poniedziałek, 23 stycznia 2017
poniedziałek, 9 stycznia 2017
Początek czy koniec?
Hej :) Oto kolejny, już trzeci, one shot. Ten jest już typowym wprowadzeniem do normalnej historii.
Jak wydarzenia z Civil War wpłynęły na każdego z bohaterów? Sami możecie przeczytać. Ostrzegam, że jest to dość depresyjny rozdział.
A, jeszcze zanim zaczniecie czytać chciałabym podziękować mojej sister, bez której nie powstałaby ostatnia część tego opka. Dzięki za pomoc :D
Jak wydarzenia z Civil War wpłynęły na każdego z bohaterów? Sami możecie przeczytać. Ostrzegam, że jest to dość depresyjny rozdział.
A, jeszcze zanim zaczniecie czytać chciałabym podziękować mojej sister, bez której nie powstałaby ostatnia część tego opka. Dzięki za pomoc :D
Zapraszam do czytania, mam nadzieję, że wam się spodoba ;)
Rok 2016 właśnie dobiegał końca. Tony
Stark stał na tarasie swojej wieży i w myślach odliczał sekundy do północy,
popijając whiskey.
Był sam. Sam w tej cholernej, ogromnej
wieży, rozmyślając jak wszystko mogło się tak spieprzyć.
Stracił Pepper, przyjaciół. Pod jego
stopami świeciło idiotycznie wielkie „A”, które już nic nie znaczyło. Kolejny
rok dobiegł końca i należało zrobić jakieś podsumowanie.
Avengers przestali istnieć. Ci, którzy
uciekli z więzienia byli poszukiwani, ale Ross nigdy ich nie znajdzie – i
dobrze.
Wdowa też gdzieś zniknęła. Tony nie miał
z nią kontaktu od ich ostatniej, dość nieprzyjemnej rozmowy w nowej bazie.
T-Chala nie ruszał się z Wakandy, miał
tam dosyć na głowie, w końcu był królem.
Rhodey wycofał się z całego tego biznesu,
mimo że dzięki egzoszkieletowi od Tony’ego odzyskał pełną sprawność – ich
relacja także stała się dość… dziwna, bo Stark cały czas obwiniał się o to, co
spotkało przyjaciela.
Vision po tym wszystkim wyzbył się
jakichkolwiek ludzkich uczuć – wyłączył wszystkie protokoły, które upodabniały
go do człowieka – stał się robotem na usługach ONZ.
Chyba tylko Spider-Man się nie zmienił –
ale to jeszcze dzieciak, a cała ta walka nie dotyczyła go osobiście. Tony też
chciałby, żeby jego największymi problemami było nieodrobione zadanie domowe i
wracanie do domu przed dwudziestą drugą.
Tymczasem było zupełnie inaczej.
Oczywiście nadal działał jako Iron Man.
Nie pozostało mu już nic innego. Światu nie zagrażało żadne większe
niebezpieczeństwo, więc Stark ograniczał się do patrolowania miasta i walki z
jakimiś złodziejaszkami… i pił coraz więcej. Nigdy by się do tego nie przyznał,
ale prawie nigdy nie był zupełnie trzeźwy…
Północ. Niebo rozświetliły fajerwerki.
- Twoje zdrowie, Steve. – powiedział, kierując
szklankę w stronę wiszącej w salonie tarczy, doskonale widocznej przez jedno z
okien.
Nie widział go, ani Clinta, ani Wandy od
pół roku…
- Kur**! – krzyknął i cisnął szklanką o
ścianę.
Szkło rozprysnęło się na milion
drobniutkich odłamków, zaścielając podłogę przed drzwiami prowadzącymi do środka.
Byli drużyną. Razem ratowali świat, a
teraz świat się na nich wypiął. Nikt nie potrzebował nieprzewidywalnych
dziwadeł, które tyle razy ratowały im tyłki. Woleli wziąć ich na smycz, a teraz
nawet to im nie wystarczało. Mieli nowe, tresowane zabawki od S.H.I.E.L.D., jak
im tam było? – Inhumans.
A tak, właśnie S.H.I.E.L.D. wróciło do
życia. I wiecie kto jeszcze? Tak, ten sam agent, „prawa ręka” Fury’ego, którego
śmierć zjednoczyła ich na początku. Proszę, jak te losy się plotą: Coulson
ginie – rodzi się Avengers, Avengers ginie – Coulson się odradza. Pięknie,
nieprawdaż?!
Tony poczuł nieodpartą chęć sięgnięcia po
bursztynowy trunek. Wrócił do salonu.
- Szczęśliwego Nowego Roku, panie Stark.
– odezwała się Friday.
Stark zacisnął szczęki. Chyba lubił się
torturować. Jakiś czas temu zmienił głos A.I. Teraz był to głos Pepper…
Pepper. Zostawiła go, odeszła. Nie mogła
patrzeć jak Tony się stacza, nie potrafiła, nie miała już siły, żeby mu pomóc…
- Jaki czas? – zapytał Stark, nalewając
whiskey do kolejnej szklanki.
- Trzy miesiące, dwa tygodnie, cztery
dni, trzy godzin i dwadzieścia trzy minuty, sir. – odparł chłodny elektroniczny
głos Pepper.
Tak, to właśnie wtedy spakowała
wszystkie swoje rzeczy i oddała mu klucze.
„Nie mogę tego dłużej znieść, Tony” jej
głos drżał. „Już w ogóle nie przypominasz siebie, nie przypominasz nawet
człowieka.”
„A czy kiedykolwiek było inaczej?” tego
wieczora był pijany (wtedy jeszcze nie tak często, ale i tak zbyt często,
sięgał po butelkę).
„Nie było” odwróciła się szybko, aby nie
zobaczył łez, które spłynęły jej po policzkach. „Oczywiście zrzeknę się posady
dyrektora w twojej firmie” dodała, kierując się w stronę drzwi.
Gdy wytrzeźwiał, próbował ją przekonać,
ale już zbyt wiele razy słyszała, że on się zmieni. Już w to nie wierzyła.
Jedyne na co się zgodziła, to na pozostanie w firmie, przynajmniej dopóki nie
znajdzie kogoś na swoje miejsce, ale tylko pod warunkiem, że nie będzie musiała
widywać Tony’ego. I tak się stało.
Miesiąc temu oficjalnie przekazała
stanowisko i całkowicie zniknęła z życia Starka.
Tony opadł ciężko na kanapę. W jednej
ręce trzymał szklankę z whiskey, w drugiej – całą butelkę.
***
Wdowa
także patrzyła na fajerwerki, tyle, że jakieś sześć godzin wcześniej niż Stark.
