mi zaufać.
Królowa podeszła do niego.
- Dobrze. – powiedziała. – Ufam ci. – Laufeyson wyciągnął do niej rękę, a ta chwyciła go za dłoń.
Tak naprawdę nie ufała mu za grosz. Prędzej weszłaby w gniazdo jadowitych żmij, niż uwierzyła temu kłamcy. Jednak chciała czegoś i aby to zdobyć musiała zaryzykować.
- A i jeszcze jedno – dodał Loki, gdy otworzył przed nimi portal. – Musimy tam iść sami, bez twoich Istot Cienia.
- Skoro tak mówisz. – odparła.
To jej się już nie podobało, bóg kłamstw wyraźnie coś kombinował. A jeszcze bardziej podejrzane było, że zostawił swoją włócznię przy jednym z tronów. Dlaczego nie chciał jej zabrać? Zwykle się z nią nie rozstawał. Coraz mniej podobał jej się pomysł, aby gdziekolwiek iść z Laufeysonem, ale ciekawość zwyciężyła. Z resztą królowa nie należała do tchórzy.
Ruszyli przez portal.
Znaleźli się w naprawdę niezwykłym miejscu. Była to jaskinia, ale cała jaśniała jakimś nienaturalnym czerwonym światłem. W dodatku było tam niesamowicie zimno. Jednak to nie przeszkadzało, ani lodowemu olbrzymowi, ani królowej mrocznego wymiaru. Loki podszedł do szkatuły, stojącej pośrodku tego dziwnego pomieszczenia, na specjalnym podwyższeniu.
- Pytałaś mnie, jak sprawiłem, że na Ziemi zapanowała ciemność. – powiedział, otwierając pudełko. – Otóż zdobyłem ciekawy artefakt. Jednak jego moc nie ogranicza się tylko do sprowadzania mroku. Jest o wiele potężniejszy. – odwrócił się do królowej.
Między jego dłońmi unosił się czerwony kamień, utrzymywany w powietrzu dzięki magii. Loki nie panował w pełni nad tym artefaktem i wolał nie ryzykować dotykania go gołymi rękami. Aether zaczął promieniować jaskrawym światłem.
 - Co robisz, Loki? – zapytała z lekkim niepokojem Hel, cofając się o krok.
- To co powinienem zrobić już dawno. – odparł bóg kłamstw z szatańskim uśmiechem i zanim królowa zdążyła cokolwiek powiedzieć, czy się teleportować, całą jaskinię wypełnił oślepiający blask Słońca.
Rozległ się przeraźliwy, zgrzytliwy wrzask. Władczyni nie mogła nic zrobić. Promienie ją ranił, więżąc w miejscu. Zaczęła rozsypywać się w pył.
Po kilku minutach światło zniknęło, a Loki schował kamień z powrotem do szkatuły. Po Hel pozostał tylko naszyjnik z czarnym jak noc diamentem, oprawionym w srebro – insygnium jej królewskiej władzy. Laufeyson podniósł go z podłogi i założył na szyję. Chwilę później powrócił do wieży Avengers.
W Helheim panowało prawo, że ktokolwiek pokona władcę, staje się nowym władcą. Wprawdzie królowa była tak potężna, że jeszcze nigdy to prawo nie zostało zastosowane – nigdy, aż do teraz.
Gdy Loki pojawił się w sali tronowej, powitała go, dość podejrzliwie, straż przyboczna Hel.
- Gdzie nasza królowa? – zapytał jeden ze strażników.
- Jej już nie ma. – odparł Laufeyson. – Teraz ja jestem waszym królem. – wskazał na naszyjnik Hel na swojej szyi.
Istoty Cienia momentalnie oddały mu pokłon.

***

Wkrótce Loki stał się władcą trzech królestw.
Dzięki zapanowaniu nad armią Hel, nie musiał dłużej ukrywać swojej tożsamości w Asgardzie. Wkroczył do królestwa na czele Istot Cienia. Dzięki Aetherowi sprowadził wieczną noc i bez trudu pokonał pałacowe straże (zwłaszcza, że najdzielniejsi wojownicy już dawno byli w lochach). Królestwo się opierało, jednak w końcu i ono poddało się przeważającej sile wroga, a Laufeyson został Wszechojcem.
Tego dnia Loki wybrał się do Helheim (którego nazwę przydałoby się zmienić, skoro Hel już nim nie rządzi). Udał się wprost do lochów. Mijał kolejne cele wypełnione ziemskimi herosami, aż w końcu dotarł do ciężkich, kamiennych drzwi. Za nimi znajdował się długi korytarz, prowadzący do kolejnych wrót, tym razem wykonanych z Uru. Oddzielały one ostatnią celę. Miała ona znacznie bardziej zaawansowane zabezpieczenia od pozostałych, bo i więziła kogoś znacznie potężniejszego.
Loki zatrzymał się właśnie przed tą celą.
- Zostałem władcą trzech królestw. – powiedział. – Jesteś ze mnie dumny, ojcze?


*****************************************************************

PS. Dla Ciekawskich

* Loki (przynajmniej w moim opowiadaniu) może się teleportować swobodnie w obrębie jednego królestwa, aby podróżować między wymiarami potrzebuje specjalnych przejść, Tesseractu, Bifrostu, lub pomocy Hel. 
** Loki zostawił włócznię, ponieważ znajduje się w niej kamień umysłu, a bóg kłamstw nie jest na tyle potężny, aby kontrolować dwa Kamienie Nieskończoności naraz.
***Aether został ukryty w tajemniczej jaskini, znajdującej się w pobliżu szczytu Mount Everestu, ułatwiło to Lokiemu rozprzestrzenienie mocy kamienia na całą planetę.
**** Agenci T.A.R.C.Z.Y. przeżyli, zostali pojmani i znajdują się w celach w lochach Helheim.
***** Po objęciu władzy przez Lokiego, Odyn początkowo znajdował się w tajnej celi w Asgardzkich lochach. O jej istnieniu wiedzieli tylko najbardziej zaufani, których Laufeyson także unieszkodliwił. Gdy tylko bóg kłamstw sprzymierzył się z Hel, uznał, że bezpieczniejsze będzie przeniesienie Odyna z dala od Asgardu. Od tego czasu Wszechojciec przebywał w Helheim.
Jak Loki zdołał pokonać i uwięzić Odyna? To największa tajemnica boga kłamstw, która  nigdy nie zostanie ujawniona. (Ale chętnie posłucham waszych teorii na ten temat :) )


A teraz zapraszam do ankiety, co wolicie żebym pisała? Kolejne długie opowiadanie, czy może one-shoty osadzone w innych uniwersach (Harry Ptter, Hungers Game itd.)


niedziela, 4 września 2016

Rozdział XIX



Naczekaliście się naprawdę długo na nowy rozdział – przepraszam. W wakacje w ogóle nie mam weny, ale w końcu się udało :) Jest to ostatni rozdział tego opowiadania. Pozostał jeszcze tylko epilog, a potem coś nowego. I tu w sumie mam do was pytanie: czy chcielibyście zobaczyć na blogu kilka one shotów, w których Avengers znajdowali by się w różnych uniwersach (np. Harry Potter, Star Wars itd.)? Czy woli byście żebym się trzymała linii fabularnej i pisała kolejne długie opowiadanie?
No trochę przydługi ten wstęp, ale teraz już zapraszam do czytania :)

Sokół poinformował Tony’ego o wszystkim co ustalili. Perspektywa ochrony jednego pomieszczenia, a nie całego domu, zmieniała taktykę, a więc i broń.
Aggregatio znajdowało się na piętrze, naprzeciwko szerokich schodów prowadzących z salonu na antresolę. Miało to swoje plusy i minusy. Do plusów należało zdecydowanie to, że było tam dość miejsca, aby Sokół mógł wykorzystać skrzydła; natomiast do minusów fakt, że Istoty Cienia także miały dużą przestrzeń do ataku. W wąskim korytarzu byłoby łatwiej blokować ich ataki.
Stark podszedł do swojej zbroi. Przede wszystkim musiał doprowadzić ją do stanu używalności. Przeprogramowanie repulsorów na światło UV nie zajęłoby zbyt wiele czasu, ale pancerz był porządnie uszkodzony. Geniusz zaczął od naprawy reaktora. Na szczęście rdzeń został nienaruszony. Udało mu się odbudować urządzenie - było równie sprawne jak przed bitwą. Potem naprawił wszystkie uszkodzone systemy i podzespoły. Zajęło mu to sporo czasu, ale bez zbroi nie byłby użyteczny w tej walce. Naprawił także skrzydła Sokoła.
Gdy skończył zabrał się za broń dla pozostałych. Dużym problemem okazało się zasilanie. Napięcie prądu w miejskiej sieci było zbyt niskie, a do tego broń przewodowa to nie byłby dobry pomysł. Nie miał też palladu, nie mówiąc już o nowym pierwiastku zasilającym reaktor. Musiał zrobić akumulatory, które niestety były znacznie mniej wydajne od reaktora. To mogło się odbić na skuteczności broni.

***
   
Zbliżała się jedenasta, gdy w salonie pojawił się Tony. Pozostali na niego czekali, snując się po pokoju. Nikt nie był w stanie odpocząć, nie mówiąc już o śnie - zbyt wiele teraz od nich zależało, zbyt małe były szanse na powodzenie.
- Chodźcie ze mną. – powiedział nie schodząc nawet na dół schodów.
Wszyscy na niego spojrzeli, ale nikt się nie odezwał, po prostu ruszyli za geniuszem.
Zatrzymali się tuż za drzwiami do laboratorium, tylko Stark wszedł dalej. Gdy się zorientował, że jego przyjaciele zostali w tyle, odwrócił się do nich zniecierpliwiony.
- Idziecie czy nie? - zapytał.
Dopiero wtedy Avengers ruszyli się z miejsca. Tony wskazał na stolik, na którym leżały jakieś dziwne przedmioty. Za nim stała zbroja, a obok leżały - w tej chwili złożone - skrzydła Sokoła. Stark spojrzał na przyjaciół.
- Panie przodem - z uśmiechem zwrócił się do Lady Sif i podał jej coś, co przypominało kilkunastocentymetrowy, metalowy kołek. - Naciśnij tu. - wskazał na mały guzik z boku urządzenia.
Gdy kobieta wykonała polecenie, z maszyny wydobył się długi snop światła.
- Miecz świetlny - zaśmiał się Sam. – Uważaj, żeby Lucas nie pozwał cię za łamanie praw autorskich.
- Dla ciebie też coś mam, wesołku. - odparł Stark i wręczył mu plecak ze skrzydłami.
- Naprawione? - zapytał Sokół, który przestał się już śmiać z miecza świetlnego.
- Oczywiście. - Tony sięgnął znów na stolik. – To są granaty błyskowe. – oznajmił, pokazując metalowe kulki wielkości kauczuka.
Sam wziął kilka do ręki i zaczął im się przyglądać.
- Wystarczy, że rzucisz nimi o podłogę. – rzucił Stark mimochodem, znów odwracając się od przyjaciół. – Mam nadzieję, że mieczem posługujesz się równie dobrze jak młotem. – podał Thorowi takie samo urządzenie, którym właśnie bawiła się Lady Sif.
Gromowładny nie mógł na razie przywołać młota, aby nie zdradzić miejsca ich pobytu, z resztą jego pioruny i tak na nic by się nie zdały w pomieszczeniu.
- Owszem, Iron Manie. – zagrzmiał bóg piorunów, uruchamiając otrzymaną broń.
- Zdążyłem jeszcze zrobić reflektor zabezpieczający drzwi, ale nie wiem jak długo wytrzyma źródło zasilania. – kontynuował Tony, znów odwracając się do stolika i całkowicie ignorując Gromowładnego, który wymachiwał swym nowym orężem na prawo i lewo. – Przyda wam się... – zwrócił się w stronę przyjaciół i urwał. – Thor, to było całkiem porządne krzesło. – powiedział, przyglądając się przeciętemu na pół siedzeniu. Bóg piorunów wyłączył swój miecz. – Na czym to ja skończyłem? – Tony powrócił do przerwanej myśli. – A tak. Broń emituje dość silne światło ultrafioletowe, więc jeśli nie chcecie oślepnąć lepiej weźcie to – podał przyjaciołom specjalne gogle, które trzymał w ręce.
- Czas działać. – powiedział stanowczo Sam.