Sylwestra spędzała w Polsce, akurat trafiła do Wrocławia.
Wkrótce ruszała dalej.
Odkąd „zdradziła” Iron Mana i złamała
rozkaz Rossa, nigdzie nie przebywała zbyt długo. Ukrywała się przed ewentualnym
pościgiem, ale nie tylko. Nie zamierzała znów żyć z dnia na dzień, uciekać jak
zaszczute zwierzę. Wiedziała, że musi znaleźć sprzymierzeńców, kogoś, kto
uniemożliwi jej aresztowanie. A jedyną taką osobą był Nicholas Fury.
Sądziła, że po akcji w Sokovii, były
dyrektor znów zaczął działać, tyle, że w jeszcze większej konspiracji.
Prawdopodobnie pracował nad odbudową S.H.I.E.L.D. jeszcze wcześniej. Wdowa do
tej pory go nie szukała. Miała sporo na głowie: szkolenie młodych, misje
Avengers… a gdyby Fury chciał, to wiedział gdzie ją znaleźć. Jednak teraz, gdy
wszystko szlag trafił, to ona potrzebowała jego.
Tak zaczęły się jej poszukiwania. Przy
ich rozstaniu, tuż po upadku S.H.I.E.L.D., dyrektor wspominał o Europie,
dlatego kobieta zaczęła właśnie tam. Skontaktowała się z „byłymi znajomymi” z
agencji, upewniając się, że na pewno należeli do tej dobrej. Zbierała tropy i
poszlaki i tak trafiła tu. Była już naprawdę blisko odnalezienia, jak przypuszczała,
nowej S.H.I.E.L.D.
A’propos S.H.I.E.L.D.. Było to jakiś
miesiąc temu. Wdowa siedziała w małym pubie gdzieś w Niemczech. W telewizji
akurat leciały wiadomości. Natasha jako były rosyjski szpieg znała wiele
języków najbliższych sąsiadów „jej” państwa – większość słowiańskich, do tego
niemiecki i kilka innych. To podstawa aby wtopić się w tło. Tak więc kobieta
nie miała problemów ze zrozumieniem, co mówi prezenterka.
Okazało się, że S.H.I.E.L.D. się
odrodziło i w dodatku z jakimś całkowicie randomowym facetem na czele. O akcji
z Inhumans wiedziała już dawno, jednak nie stanowili oni na tyle dużego
zagrożenia, żeby Avengers musieli się w to mieszać, dlatego pozostawili tę
sprawę rządowi, a właściwie, jak się okazało – S.H.I.E.L.D. Jednak powrót
agencji nie zdziwił Wdowy tak bardzo, jak to co zobaczyła kilka dni później w
Berlinie.
Szła właśnie na spotkanie z
informatorem, gdy jej uwagę przykuły telewizory na wystawie sklepu
elektronicznego. Właściwie nie same urządzenia, a to co było na nich
wyświetlane. Jakaś większa rozróba w Stanach w LA (nie wiele było napisane, a
dźwięk był niesłyszalny przez szybę). Pokazano kilka ujęć z akcji nowej
S.H.I.E.L.D., jeden z agentów wydał się kobiecie dziwnie znajomy. Był to nie
kto inny jak Phil Coulson. Jak na martwego od czterech lat, wyglądał wyjątkowo
żywo.
Natasha nie wiedziała czy jest bardziej
zła, że Fury nic jej nie powiedział, czy pod wrażeniem, że Coulsonowi udało się
urywać przez te wszystkie lata.
Ale cóż, obie informacje nie miały dla
niej większego znaczenia. Nie miała zamiaru dołączać do nowej S.H.I.E.L.D. –
nie ufała rządowym pieskom. A jeśli chodzi o Coulsona? Fury wielokrotnie nie
wtajemniczał jej w swoje plany, z resztą były dyrektor naprawdę robił gorsze
rzeczy, aby osiągnąć swój cel, niż upozorowanie śmierci jednego z agentów…
- Hej, masz papierosa? – z zamyślenia
wyrwał ją męski głos.
Wdowa była na rynku, miała się tu
spotkać z kolejnym informatorem, ale do tego zostało jeszcze trochę czasu.
Stała tuż przy kamienicach otaczających plac, wolała nie zagłębiać się w tłum.
Obok niej pojawiła się grupka, wyraźnie już podpitych, studentów. Dwie
dziewczyny, trzech chłopaków. Pewnie przyszli popatrzeć na fajerwerki.
- Czeskie mocne. – Wdowa wyjęła paczkę z
kieszeni.
- Wolę niemieckie. – odparł postawny
brunet, który zaczepił Natashę. – Ale daj.
Kobieta uśmiechnęła się i rzuciła mu
paczkę. W tym momencie jeden z jego kolegów zachęcająco wyciągnął w jej stronę
butelkę piwa.
- Napijesz się? – Natasha obrzuciła go
szybkim spojrzeniem. – Rosyjski lager.
- Dzisiaj nie pogardzę. – odparła i
sięgnęła po alkohol.
Student otworzył paczkę z papierosami i
wyjął z niej jednego, resztę schował do kieszeni. Wdowa przyłożyła butelkę do
ust, udając że pije. Poczuła, że coś oprócz piwa dotknęło jej warg.
- Zrywamy się do klubu. – odezwała się
jedna z dziewczyn. – Idziesz z nami?
- Sorki, mam randkę. – odparła.
- Jak tam chcesz. – powiedział student z
papierosem. – Zwijamy się. Do zobaczenia.
- Jak najszybciej. – gdy tylko zniknęli
jej z oczu, niezauważalnie wylała piwo.
Z butelki wypadła mała plastikowa
kapsułka. Wdowa się uśmiechnęła. Już się doczekała swojego informatora. Dobra
przykrywka. Żaden postronny obserwator nie domyśliłby się, że właśnie doszło do
wymiany informacji.
Wdowo zniknęła z rynku. Gdy tylko
znalazła się po za zasięgiem wzroku przypadkowych ludzi, przełamała kapsułkę. W
środku była karta SIM. Kobieta szybko wpięła ją do telefonu i niemal
natychmiast po uruchomieniu, urządzenie zaczęło dzwonić. Wdowa upewniła się, że
nikogo nie ma w pobliżu i odebrała.
- Podaj personalia – usłyszała
mechaniczny kobiecy głos.
Ta, paranoja na temat bezpieczeństwa,
skąd ona to znała? Nawet jeśli dzwonią do ciebie i tak musisz się przedstawić.