***

Oddziały Istot Cienia przeczesywały ulice miasta. Była to tylko zasłona dymna, aby Hel miała wrażenie, że ma na coś wpływ. Loki wątpił w to, czy jej oddziałom uda się wpaść na jakikolwiek trop Avengers. Sam przygotował odpowiednie zaklęcie, które powinno umożliwić mu odnalezienie bohaterów, gdy tylko będzie to możliwe (zaklęcia ochronne były trudne do wykrycia, nie mówiąc o ich złamaniu, zwłaszcza gdy mag był potężny – a Loki był niemal pewien, że właśnie z takim miał do czynienia).
 Jednak nawet Loki mógł się pomylić. Gdy stworzenia przemierzały Bleecker Street, nagle jeden z budynków zmienił się w przepiękną willę. Istoty Cienia od razu poszły zameldować o tym dziwnym wydarzeniu swej Pani. Loki także odkrył miejsce pobytu Avengers, gdy tylko - punkt dwunasta - Strange zdjął zaklęcia ochronne ze swego domu.
Natychmiast wezwał do siebie dowódcę straży.  Ten wszedł i pokłonił się nisko.
- Muszę przemyśleć sprawy królestwa i nie życzę sobie, aby ktokolwiek mi przeszkadzał. – oznajmił Loki/Odyn. – Pod żadnym pozorem nie wpuszczaj tu nikogo, aż do wieczora i sam też tu nie wchodź.
- Tak jest, Wszechojcze. – odparł sługa.
- Możesz odejść. – zakończył władca.
Gdy tylko dowódca straży opuścił pomieszczenie, Laufeyson dla pewności nałożył zaklęcie zamykające na drzwi, a następnie udał się do tajnego przejścia. Tam zmienił postać i wezwał do siebie jedną z Istot Cienia. Po chwili znaleźli się w AvengersTower, gdzie czekała na nich Hel ze swoją armią.
- Są na Bleecker Street. – oznajmił Loki.
-Wiem. – odparła królowa. – Ruszajmy.
- Zaczekaj chwilę. – zatrzymał ją bóg kłamstw. – Jest jeszcze jedno…
Laufeyson nie mógł dopuścić, aby którykolwiek z Nowojorczyków zobaczył bitwę, która miała się wkrótce rozegrać, w końcu wszyscy mieli myśleć, że Avengers zginęli na dachu swojej wieży. Dlatego bóg kłamstw otoczył całą ulicę, na której znajdował się tajemniczy dom – kryjówka Avengers – magiczną strefą. Każdy, kto się w niej znajdował, zapadł w głęboki sen, a ci którzy chcieli do niej wejść, od razu przenosili się na drugi koniec dzielnicy, zapominając, że takowa w ogóle istnieje.
- Teraz możemy ruszać. -  oznajmił, gdy wszystko było gotowe.
Bóg kłamstw wraz z mroczną władczynią Helheim i jej armią pojawili się przed Sanctum Sanctorum.

Avengers byli gotowi. Zajęli pozycje przed wejściem do Aggregatio. Kilkanaście minut po zdjęciu zaklęć ochronnych, wejściowe drzwi do Sanctum z ogromnym hukiem wyleciały z zawiasów. Do środka zaczęły wlewać się Istoty Cienia, a chwilę później po drugiej stronie antresoli, na wprost bohaterów, pojawili się Loki i Hel.
Thor od razu chciał się wyrwać w stronę brata i udusić go gołymi rękami, jednak powstrzymała go ręka Tony’ego i chmara Istot Cienia, które natychmiast ruszyły w jego stronę. Gromowładny zacisnął pięści tak mocno, że zwykłemu śmiertelnikowi prawdopodobnie popękałyby wszystkie kości w dłoni, ale nie ruszył się z miejsca. Stworzenia zatrzymały się jak na rozkaz.
Zapadła pełna napięcia cisza.
- Po co to przedłużać? – odezwał się w końcu Loki. – Wy się nie poddacie, a ja nawet nie miałem zamiaru wam tego proponować, a więc Hel – zwrócił się do sojuszniczki. – czyń honory.
Królowa wydała rozkaz i wszystkie Istoty Cienia ruszyły na Avengers.
Pierwsze kreatury bardzo się zdziwiły, gdy Tony uruchomił reflektor ochronny nad drzwiami, a Sif i Thor włączyli miecze świetlne. W tym samym czasie Sokół wzbił się w powietrze i rzucił jednym z granatów w środek kłębowiska kreatur, te rozpierzchły się z nieludzkim wyciem. Tony niemal natychmiast dołączył do pozostałych.
Początkowo stwory wydawały się skołowane - ktoś mógł je zranić - ale szybko zmieniły taktykę z otwartej walki na partyzantkę. Co chwila pojawiały się, zadawały cios i znikały, stając się niemożliwe do trafienia.
- Sir, uszkodzenia pancerza 40% - oznajmił J.A.R.V.I.S.
Tony zaklął pod nosem. W tym tempie niedługo zbroja rozpadnie się na kawałki. Pozostali nie radzili sobie lepiej. Sif straciła miecz, na szczęście zauważył to Sokół i dał wojowniczce kilka granatów świetlnych, przypłacił to jednak uszkodzeniem skrzydeł. Teraz oboje odgradzali się od stworów rzucając granaty, oparci plecami o ścianę.
Hel i Loki trzymali się z dala od tego zgiełku. Woleli obserwować, niż ingerować. Avengers i tak nie mieli szans.
- Loki – odezwała się Hel. – jest tu pomieszczenie, do którego moje Istoty nie mogą się dostać.
- A to ciekawe. – bóg kłamstw uśmiechnął się pod nosem. – Myślę, że znajduje się tam ich sojusznik. Ten sam, który pokrzyżował nasze plany na wieży, a potem ukrywał przed nami Avengers. Tylko po co się ukrywa? Jeśli się nie mylę, jest na tyle potężnym magiem, że miałbym w nim niemal równego sobie przeciwnika. Chyba, że…
Nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie, w ferworze walki, Thorowi udało przedrzeć się przez Istoty Cienia i zwalił Laufeysona z nóg.
- Ten miecz działa nie tylko na te stwory. – warknął Gromowładny, zbliżając broń do szyi boga kłamstw.
Zanim Loki zdążył cokolwiek zrobić, Thor jęknął, wypuścił z ręki ostrze, które natychmiast zniknęło i osunął się na bok. Laufeyson zamrugał gwałtownie, nie wiedząc co się stało. Podniósł się i spojrzał na brata. Gromowładny leżał z szeroko otwartymi, bezmyślnie wpatrującymi się w przestrzeń oczami, z kącika ust wypływała mu stróżka krwi, a na piersi kwitła szkarłatna plama. Wzrok Lokiego przeniósł się na Hel.
- Zabiłaś go. – powiedział, nie okazując żadnych uczuć, gdy ujrzał zakrwawiony sztylet w dłoni królowej. – Nie taki był plan. Pozostałych mogłaś zabić, ale o jego losie miałem zadecydować sam. – teraz stał naprzeciw władczyni Helheim, jego twarz pozostawała wyprana z emocji.
- Gdybym tego nie zrobiła, on zabiłby ciebie. – powiedziała z udawaną troską. Po prostu nie mogła dopuścić, aby Laufeyson zginął zanim pokaże jej miejsce ukrycia Aetheru.
- Nie zabiłby. – odparł tamten, ale niedane mu było powiedzieć nic więcej, ponieważ tuż obok głowy błysnął mu promień repulsora.