- Natasha Alianova Romanoff, aka Czarna
Wdowa, agentka poziomu siódmego. – powiedziała po angielsku z silnym rosyjskim
akcentem, taką próbkę głosu podała w starym S.H.I.E.L.D. jako swój
identyfikator.
Usłyszała kliknięcie, a potem jakiś
szum.
-Witaj, Natasha. – w słuchawce
zadźwięczał znajomy głos. – Myślałem, że szybciej mnie znajdziesz. Albo ja
stałem się lepszy w zacieraniu śladów, albo ty wyszłaś z wprawy siedząc w
kurortach Starka.
- Jeszcze nie znalazłam. – odparła. –
Gdzie jesteś?
- Naprawdę wyszłaś z wprawy, trzeba
będzie coś z tym zrobić. – tym razem głos nie dobiegał z telefonu, ale zza jej
pleców.
Natasha odwróciła się, odruchowo
sięgając po pistolet ukryty pod kurtką. Jednak okazało się to niepotrzebne.
Przed nią naprawdę stał Nicholas Joseph Fury dyrektor starej S.H.I.E.L.D., jej
S.H.I.E.L.D.
- Tak dać się podejść? – odezwał się
ponownie mężczyzna. – To do ciebie nie podobne.
- Chyba się starzeję. – kobieta
uśmiechnęła się, chowając broń.
Naprawdę cieszyła się z tego spotkania.
- Powiedz mi Romanoff, co się z wami, do
cholery, stało? – zapytał poważnie były dyrektor.
- Chyba nie chcesz rozmawiać o tym na
ulicy? – Wdowa zmierzyła go wzrokiem.
Fury odwrócił się i ruszył przed siebie,
Natasha zaraz za nim.
Mężczyzna całą drogę milczał, ona także
nie zadawała pytań. Zatrzymali się po kilkunastu minutach przed jakimś starym
zaniedbanym budynkiem, na pierwszy rzut oka przypominał trochę bunkier. Były
dyrektor upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu i wszedł do środka.
Wdowa spodziewała się technologicznie
zaawansowanej bazy, a tym czasem jej oczom ukazała się zwykła ruina. Budynek
był tak samo obskurny na zewnątrz jak i w środku.
-
Nie mów, że to twoja nowa siedziba – odezwała się, mierząc wnętrze
krytycznym wzrokiem.
- A co? Nie podoba ci się? – mruknął
Fury.
Dotknął ściany po swojej prawej,
wprowadził jakiś kod na panelu, który się pojawił i nagle Wdowie usunęła się
ziemia po nogami. Kobieta musiała przykucnąć, aby się nie przewrócić. Okazało
się, że stali na platformie windy, która właśnie ruszyła w dół.
- Nieźle. – agentka uśmiechnęła się,
wstając.
Chwilę później znaleźli się w długim
białym korytarzu, oświetlonym zimnym blaskiem jarzeniówek. Wdowę przeszył
nieprzyjemny dreszcz – dawne wspomnienia. Spojrzała na byłego dyrektora.
Mężczyzna ruszył wzdłuż rzędów jednakowych drzwi.
Po chwili weszli do pokoju znajdującego
się dokładnie naprzeciwko windy, po drugiej stronie korytarza.
Okazało się, że był to gabinet. Wdowa
nigdy nie posądziłaby Fury’ego o sentymentalizm, ale najwidoczniej się myliła.
Ten gabinet wyglądał niemal identycznie, jak ten w Triskelionie. Jedyną różnicą
był ekran imitujący okno.
Mężczyzna usiadł za biurkiem i wskazał
Natashy krzesło naprzeciwko.
- Myślę, że teraz możesz odpowiedzieć na
moje pytanie. – przypomniał.
- Jestem pewna, że sam znasz odpowiedź.-
odparła, rozsiadając się na krześle. – Stark i Rogers pokłócili się o Akta.
- To wiem. – Fury pochylił się nad
biurkiem. – I szczerze, gówno mnie to obchodzi. Oni kłócą się, odkąd się
poznali, ale jakoś do tej pory zespół się przez to nie rozpadł.
- Dobrze wiesz, że to było bardziej
skomplikowane. – Wdowa wyprostowała się i założyła nogę na nogę. – Ross, Zemo,
atak na ONZ. Steve nadal jest za bardzo związany z Zimowym Żołnierzem.
- I jeszcze ta sytuacja z rodzicami
Starka. – mruknął mężczyzna.
- Co? – Natasha zmarszczyła brwi. – Jaka
sytuacja?
- Ty nic nie wiesz? – zdziwił się Fury.
– W sumie to wyniknęło po twoim zniknięciu. Barns zamordował rodziców Starka na
polecenie Hydry.
- Jak bardzo źle? – zapytała tylko.
- Prawie się pozabijali. – były dyrektor
wstał z fotela.
-
Chwileczkę. – Natasha również wstała. – Skoro wiesz o wszystkim lepiej niż ja,
to po cholerę, to twoje głupie pytanie?
Stanęła naprzeciwko mężczyzny.
- To nie było moje pytanie. – odparł
poważnie. – Nie chodziło mi o Avengers, ale o ciebie i Bartona. Do tej pory
zawsze jakoś ogarnialiście tę bandę świrów. Po to zostaliście do nich
przydzieleni. A teraz co? Stajecie po przeciwnych stronach? Dopuszczacie do
tych idiotycznych walk?
Tego było już za wiele. Wdowa mogła to
załatwić na spokojnie, tak aby Fury nie poznał jak bardzo jest teraz na niego
wściekła, ale po co? Niech się dowie, niech wie, że nie warto drażnić pająków,
bo mogą ukąsić.
- Że co?! – krzyknęła. – A co niby
mogliśmy zrobić?! Próbowałam przekonać Rogersa, ale to jak grochem o ścianę. A
Clinta nie chciała w ogóle w to mieszać. Dosyć już zrobił, zasłużył na normalne
życie – „on przynajmniej je miał” pomyślała z goryczą. – A może wolałbyś, żebym
przekonywała Starka?! Żebyśmy ramię w ramię stanęli przeciwko ONZ?! O nie, to
nie była ani moja, ani jego wina.
Tylko TWOJA. Gdzie byłeś?! Wolałeś siedzieć z założonymi rękami, niż ruszyć
tyłek i ogarnąć cały ten burdel. Stworzyć drużynę jest łatwo, ale gdy pojawiają
się jakieś kłopoty to TY się wycofujesz.
A teraz szukasz kozła ofiarnego. Ja nim NIE BĘDĘ.
Dyrektor milczał. Kobieta miała rację.
Podjął złą decyzję. Hill kilkukrotnie prosiła go, aby zareagował, ale on
myślał, że Avengers jakoś się dogadają, jak zawsze. Jednak tym razem się
pomylił. A cena za jego pomyłkę była zbyt wysoka.
Odwrócił się od Wdowy i spojrzał na
biurko, na którym leżała teczka z aktami nieszczęsnej sprawy.
- Przepraszam – powiedział.
***
Steve wrócił do środka. Nie miał ochoty
oglądać fajerwerków. Za bardzo kojarzyły mu się z jego, kiedyś, ulubionym
świętem. Za dużo się wydarzyło.
Nie mógł być już dłużej Kapitanem
Ameryką. Nie dlatego, że nie miał tarczy. Nie było też tak, że nie chciał.
Chciał i to bardzo. Ale był poszukiwany. Świat uznał go za przestępcę, a
przestępca nie może być symbolem.
Nadal uważał, że podjął właściwą
decyzje: nie wszystkie, ale tę najważniejszą. Jednak świat uważał inaczej. Prawie
cały świat.
Po walce na Syberii (tego starcia
żałował i podejrzewał, że nie tylko on), Black Panther zaoferował mu i Bucky’emu
pomoc. Odstawił Zemo, którego udało mu się pojmać, do siedziby CIA, a potem wszyscy
udali się do Wakandy. Jednak Steve nie mógł tam długo zostać. Musiał uwolnić
przyjaciół, którzy mu zaufali. Bucky zdecydował się zostać w Wakandzie…
T’Chala znów pomógł. Dzięki niemu Rogers
miał szansę niepostrzeżenie dostać się do więzienia. Król pozostał w swoim
królestwie, a Kapitan ruszył na misję.
Udało mu się uwolnić przyjaciół. Nie
mogli jednak ponownie stworzyć drużyny, wszyscy byli zbiegami i musieli znaleźć
bezpieczne kryjówki.
Barton wrócił do swojej rodziny. Nikt,
za wyjątkiem Avengers i Fury’ego, nie wiedział gdzie jest jego dom, a Clint,
mimo wszystko, nie wierzył, że Stark mógłby zdradzić Rossowi gdzie to jest. Zabrał
ze sobą też Wandę. Uznał, że dziewczyna zasłużyła na odrobinę normalne życia i
na rodzinę. Był to winien jej bratu. W końcu gdyby nie on, nigdy nie zobaczyłby
swojego najmłodszego syna.
Do Scotta pomocną dłoń znów wyciągnął
Hank. W prawdzie Ross wiedział o powiązaniach Ant-Mana z Pymem, ale nie wiedział
wszystkiego o naukowcu, np. o kilku jego kryjówkach jeszcze z czasów gdy sam
był superbohaterem. W jednej z nich zamieszkał Lang. Hank odbudował dla niego
skafander – starego niestety nie udało się odzyskać, na szczęście Scott zdążył
się pozbyć serum, zanim kostium wpadł w łapy wojska. Lang jednak nie wrócił do
bycia bohaterem, nie bardzo miał taką możliwość. Skafander był mu potrzeby, aby
móc odwiedzać córeczkę. Bardzo za nią tęsknił, a w obecnej sytuacji nie było możliwości
na normalne wizyty. Ani jego była, ani jej nowy partner nie mogli go zobaczyć.
Sporo ryzykował przychodząc do Cassie, ale wolał z powrotem trafić do
więzienia, niż zrezygnować z tych odwiedzin.
Sam postanowił zostać ze Steve’em. Nie miał
żadnej bliższej rodziny, a jego najlepszym przyjacielem był właśnie Rogers.
Udało im się skontaktować z agentką Carter, a ona pomogła im stworzyć nowe
tożsamości i się ukryć. Gdyby jej szef się o tym dowiedział, mogłoby się to dla
niej źle skończyć.
Steve i Sam zamieszkali w Manchesterze.
Oboje musieli zmienić wygląd. Rogers przefarbował włosy i zapuścił zarost, zaczął
się też inaczej ubierać, Willson natomiast się ogolił, zaczął nosić okulary
(zerówki) i także zmienił styl ubioru. Tak więc Steve Rogers przestał istnieć,
a zamiast niego pojawił się John Dugan, nauczyciel plastyki w jednej z
miejscowych szkół. Natomiast zamiast Sama Willsona, po ulicach chodził teraz Chris
Nixon, bibliotekarz.
Steve’owi coraz bardziej ciążyło to, że
nie mógł już pomagać ludziom. Chciał znów stać się superbohaterem. Coraz
częściej zastanawiał się, czy nie założyć znów maski. W prawdzie Kapitanem
Ameryką nie mógł już być, ale przyjąć jakąś inną tożsamość…
Za oknem ucichły ostatnie fajerwerki,
noc spowił mrok, a przyjaciel udali się na spoczynek.
czwartek, 29 grudnia 2016
Raport z Misji Marii Hill
Drugi
i jak na razie ostatni One-Shot, mam nadzieję, że wam się spodoba. Wkrótce
postaram się ruszyć z normalnym opowiadaniem, trzymajcie kciuki :) A teraz
zapraszam do czytania ;)
SZKIC RAPORTU: MISJA „AVENGE”
DATA WPISU: 1 MAJ 2015
AGENT PROWADZĄCY: MARIA HILL
CEL MISJI: OBSERWACJA I NADZÓR GRUPY
AVENGERS
CEL POBOCZNY: ODNALEZIENIE BERŁA LOKIEGO
Dobra mam dosyć tego oficjalnego żargonu!
I tak nie ma już S.H.I.E.L.D.!
Jestem Maria Hill, agentka… była agentka
S.H.I.E.L.D. Agencja rozpadła się, gdy wyszło na jaw, że była na wskroś
przesiąknięta Hydrą.
Gdy było już po wszystkim, Fury wyjechał
do Europy (nie zostałam wtajemniczona po co, ale prawdopodobnie chciał
odbudować agencję), natomiast mnie kazał pilnować najbardziej
nieprzewidywalnych ludzi na Ziemi, a jednocześnie jej największych obrońców –
Avengers.
S.H.I.E.L.D. już nie było, a ktoś musiał
dopilnować, żeby byli gotowi kiedy nadejdzie zagrożenie.
Więc skończyłam jako osobista niańka dla
zadufanego w sobie miliardera i naukowca, który w każdej chwili mógł się
zmienić w potwora. Najęłam się jako asystentka Starka, w ten sposób najłatwiej
było kontrolować miejsce pobytu wszystkich bohaterów. Oczywiście miało to też
sporo minusów, jak: wynoszenie śmieci, robienie prania, jednym słowem – to co
robiła Pepper, zanim została dyrektorem firmy. Nie wiem, jak ona to
wytrzymywała.