Tony, Sam i Sif byli na tyle pochłonięci walką, że nawet nie zauważyli kiedy Thor się od nich oddalił. Gdy to dostrzegli, było już za późno. Mogli tylko bezradnie patrzeć, jak ich przyjaciel umiera, cały czas atakowani przez Istoty Cienia. Tony przekierował moc do repulsora piersiowego i wystrzelił. Udało mu się stworzyć coś na kształt tunelu w skłębionej masie Istot Cienia i niewiele brakowało, a trafiłby Lokiego.
Czas najwyższy to wszystko zakończyć. Drzwi Aggregatio nadal były chronione reflektorem, a więc Avengers ruszyli w stronę Lokiego. Pierwszy Stark, torując drogę pozostałym. Jednak Istoty Cienia nie przestawały atakować, choć światło je raniło.
- Sif, uważaj! – krzyknął Sokół w ostatniej chwili odpychając wojowniczkę na bok.
Miecz minął ją bezpiecznie, jednak Sam nie miał tyle szczęścia. Ostrze raniło go w prawy bok, przebijając płuco. Bohater opadł na kolana, podpierając się rękami, z trudem łapał oddech. Z rany obficie wypływała krew. Sif i Tony stanęli obok przyjaciela, chroniąc go przed atakami. Iron Man włączył tarcze w częstotliwości światła ultrafioletowego.
- Sir, mocy wystarczy zaledwie na 5 minut utrzymania osłon. – odezwał się J.A.R.V.I.S.
- Trzymaj się. – Tony zwrócił się do A.I.
Lady Sif uklęknęła przy Samie.
- Uratowałeś mnie… dziękuję. – powiedziała. – Jesteś szlachetnym wojownikiem.
Sokół odwrócił powoli głowę w stronę kobiety. Uśmiechnął się z trudem.
- Nie… ma… za… - zaczął kaszleć i krztusić się krwią. Czuł jakby coś rozrywało mu klatkę piersiową.
- Nic nie mów. – szepnęła wojowniczka.
Sokół nie mógł powstrzymać kaszlu, z coraz większym trudem łapał oddech. Dusił się.  Pociemniało mu przed oczami.  Opadł na podłogę. Wiedział, że to już koniec.
- Zrób coś, Tony Starku! – gdzieś z daleka dobiegł go błagalny ton Sif.
Potem wszystko zniknęło.

Iron Man spojrzał na swoich przyjaciół. Nie mógł nawet do nich podejść, musiał utrzymać tarcze, aby Istoty Cienia nie mogły ich zaatakować.
- Przykro mi Sif – powiedział. Nienawidził poczucia bezradności. – Nic nie mogę zrobić.
- Pozostało 7% mocy. – oznajmił J.A.R.V.I.S. – Osłony zostaną wyłączone za 5… 4… 3… 2… 1…
Tarcza zniknęła. Stwory natychmiast się na nich rzucił. Sif nie miała już żadnych granatów świetlnych. Na domiar złego reflektor nad drzwiami zaczął mrugać.
- Twoje światło przestaje działać. – odezwała się Asgardka, która stała teraz za Starkiem, zła, że nie może w żaden sposób pomóc. – Musisz to naprawić.
- Musiałbym się tam dostać – odparł Iron Man. – A nie mogę cię tu zostawić bez żadnej broni.
- Mną się nie przejmuj. – stanowczo powiedziała Lady Sif. – Jestem wojowniczką i zginę jak wojowniczka. – dostrzegła miecz wiszący na ścianie, jako ozdoba. Dobyła go i, zanim Tony zdążył ją zatrzymać, ruszyła w stronę kreatur. – Za Asgard!
Zniknęła między stworami. Brnęła w stronę Lokiego i Hel. Wiedziała, że nie ma szans, ale nie miała zamiaru się poddać. Istoty Cienia atakowały z każdej strony. Zbroja wojowniczki nie wytrzymywała tych ciosów. Na ciele Sif pojawiało się coraz więcej ran, mimo to Asgardka dzielnie stawiała czoła przeciwnikom. Jednak było ich zbyt wielu. Sif ledwo trzymała się na nogach, ale odpierała ataki. Niestety mroczna energia tych stworów już zdążyła zatruć jej organizm. Coraz trudniej było jej utrzymać miecz, wzrok jej się zamazywał. Stwory zepchnęły ją pod barierkę antresoli. Wojowniczce nie udało się zablokować ataku jednej z Istot, jej włócznia wbiła się kobiecie w bok. Siła natarcia sprawiła, że barierka pękła i Sif spadła kilka metrów w dół. Miecz brzęknął o podłogę, tuż przy ciele dzielnej wojowniczki.