Oprócz Avengers miałam też na oku
Coulsona i tę jego nową S.H.I.E.L.D. Cała ta sprawa Inhumans - musiałam mieć
rękę na pulsie i pilnować, czy to wszystko nie wymknie się spod kontroli. A w
razie potrzeby zaangażować w to Avengers.
Jednak jak na razie nie było takiej
potrzeby. A nawet to Coulson pomógł mnie.
Po rozpadzie S.H.I.E.L.D., jeszcze zanim
Fury opuścił kraj, dokładnie analizowaliśmy jakie tajne technologie i
pozaziemskie artefakty mogły wpaść w ręce wroga. Było tego aż za wiele, jednak
najbardziej niebezpieczne wydawało się Berło Lokiego, które skonfiskowaliśmy po
bitwie o Nowy Jork. Było ukryte w jednym z najpilniej strzeżonych magazynów agencji,
ale po ty przewrocie mogło być wszędzie. Trzeba było je odnaleźć. A to było
moje zadanie – nie łatwe, nadmieńmy.
Oczywiście
przeszukiwałam różne bazy danych, a Romanoff zgodziła się mi pomóc podczas
misji w terenie (była jedynym agentem ze starej S.H.I.E.L.D. – nie tej Coulsona
– z którym miałam kontakt. Barton gdzieś zniknął bez śladu, chociaż byłam
pewna, że Wdowa wiedziała, jak go znaleźć, mimo że temu zaprzeczała.) ale nasze działania na niewiele się zdały.
Włócznia zapadła się pod ziemię. Aż do dnia, w którym Coulson zadzwonił z
informacją, że znalazł ją w Sokovii. Pozostało tylko wezwać Avengers.
Z Kapitanem nie było problemu, chwilowo przebywał
w AvengersTower, a nawet gdyby nie, to pozostawał w Nowym Jorku i oczywiście
czynnie działał jako superbohater. Starkowi ostatnio nie chciało się zakładać
zbroi (ale wiedziałam, że już dawno zdążył jakąś zbudować i starał się to ukryć
przed Pepper), ale gdy tylko pomachałam mu przed nosem porządną misją od razu wskoczył
w garniturek. Z Bannerem ostatnio nieźle zaczęła się dogadywać Wdowa i bez
problemu udało jej się go przekonać do powrotu. Bartona też ona sprowadziła
(miałam rację!). Pozostał jeszcze Thor, wiedziałam, że od jakiegoś czasu
mieszka ze swoją dziewczyną w Londynie. Wystarczył jeden telefon i już był z powrotem
w wieży.
Na początek wysłałam ich na kilka misji
treningowych, nie współpracowali prawie od trzech lat, musieli się znowu zgrać.
Już wkrótce najważniejsza misja. Mam
nadzieję, że wszystko pójdzie gładko.
UPDATE
DATA WPISU: 1 GRUDZIEŃ 2015
Nieźle się namotało. Roboty chcące
zawładnąć światem, latające miasto… O wszystkim można poczytać w gazetach lub zobaczyć
w wiadomościach, więc nie będę się rozpisywała.
Grunt, że odzyskaliśmy Helicarrier
(dzięki Phil) i mogliśmy posprzątać choć część bałaganu jaka się narobiła.
Po akcji w Sokovii ulotniłam się razem z
Furym. Okazało się, że zorganizował sobie bazę w jednym z państw Europy Środkowo-Wschodniej
i odbudowywał agencję. Jednak całkowicie zmienił jej profil. Mieliśmy się nie
wtrącać, póki to nie będzie całkowicie konieczne. Obserwacja i nic więcej.
Ewentualnie lekkie pokierowanie Avengers.
A właśnie Avengers. Zorganizowali sobie
nową bazę i zaczęli działać całkowicie niezależnie. Właściwie ze starego składu
zostali tylko Kapitan i Wdowa. Thor wrócił do Asgardu, Hulk ulotnił się w
niewyjaśnionych okolicznościach, Hawkeye też gdzieś zniknął, a Stark postanowił
trochę pożyć normalnym życiem. Ale Steve i Natasha nie mogli narzekać na braki
kadrowe, do Avengers dołączyli nowi bohaterowie: Falkon (po akcji w Sokovii
zdecydował się znów działać u boku Kapitana jako bohater), Scarlett Witch
(narobiła trochę zamieszania, ale w końcu okazała się stać po dobrej stronie),
Vision (android stworzony przez Ultrona, Starka, Bannera i Thora – co ta za
mieszanka?!) oraz War Machine (kumpel Tony’ego, który kilka lat temu gwizdnął
mu zbroję). Drużyna dobrze sobie radziła. Wkrótce wrócił do niej Stark – w końcu
był Iron Manem, ego nie pozwalało mu na długo odwiesić garniturka (zwłaszcza
teraz, gdy między nim, a Pepper coś się psuło – Stark chował się do swojej
skorupy).
Skąd to wiem? Fury pozostawił mi misję
obserwacji Avengers, przydzielił nawet kilku ludzi, więc wiedziałam o
wszystkim.
UPDATE
DATA WPISU: 30 MAJ 2016
No i zmieniam misję. Avengers już nie istnieje i nie wiem, czy drużyna kiedykolwiek poskłada się na nowo. A wszystko przez kilka głupich kartek.
Gdy ONZ zdecydowało się wprowadzić
Sokovia Acords, posypała się lawina nieszczęść. Avengers podzielili się na dwa
wrogie obozy i … a z resztą każdy o tym wie, bo trąbiły o tym chyba wszystkie
media.
Na domiar złego pojawił się ten cały
Zemo co ostatecznie doprowadziło do końca drużyny.
Gdy to wszystko się zaczęło, prosiłam
Fury’ego, żeby interweniował, ale nie, oczywiście, on wszystko zrobi po
swojemu. Nie chciał się wtrącać w całą tę sytuację, orzekł że Avengers są
dorośli i powinni to załatwić sami. Ta, dobre mi sobie.
Ta zbieranina niezrównoważonych
charakterów, nic nie załatwi między sobą.
Fury upierał się, że zjednoczą się
przeciwko wspólnemu wrogowi, dlatego nie robiliśmy nic z Zemo. Na początku
dyrektor miał rację, Stark zignorował rozkazy, żeby pomóc Rogersowi. Ale
pozwolenie Zemo działać było najgorszym pomysłem w historii. O mały włos, a
doszłoby do tragedii.
Teraz jest już po wszystkim… A raczej
jeszcze wiele przed nami. Połowa drużyny była zamknięta w więzieniu – „była” to
odpowiednie słowo, bo niedawno zdołali uciec. Gdzie teraz są i co robią – nie mam
pojęcia i w sumie nie chcę wiedzieć.