- Sif, co ty robisz?! - Stark choćby chciał nie mógł jej już pomóc, miał za mało mocy, zbroja ledwie się trzymała.
„Bohaterka” pomyślał.
- J.A.R.V.I.S. wracamy do drzwi. – zwrócił się do komputera. Ofiara Asgardki nie mogła pójść na marne.
Udało mu się przedrzeć do reflektora. Tak jak podejrzewał – źródło mocy było za słabe.
- Ile energii uda nam się jeszcze wykrzesać z reaktora? – Stark zapytał A.I.
- Pozostało 5% - oznajmił elektroniczny głos.
- A jeśli wyłączymy zbroje?
- Możliwe, że reaktor zregeneruje część mocy. – odparła sztuczna inteligencja. – Ale, sir, wtedy zostanie pan bez ochrony.
- Ile czasu? – Stark nieustannie odpierał ataki.
- 40 minut do godziny. – wyliczył J.A.R.V.I.S.
- A z polem siłowym na drzwiach?
- 30 minut. – odparł komputer.
Reaktor mógłby zasilać pancerz jeszcze najwyżej przez 10 minut. Iron Man musiał zdobyć jeszcze trochę czasu dla Strange’a. Odkąd mag rozpoczął swój rytuał minęły dwie godziny, oby zdążył go dokończyć zanim zabezpieczenia przestaną działać.
„Pośpiesz się, doktorku” pomyślał Tony i podłączył swój reaktor do reflektora.
- Do zobaczenia, sir.
- Żegnaj, J.A.R.V.I.S. – Stark odłączył funkcje zbroi, a ta niemal natychmiast się otworzyła.
Gdy tylko Tony przestał być chroniony przez pancerz, dwie humanoidalne kreatury złapały go i zmusiły, aby uklękną. Jedna z nich przyłożyła mu miecz do gardła. Pozostałe Istoty Cienia rozstąpiły się, tworząc drogę dla Lokiego i Hel.
- Przegrałeś, Stark. – odezwał się bóg kłamstw, stając nad pokonanym Avengerem. – A teraz ujrzysz śmierć ostatniego, ze swoich sojuszników.
Laufeyson zbliżył się do drzwi, chciał złapać za klamkę, ale nagle gwałtownie cofnął rękę. Coś go poraziło.
- Co to jest? – warknął do Tony’ego. – Masz to wyłączyć, – jego głos był już spokojny i stanowczy. – jeśli chcesz ocalić swoje życie.
Stark pochylił głowę (na tyle, na ile pozwalało mu ostrze przy gardle) i uśmiechnął się kpiąco.
- Nie po to pozwoliłem się pojmać, żeby cię tam teraz wpuścić. – odparł.
- Wolisz zginąć? – zapytał Loki.
„Jeśli zyskam wystarczająco czasu” pomyślał geniusz.
- Na pewno nie pozwolę ci zniewolić Ziemi. – powiedział.
Nie miał zamiaru ginąć jako konformistyczny tchórz. Uniósł głowę do góry.
- W takim razie mi się nie przydasz. – bóg kłamstw odwrócił się od więźnia.
Hel wykonała w stronę swoich żołnierzy znaczący gest. Chwilę później Tony padł na podłogę martwy.

Strange niemal już skończył rytuał, jednak poczuł dziwne zaburzenia mocy. Wiedział, że coś poszło nie tak. Ktoś próbował się dostać do Aggregatio, a Avengers… nie żyli.
Mag przerwał swój rytuał i stworzył portal prowadzący do odległego wymiaru.  W tym samym momencie otworzyły się drzwi, a do pokoju wpadły Istoty Cienia.
- Wong… - ale było już za późno.
Mag zobaczył tylko jak jego przyjaciel znika gdzieś, zabrany przez jedną z kreatur. To już naprawdę był koniec. Zło zwyciężyło.
Strange odwrócił się i przeszedł przez portal, który zamknął się tuż za nim, uniemożliwiając Istotom Cienia wyruszenie w pogoń.

niedziela, 5 czerwca 2016

Rozdział XVIII



Przepraszam za opóźnienie. W wakacje mam problemy z weną, ale w końcu mi się udało skończyć rozdział. Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie :) Miłego czytania.

Strange zaprowadził Tony’ego do kolejnych tajemniczych drzwi. Gdy je otworzył, oczom geniusza ukazało się w pełni wyposażone laboratorium. Weszli do środka. Sprzęty przypominały te, z których Stark zazwyczaj korzystał w swojej pracowni. Tony zauważył też swoją zbroję i skrzydła Falcona położone na jednym z blatów roboczych.
- Nieźle to urządziłeś. – przyznał.
Choć nadal nie wierzył w tę całą magię, nie miał zamiaru znów pytać maga o wyjaśnienia. Doszedł do wniosku, że na „dyskusje” na temat istnienia sił nadprzyrodzonych będzie jeszcze czas, gdy Ziemia nie będzie już zagrożona. A na razie musiał skupić się na zadaniu. Jak wynikało z zegara jednego z komputerów zostało mu sześć godzin.
- Czyli mówisz, że te stwory są wrażliwe na światło słoneczne? – zwrócił się do Strange’a.
- Dokładnie na promieniowanie ultrafioletowe. – odparł czarownik. – Ich struktura nie jest trwała, dlatego mogą skutecznie unikać zarówno broni energetycznej jak i klasycznej. Mogą także podróżować między wymiarami - teleportować się. Jednak promieniowanie UV stabilizuje je, powodując niemal natychmiastowe unicestwienie.
Tony pokiwał głową. Nie miał zbyt wiele czasu. Trzeba było szybko wymyślić i zbudować skuteczną broń przeciwko tym stworom.
- Zostawiam cię tu. – oznajmił Strange. – Muszę przygotować się do rytuału.
Gdy tylko drzwi pracowni zamknęły się za magiem, Stark podszedł do swojej zbroi.
- J.A.R.V.I.S jesteś tam? – zapytał.
Nastała chwila ciszy, po czym ekran jednego z komputerów w laboratorium zaczął mrugać.
- Dzień dobry, sir. – odezwał się elektroniczny głos.
- Dobrze, że jesteś. – Tony podszedł do urządzenia, które przejęła jego sztuczna inteligencja. – Dostosuj laboratorium.
- Tak jest, sir. – odparł J.A.R.V.I.S. i już po kilku sekundach wszystkie komputery i sprzęty przez nie kontrolowane zostały przejęte przez A.I.
- No to bierzemy się do roboty. – oznajmił Stark.

Thor, Sif, Sokół oraz Wong siedzieli w salonie. Teraz gdy pojawił się cień szansy na zwycięstwo, nastroje były zdecydowanie lepsze. Sam poprosił pomocnika doktora Strange’a o dokładny opis budynku, w którym się znajdują, aby zaplanować skuteczną obronę przed Istotami Cienia.
- Czyli do środka prowadzi tylko jedno wejście? – zapytał Avenger.
- Tak – odparł jego rozmówca. – Ale co to ma za znaczenie, skoro te stworzenia potrafią się teleportować?
Zanim Sam zdążył otworzyć usta, w salonie pojawił się ponownie doctor Strange.
- To sprawi pewne trudności. – powiedział. – Teraz nie mogą się tu teleportować, ale gdy zdejmę zaklęcia, nic nie będzie ich powstrzymywało. Mogę jedynie użyć pewnego artefaktu na pomieszczeniu, w którym będę odprawiał rytuał. Dzięki temu te stwory nie będą mogły się tam teleportować, ale reszta Sanktuarium będzie narażona. Musicie dopilnować, żeby żadna z Istot Cienia nie przeszkodziła mi podczas rytuału, albo nici z naszego planu.
Wszyscy przyglądali się czarownikowi.
- W takim razie, lepiej będzie otoczyć ochroną tylko pokój, w którym będziesz odprawiał rytuał. – zwrócił się do niego Sam, który wziął się w garść i przejął stanowisko lidera, przynajmniej póki Tony był nieobecny.
- Spodziewałem się, że Sanctum ucierpi. – Strange bardziej mówił do siebie, niż do któregokolwiek ze zgromadzonych. – W takim razie, pokażę wam ten pokój.
Wszyscy ruszyli za magiem. Poprowadził ich schodami na górę. Zatrzymali się przed ciężkimi, dębowymi drzwiami. Strange odwrócił się do pozostałych.
- To pomieszczenie nazywa się aggregatio. – oznajmił. – Krzyżują się tu linie magiczne Ziemi, dzięki czemu będę miał dość mocy, aby przezwyciężyć Aether. To są jedyne drzwi. W pomieszczeniu nie ma okien, więc jedynie tędy można się dostać do środka. A teraz muszę was przeprosić. Razem z Wongiem idziemy się przygotować do rytuału.
Mag i jego pomocnik zniknęli za tajemniczymi drzwiami, a Avengers udali się z powrotem do salonu, omówić taktykę i przygotować się do, być może, najtrudniejszej walki w życiu.