Gdyby Fury zareagował na czas nie
doszłoby do tego wszystkiego, a teraz - co? Ziemia została bez porządnej TARCZY
(Colson coś tam jeszcze kombinował, ale Akta także jemu związały ręce), bez
Avengers, bez jakiejkolwiek obrony… Co zrobimy gdy ktoś zaatakuje?
Dzięki „dyrektorze” – zniszyłeś Ziemię.
KONIEC WPISU.
NOTATKA DO SIEBIE: Pod żadnym pozorem nie wysyłać tego Fury’emu!!!!!
niedziela, 18 grudnia 2016
One-shot Doctor Strange
Hej :) Wreszcie wróciłam. Mam nadzieję, że się
cieszycie i że nie jesteście za bardzo na mnie źli, że tak długo mnie nie było.
Bez zbędnych wstępów: to opowiadania ciągnie dalej linię fabularną z
poprzednich, mam nadzieję, że wam się spodoba :) W razie jakichkolwiek pytań,
śmiało piszcie w komentarzach ;) A teraz zapraszam do czytania :)
Strange znalazł się w K’un-Lun, było to mistyczne
miasto, znajdujące się w Himalajach. Wiedział, że tu znajdzie spokojne miejsce.
- Doktorze Strange, co pan tu robi? – nagłe pojawienie
się maga w Central Hall of Ancestors wyraźnie zdziwiło, a nawet
przestraszyło Mistrza, który akurat tam przebywał.
- Witaj, Mistrzu. – Mag lekko się skłonił. – Wybacz
moje niespodziewane przybycie, ale na Ziemi dzieją się złe rzeczy.
- Wiem. – odparł mężczyzna. – Równowaga świata została
zachwiana.
- Zachwiana to mało powiedziane. – powiedział
Strange. – Została przewrócona do góry nogami. Zło zatryumfowało. Muszę
przywrócić ład, w przeciwnym wypadku ciemność opanuje Ziemię.
- Czego potrzebujesz? – zapytał gospodarz. Dobrze
wiedział, że równowaga jest najważniejsza i bez niej świat nie może istnieć,
żaden świat.
- Jakiegoś spokojnego miejsca. – odparł mag.
- Oczywiście. – mistrz skinął głową. – Proszę za mną,
Doktorze.
Zaprowadził Strange’a do ukrytego pomieszczenia na
tyłach świątyni. Doktor od razu wyczuł silną magiczną energię.
- Idealnie. – mruknął. – Muszę odbyć długą podróż -
zwrócił się do Mistrza. – moje ciało pozostanie tu, proszę miej nad nim pieczę,
abym mógł powrócić.
Mężczyzna przytaknął i opuścił pomieszczenie.
Strange przystąpił do pracy. Stworzył diagram
skupiający moc magiczną. Usiadł po turecku na jego środku i rozpoczął rytuał.
Gdy go zakończył, jego ciało astralne wraz z mocą artefaktów (Peleryny
Lewitacji i Oka Agamotto) przeniosło się do innego wymiaru. Natomiast postać
materialna pozostała w K’un-Lun.
Strange znalazł się w jednym z nieskończonych wymiarów
kieszonkowych. Ten należał do najniebezpieczniejszych w Multiversum. Mag sam go
wybrał, ponieważ świetnie nadawał się do ukrywania różnych rzeczy, gorzej było
gdy chciało się stąd coś zabrać. Ta konkretna planeta – jedna z kilkudziesięciu
znajdujących się w tym wymiarze – krążyła bardzo blisko swojej gwiazdy, dlatego
temperatura sięgała na niej 1000 oC. W dodatku na każdym kroku można
było tam napotkać jakieś potwory, rzeki płynnego metalu… nawet rośliny były tu
drapieżne – zbyt mała ilość światła, które nie mogło się przedrzeć przez grubą
warstwę rtęciowych (i to dosłownie) chmur nie pozwalała na nic innego.
Atmosfera była tu niemal całkowicie pozbawiona tlenu, za to miała inne
pierwiastki sprawiające, że wszystko wokół wydawało się czerwone. Jak cokolwiek
mogło tu żyć, pozostawało tajemnicą.
Mag cieszył się, że jego ciało astralne jest odporne
na zmiany temperatury i nie musi oddychać. Jednak w tym wymiarze było jeszcze
jedno niebezpieczeństwo. Bardzo osłabiał on magię, zarówno osoby, jak i
przedmiotów. Oko Agamotto mogło być tu użyte tylko raz, a Peleryna Lewitacji…
Strange sam nie widział na ile wystarczy jej mocy. Także postać astralna nie
była tak silna, jak na Ziemi – była zescalona, co oznaczało, że bardziej
przypominała materialne ciało, niż projekcję ducha i była podatna na urazy
mechaniczne – a rozproszenie postaci astralnej oznaczało śmierć także w
materialnym świecie.
No cóż, i tak nie było się nad czym zastanawiać.
Chciał ocalić Ziemię, ale sam niewiele mógł już zrobić. Loki poważnie naruszył
równowagę sił planety, miał potężną armię, a bohaterów już praktycznie nie było
na świecie. Na otwartą walkę było już za późno… a może za wcześnie?
Strange dobrze wiedział, co musi zrobić. Choć w ten
sposób złamie… no cóż, pewnie wszystkie niepisane prawa natury, to chyba świat
mu to wybaczy.
Ruszył przed siebie. Nie potrzebował mapy, doskonale
znał ten wymiar i wszystkie jego niebezpieczeństwa. No właśnie –
niebezpieczeństwa. Drogę doktora zagrodziła rzeka płynnego ołowiu. Strange
postanowił nie osłabiać się już na początku podróży i nie używać własnej magii.
Pozostała tylko Peleryna Lewitacji. Miał nadzieję, że wystarczy jej mocy i że
nie skończy w srebrzystej kipieli.
Udało się. Właśnie miał lądować na drugim brzegu, gdy
poczuł silne uderzenie z boku.
„Oczywiście, tu nic nie jest łatwe” zdążył jeszcze
pomyśleć, zanim zatrzymał się na jakiejś roślinie przypominającej ziemskie
drzewo.
Ta natychmiast oplotła go lianami uniemożliwiając
ucieczkę. Przed magiem wylądowało to, co go zaatakowało. Był to wielki stwór
przypominający pterodaktyla. Zaczął niezgrabnie człapać w stronę uwięzionego
Strange’a. Mężczyzna zaczął się szamotać, ale niewiele to dawało, a stworzenie
było coraz bliżej. Udało mu się uwolnić dosłownie w ostatniej chwili, wielkie
szczęki potwora kłapnęły tuż nad jego głową. Mag wyminął zwierzę, ale to
natychmiast ruszyło w pogoń. Strange wykonał kilka szybkich ruchów dłońmi i
przed nim pojawiło się ostre niebieskie światło. Stwór zawył przeraźliwie i
zerwał się do lotu. Gdy był już daleko, światło zniknęło.