Loki nie był w stanie namierzyć Avengers. Tak jakby zniknęli z tej planety. To upewniło boga kłamstw, że nowy sojusznik jego wrogów był niezwykle potężnym magiem. Jednak bohaterowie nie będą ukrywać się w nieskończoność, Istoty Cienia w końcu ich znajdą.
Tym czasem do sali tronowej powróciła Hel, Loki wtedy już siedział na swoim tronie.
- Moje wojsko szuka naszych zbiegów. – powiedziała królowa, zajmując miejsce obok Laufeysona.
- Czyli pozostało nam czekać. – odparł mężczyzna.
Wiedział, że kreatury Hel znajdą Avengers dopiero, gdy oni sami wyjdą z ukrycia. Ale to nie miało znaczenia, byli bohaterami, więc wkrótce znów spróbują ocalić swój świat, a wtedy zginą.
Loki machnął ręką i przed nimi pojawiło się lustro, w którym mogli obserwować przebieg ich planu w różnych krajach. Wszystko szło po ich myśli, a generałowie działający w poszczególnych państwach meldowali zwycięstwa. Wkrótce Ziemia ulegnie przed ich potęgą.
Loki zmienił obraz, w lustrze ukazał się Asgard. Właśnie świtało.
- Już czas. – odezwał się Laufeyson. – Muszę wracać, albo zaczną coś podejrzewać.
Musiał utrzymać swoją mistyfikację. Skoro był Odynem – królem Asgardu, nie mógł tak po prostu znikać na całe dnie. Szybko zwróciłoby to niepotrzebną uwagę. A tego nie chciał. Dlatego musiał rządzić w dwóch królestwach.
Hel spojrzała na niego uważnie.
- W takim razie ruszajmy. – kobieta wstała i wyciągnęła dłoń do swego towarzysza.
Loki także wstał. Ujął jej dłoń, a już sekundę później oboje znajdowali się w tajnym korytarzu prowadzącym do sali tronowej w Asgardzie.
- Kiedy wrócisz na Ziemię? – zapytała królowa, gdy bóg kłamstw ruszył w stronę wyjścia.
Mężczyzna odwrócił się do niej.
- Gdy odnajdziesz Avengers, przyślij kogoś po mnie. – odparł. – Chcę zobaczyć ich koniec.
Hel skinęła głową. Wokół Lokiego pojawiło się zielone światło i po chwili zamiast boga kłamstw, przed królową Helheim stał sam Wszechojciec.
- Zobaczymy się później. – powiedział i zniknął za drzwiami prowadzącymi do sali tronowej.
Hel wróciła do wieży Avengers. Teraz miała kilka godzin spokoju.
Loki mógł myśleć, że to on rozdawał karty, ale Hel żyła na tym świecie o wiele dłużej niż bóg kłamstw i nie dała się mu przechytrzyć. Musiał myśleć, że jest mu wdzięczna za pomoc, a może nawet, że Hel ma do niego jakąś słabość. Dzięki temu królowa miała nad nim przewagę. Mogła spokojnie knuć pod jego nosem, robiąc czasem maślane oczy, a on nic nie podejrzewał. To było aż zbyt proste. Musiała tylko nakłonić go, aby powierzył jej Aether – na razie nie zdradził jej nawet w jaki sposób sprowadził wieczną noc na Ziemię, ale ona wiedziała – a w tedy zapanuje nad mocą kamienia i będzie mogła zawładnąć dowolnym światem. Nie potrzebowała pozostałych artefaktów zgromadzonych przez Lokiego, sama dysponowała niezwykłymi zdolnościami, o których ten Asgardczyk nie miał pojęcia, a jej armia nie miała sobie równych, natomiast Kamienie Nieskończoności mogły sprowadzić tylko kłopoty. Jednak moc kamienia rzeczywistości była zbyt kusząca. Hel mogła wykorzystać w pełni jego zdolności, dzięki czemu każdy świat by się przed nią ugiął.
Królowa rozsiadła się wygodnie na tronie. Midgard już praktycznie należał do niej. Ostatnie kolebki wolnej ludzkości powoli traciły siły do stawiania oporu. Bohaterowie zostali pojmani lub zabici. Lochy Helheim wypełniły się wszystkimi ludźmi, którzy stawiali opór. Teraz pozostawało czekać, aż Istoty Cienia odnajdą Avengers.

Gdy tylko opuścili gabinet, May i Coulson zostali otoczeni przez Istoty Cienia. Na szczęście nie było ich wiele i mimo, że broń Coulsona się nie sprawdziła, agentom jakoś udało się przedrzeć do kolejnego korytarza, który prowadził prosto do laboratorium. Tam jednak Coulson dostrzegł duży oddział tych stworzeń, w ostatniej chwili wepchnął May za najbliższe drzwi.
- Co jest? – zapytała lekko zirytowana agentka.
- Nie widziały nas. – Phil odetchnął z ulgą, opierając się plecami o zamknięte drzwi. – Duży oddział, nie przedrzemy się.
May skinęła głową. Znaleźli się w jednym z pokoi przesłuchań, na szczęście był wyciszany, więc stwory nie mogły ich usłyszeć.
Agentka oparła się o stół. Choć bardzo starała się to ukryć, ledwo trzymała się na nogach. Dyrektor to zauważył.
- Melinda nic ci nie jest? – zapytał zaniepokojony.
- Nic. – odparła z całkowitym spokojem, ale po jej kostiumie zaczęła spływać krew.
Phil w jednej chwili znalazł się przy niej.
- Pokaż mi to „nic” – delikatnie odsunął rękę kobiety, którą zasłaniała zraniony bok. W kostiumie ziała spora dziura odsłaniająca paskudną ranę zabrudzoną jakimiś brunatnymi odłamkami. Wokół była zaschnięta krew, jednak skrzep pękł i teraz rana obficie krwawiła. – Trzeba to opatrzyć.
- To nic takiego. – odparła agentka. – Musimy iść…
- Nie chrzań, May. – kobieta spojrzała ze zdziwieniem na dyrektora, rzadko zdarzało się, żeby wybuchał. – Jesteś mi potrzebna. Więc choć raz zdejmij maskę super szpiega i pozwól sobie pomóc.
W tym momencie drzwi pokoju się otworzyły. Obaj agenci momentalnie odwrócili się w ich stronę, celując z pistoletów.
- Nie strzelajcie – zawołała Simmons, unosząc ręce do góry.
- To tylko my. – odezwał się Fitz, zamykając drzwi.
- Wy żyjecie! – pisnęła Jemma, która dopiero teraz za lufami pistoletów dostrzegła swoich przyjaciół. Rzuciła się dyrektorowi na szyję.
Po chwili, lekko zmieszana, odsunęła się.
- Przepraszam, ja tylko… - powiedziała.
- A jak wy się tu w ogóle dostaliście? – Phil zmienił temat. – Przecież na korytarzu było pełno Istot Cienia.
Fitz uniósł lampy, które trzymał w rękach, pozostałe leżały na podłodze, bo Simmons je upuściła.
- Światło ultrafioletowe. – wyjaśnił naukowiec. – To ich słaby punkt.
- Doskonale. – Coulson się uśmiechnął, odzyskał nadzieję.
- Nie do końca. – odparła Jemma. – Mamy tylko te cztery, a baterii starcz może jeszcze na jakieś 15 minut.
- Damy radę. – odparła May, była bardzo blada.
Simmons do niej podeszła. Dostrzegła obficie krwawiącą ranę.  
- Co się stało? – zapytała, przyglądając się uważniej. – Skąd w twojej ranie kawałki rdzy?
May nie odpowiedziała. Nie lubiła się nad sobą użalać, krwawienie trzeba było jak najszybciej zatamować, żeby mgła wrócić do walki, tylko to się liczyło. Jemma zaczęła się rozglądać za czymś, czym by mogła zatrzymać krwawienie. Nie znalazłszy żadnej apteczki, szybko zdjęła z siebie fartuch i oderwała z niego rękaw. Z materiału przygotowała opatrunek i ucisnęła w miejscu wypływu krwi. Jednak to nic nie dało. Krwawienie się nasiliło, a czerwona ciecz przesiąknęła przez tkaninę.
- Fitz przygotuj kolejny opatrunek! – krzyknęła dziewczyna.
Leo sięgnął po fartuch, chciał oderwać drugi rękaw. Przerwała mu May.
- Po prostu kauteryzuj ranę. – powiedziała zdecydowanie.
Simmons spojrzała na nią ze strachem w oczach.
- Nie mamy znieczulenia… - zaczęła.
- Nie ma czasu. – odparła agentka. – Jeśli nie zrobisz tego teraz, wykrwawię się.
Dziewczyna skinęła głową.
- Daj swój pistolet Fitzowi. – powiedziała. – Wiesz co robić?
Chłopak skinął głową. Wziął broń energetyczną i zaczął przy niej majstrować.
- Co chcecie zrobić? – Phil przyglądał się ich poczynaniom z mieszaniną niepokoju i ciekawości.
- Przy przepięciu przewodów, rdzeń broni rozgrzewa się do kilkuset stopni. – wyjaśniła Simmons. – Przypalimy ranę. May, połóż się.
Agentka wykonała prośbę. Jemma rozdarła mocniej jej kostium, aby odsłonić całą ranę, po czym wzięła od Fitza przerobiony pistolet. Rdzeń znajdował się w kolbie, dlatego chwyciła za lufę, która była izolowana.
- Gotowa? – dziewczynie trzęsły się ręce.
Agentka chwyciła ją za nadgarstek i zdecydowanym ruchem przyłożyła rozżarzone urządzenie do swojej skóry. Ból był niesamowity. Kobieta tak mocno zagryzła wargi, że poczuła metaliczny smak krwi w ustach. Wydała z siebie przeciągły jęk i była bliska omdlenia, gdy nagle ból się zmniejszył. To Simmons uznała, że należy zakończyć zabieg. Odrzuciła urządzenie, które zdążyło poparzyć jej rękę i zaczęła przyglądać się ranie. May ciężko oddychała.
- Nie krwawi. – orzekła. – W porządku? – spojrzała z niepokojem na Melindę.
- Tak. – agentka podniosła się, nadal dysząc. – Dam radę.
- W takim razie potrzebny nam jakiś plan. – oderwał się Coulson.
- Bazy nie odbijemy. – zauważył się Fitz.
- Wszędzie pełno tych stworzeń. – dodała Simmons.
- Ledwo udało nam się tu dostać.
Zapadła chwila ciszy. Wszyscy myśleli o pozostałych agentach, którzy są w budynku, nie mieli szans ich uratować, ale nie chcieli nikogo zostawiać.
- Lampy wytrzymają 15 minut. – ciszę przerwał Fitz. – Powinniśmy zdążyć przedrzeć się do wyjścia.
- A co potem? – zapytał Coulson.
- Musimy dostać się do hangaru. – wtrąciła się May. – To jedyna szansa.
Kobieta nadal była przerażająco blada i chociaż znów stała podparta o stół, ledwo trzymała się na nogach.
- Fitz możesz zdalnie odsłonić pas startowy? – zapytał Coulson.
- Myślę, że tak, o ile Istoty nie uszkodziły przekaźnika przy wrotach. – odparł naukowiec. – Ale mamy małe szanse tam dotrzeć. To na drugim końcu bazy, a May ledwo stoi.
- O mnie nie musisz się martwić. – agentka poważnie spojrzała na młodego naukowca. – Nie takie rzeczy robiłam.
Leo szczerze wątpił w zapewnienia kobiety, straciła dużo krwi, ale wolał się nie odzywać, żeby nie przypłacić tego bolesnym urazem.
- W takim razie niech każdy weźmie lampę i ruszamy do hangaru. – zarządził Coulson. – Nie ma na co czekać.
Tak też zrobili. Zabrali lampy UV i wyszli z pokoju przesłuchań. Coulson pierwszy, potem May i Simmons, a z tyłu Fitz. Korytarz był pusty, ale musieli wrócić obok gabinetu dyrektora. Gdy tylko otworzyli drzwi do sąsiedniego korytarza, okazało się, że jest tam kilkadziesiąt stworów. Skierowali lampy w ich stronę. Istoty z potwornym krzykiem zniknęły, a im udało się przedostać dalej. May nie dawała po sobie poznać, że każdy krok wymagał od niej wykorzystania niemal całej siły woli, jednak udawało jej się nadążyć za pozostałymi.
Zbliżali się już do hangaru. Poszło im zaskakująco łatwo, co nie wróżyło dobrze. Jednak nie mieli wyboru, musieli dostać się do jeta, albo zginą otoczeni przez Istoty Cienia. Weszli do hali. Mieli rację, w pomieszczeniu po prostu roiło się od kreatur. W momencie otwarcia drzwi wszystkie rzuciły się na nich. Początkowo agenci, mimo znaczącej przewagi wroga, sprawnie odpierali ataki. Stwory unikały promieni lamp, więc nie mogły zbyt zajadle atakować. Ale nic nie trwa wiecznie.
- Moja lampa wysiadła. – krzyknął Fitz wyrzucając zbędne  urządzenie.
Wyjął pistolet (May jakiś czas temu przeprowadziła obowiązkowy kurs na strzelnicy dla każdego, kto nie miał z bronią palną za dużo do czynienia) i zaczął strzelać. Nie wiele to dawało.
- Moja też. – po chwili Simmons zrobiła to, co jej przyjaciel.
- Nie dobrze. – krzyknął Coulson, gdy on i May także stracili swoje lampy. – Nie przedrzemy się.
Byli zaledwie kilkanaście metrów od jeta. Tak blisko, a jednocześnie za daleko, zbyt wiele stworów stało na ich drodze.
Istoty Cienia były coraz bliżej. Agenci nie mieli szans.