Strange oparł dłonie na kolanach i zaczął ciężko
dyszeć. Tlenu może nie potrzebował, ale ból i zmęczenie odczuwał. Używanie
zaklęć zużywało tu za dużo energii. Mag się wyprostował, trzeba było iść dalej,
albo znów coś go zaatakuje i może się to skończyć znacznie gorzej.
Tym razem Doktor bardziej uważał na wszystko co dzieje
się wokół. Starał się unikać otwartych przestrzeni gdzie byłby łatwym celem,
ale między drzewami także nie było bezpiecznie. Wszędzie coś chciało upolować
łatwą zdobyć, jaką wydawała się ta wolno poruszająca się postać.
Mag w końcu dotarł do teoretycznie bezpieczniejszego
miejsca, jakim wydawały się skały. Szedł dnem jakiegoś wąwozu, jednak na niebie
pojawiły się znów ptako-podobne stwory. Jeden z nich zaczął pikować w stronę
mężczyzny, co zmusiło go do ukrycia się w jakiejś rozpadlinie. Zwierzę
odleciało, ale Strange’a oblazły jakieś pająko-podobne robale, w których
gniazdo najprawdopodobniej wszedł. Szybko się z nich otrzepał – na szczęście
jad na niego nie działał – i ruszył dalej.
Musiał dostać się na szczyt szklanej góry (tak,
prawdziwej szklanej góry, warunki panujące na tej planecie przekształciły
piaskowce w szkło). Niestety na drodze maga znajdowało się miejsce lęgowe jakiś
mieszkających tu stworów. Kilka dorosłych krzątało się między gniazdami.
Strange skrył się za najbliższym, sprawiającym wrażenie martwego, drzewem.
Obejście tego lęgowiska nie wchodziło w grę, było otoczone wysokimi ścianami
wąwozu, a przejście przez środek oznaczało śmierć. Strange dotknął swojego
pierścienia. Nie było innego wyjścia.
Mag wszedł do wymiaru lustrzanego – tak, był on nawet
tu – dzięki temu stał się niewidoczny dla wszystkiego, co chciało go pożreć.
Ruszył przed siebie.
Śpieszył się, aby jak najszybciej opuścić wymiar
lustrzany, bo przebywanie w nim kosztowało go zbyt wiele energii.
Gdy tylko znalazł się w stosunkowo bezpiecznej
odległości od gniazd, chciał wrócić. Ale… no właśnie – nie udało mu się. Poczuł
się jakby dopiero rozpoczął naukę u Przedwiecznej.
O nie. Nie pokona go jakaś planeta, nie bez powodu
został Sorcerer Supreme.
Skupił całą swoją moc i spróbował ponownie. Tym razem
udało się. Opuścił wymiar lustrzany. Nie mógł pozwolić sobie na choćby chwilę
odpoczynku, musiał iść dalej. Był już u podnóża góry. Czas na wspinaczkę.
Początkowo było łatwo, jednak to długo nie trwało.
Przez to, że góra była przeźroczysta, trudno było znaleźć bezpieczną ścieżkę.
Niektóre rozsypywały się gdy tylko się ich dotknęło, na inne spadały szablowate
odłamki szkła, w dodatku nie było się tu gdzie ukryć, a latające bestie co
chwila atakowały. Magowi udawało się odpierać ataki, ale stawało się to coraz
trudniejsze. Jego postać astralna zaczęła blednąć – to był zły znak. Jeśli
rozwieje się całkowicie nie będzie już nadziei dla Ziemi, ani dla niego.
Gdy w końcu dotarł do jaskini pod szczytem, był już
niemal przeźroczysty – ledwo przeżył, a i tak był to spokojny dzień na tej
planecie, bez żadnych zjawiska pogodowych ani dodatkowych utrudnień.
Strange upewnił się, że jest chwilowo bezpieczny.
Musiał chwilę odsapnąć i zebrać energię na dalszą drogę. Teraz czekały go trzy
zadania, które sam przygotował dla każdego kto chciałby zabrać ukryty tu
artefakt. Nawet Strange nie mógł ich ominąć, trzeba było je wykonać.
„Czas ruszać w drogę” pomyślał.
Poszedł ścieżką prowadzącą w głąb jaskini. Już po
kilkudziesięciu metrach drogę zagrodziły potężne drewniane drzwi. Widniał na
nich napis:
„Wartości człowieka nie definiuje jego broń”
Obok wrót znajdowała się kamienna półka. Strange
położył na niej Pelerynę Lewitacji, Oko Agamotto, oraz swój pierścień.
Wiedział, że odzyska je po ostatnim zadaniu. A co jeśli do niego nie dotrze? No
cóż, wtedy przedmioty te nie będą mu więcej potrzebne.
Drzwi niemal natychmiast się otworzyły. Za nimi
rozciągał się ogromny labirynt. Przed wejściem do niego znajdowała się kamienna
tabliczka z wyrytymi słowami:
„To droga bez powrotu. Wchodząc na nią wyzbądź się
strachu.” A tuż poniżej: „Zagubiony wśród meandrów ścieżki, nie strać
człowieczeństwa.”
Strange bez chwili wahania wkroczył do labiryntu. Nie
znał drogi, bo ona ciągle się zmieniała. Naprawdę można tu było utknąć na
wieki, ale mag bez cienia strachu szedł na przód. Ścieżka była niepokojąco
pusta. Wokół nic tylko kamienne ściany i podłoga. Wszystkie zakręty wyglądały
tak samo, ale doktor pewnie szedł dalej. Gdy wychylił się zza któregoś z kolei
rogu, ujrzał kobietę, która uciekała przed kilkumetrowym pająkiem. Właśnie
mijała Strange’a, gdy potknęła się i upadła. Potwór był coraz bliżej. Mag
natychmiast stanął między kobietą, a kreaturą. Wykonał skomplikowany ruch
rękami i w tym samym momencie rozległ się potworny huk. Potwór zaskowyczał i
uciekł jak najdalej od doktora. Mężczyzna odwrócił się do niedoszłej ofiary
pająka. W tej chwili kobieta rozwiała się w powietrzu. Strange tylko uśmiechnął
się pod nosem i ruszył w dalszą drogę.
Kilka minut później dotarł do placu, na którym
schodziło się pięć korytarzy. Na środku tej „polany” siedziało, zwinięte w
kłębek, jakieś stworzenie. Mag ruszył w jego stronę. Gdy był już całkiem
blisko, okazało się, że ten stworek to tak naprawdę dziecko. Nie ludzkie dziecko
– miało fioletową skórę i szpiczaste uszy – ale zdecydowanie było to dziecko.
Siedziało samo i cicho szlochało. Doktor pochylił się nad nim.
- Co się stało? – zagadnął przyjacielsko. Nie miał
pewności, że jego nowy znajomy, zna język angielki. Nie potrafił określić, z
której planety, albo wymiaru może pochodzić, ale ostatecznie mag znał wiele
języków, może w którymś się dogadają.
Jednak wyglądało na to, że dziecko zrozumiało pytanie,
bo przestało na chwilę szlochać i spojrzało na maga.
- Zgubiłem się. – powiedział. – Nie mogę się stąd
wydostać. – znów zaczął płakać.
- Nie martw się. – pocieszył go doktor. – Pomogę ci
stąd wyjść. Ja mam na imię Stephen, a ty?
- Kany – odpowiedział chłopiec, uśmiechając się przez
łzy do swojego wybawcy. – Naprawdę mi pomożesz?
- Oczywiście. – Strange też się uśmiechnął. – Wiesz
jak tu się znalazłeś?
- Nie… - usta chłopczyka znów wygięły się w podkówkę.
– Bawiłem się w lesie, niedaleko mojego domu, a potem znalazłem się tu.
- A skąd jesteś? – dopytywał doktor.
- Z Xandaru.
- W takim razie, najpierw wyjdziemy z tego labiryntu,
a potem zabiorę cię z powrotem do domu.
Strange chciał zrobić krok do przodu, gdy chłopiec
złapał go za rękaw.
- Uważaj! – krzyknął.
Mag spojrzał najpierw na dziecko, a potem na podłogę.
W miejscu gdzie chciał postawić stopę, ziała teraz dziura. Zupełnie zapomniał,
że także takie pułapki czekają w tym miejscu.
- Dziękuję. – uśmiechnął się do chłopca. – Skoro nie
da się po ziemi, trzeba znaleźć jakąś inną drogę. – powiedział.
Żałował, że nie ma przy sobie Peleryny Lewitacji,
wystarczyłoby jej mocy aby pokonać znikającą podłogę. Teraz trzeba było
wymyślić coś innego. Strange odetchnął głęboko. Przykucnął i dotknął kamieni
przed sobą. Tuż nad posadzką pojawił się niezbyt szeroki pomarańczowy, iskrzący
mostek, wyczarowany przez maga.
- Ty pierwszy. – zwrócił się do chłopca. – To
bezpieczne, uda ci się. – dodał na otuchę.
Dziecko ruszyło tą dziwną ścieżką. Gdy było już
bezpieczne w najbliższym z korytarzy, mężczyzna ruszył za nim. Gdy był w
połowie drogi, mostek zaczął znikać. Niestety Strage’owi nie udało się dotrzeć
do korytarza. Magiczna ścieżka się rozwiała, a doktor wylądował na znikającej
podłodze. Zanim zdążył wykonać ostatni krok dzielący go od twardego podłoża,
podłoga usunęła mu się spod nóg. W ostatniej chwili udało mu się chwycić
krawędzi bezpiecznego kamienia. Zawisł nad kilkuset metrowym urwiskiem.
Próbował się podciągnąć, ale nie był w stanie – magia bardzo go osłabiła.
Wiedział, że jeśli nie zdarzy się jakiś cud, to za kilka sekund będzie już po
wszystkim. Jego postać astralna w tym wymiarze była niemal jak ciało fizyczne.
Gdy myślał, że to już koniec, poczuł, że coś, lub
ktoś, chwyciło go za nadgarstek. Był to Kany . Pomógł Strange’owi wydostać się
z pułapki.
- I jeszcze raz ci dziękuję. – powiedział mag, dysząc
ciężko. – Ja miałem ratować ciebie, a tu okazuje się, że ty bardziej pomagasz
mnie. – chłopiec się uśmiechnął.
Ruszyli dalej. Chłopiec wydawał się zadowolony.
Trzymał się tuż obok Doktora. Wkrótce dotarli do ogromnych złotych drzwi.
- Dziękuję, że mi pomogłeś. – powiedziało dziecko. –
Cel nie przysłonił ci tego co jest naprawdę ważne. – zaśmiało się i zniknęło.
Strange uśmiechnął się. Dwa zadania za nim. W
labiryncie należało udowodnić, czym się kierujesz. Jeśli dobrze wybrałeś,
trafiałeś do tych drzwi, jeśli źle – na zawsze pozostawałeś w plątaninie
korytarzy. Tak, próby były iluzją, jednak zagrożenie było prawdziwe. To
labirynt tworzył te złudzenia i nie sposób było przewidzieć jak się zachowają.
Mogły być najróżniejsze i każda mogła skończyć się śmiercią. Ale to już za nim.
Czekała go ostatnia próba.
Mag pchnął ciężkie drzwi.
Znalazł się w ogromnej złotej sali. Wszystko było
wyłożone tym szlachetnym kruszcem. Gdy tylko mag wszedł do środka, drzwi za nim
zamknęły się i zniknęły. Jedyne wyjście z tego pomieszczenia znajdowało się
teraz za kamiennym posągiem, przedstawiającym lwa z głową kobiety i skrzydłami.
Figura poruszyła się. Oczywiście, nie była to żadna rzeźba, ale prawdziwy, żywy
Sfinks.
Strange przeklął pod nosem swoją głupotę. Po co
umieszczał tu to najbardziej irytujące go stworzenie? No nic trzeba
odpowiedzieć na pytanie, o ile w ogóle stwór zdecyduje się je zadać.
Podszedł bliżej do Sfinksa.
- Witaj wędrowcze. – odezwało się stworzenie. –
Dlaczego się mi nie pokłoniłeś?
Mag nie miał zamiaru sprzeczać się ze stworem,
wiedział, że sala ta jest naszpikowana pułapkami i jeśli będzie tu za długo
przebywał, uruchomią się one i zapewne zginie. Strange pokłonił się nisko
Sfinksowi.
- Wybacz mi, Pani, mój nietakt. – powiedział. Dla
Sfinksów bardzo ważny był szacunek, aż przesadny, przynajmniej względem nich,
bo one same gardziły niemal wszystkimi. – Przybyłem tu…
- Wiem po co tu przybyłeś. – przerwało mu stworzenie.
– Chcesz zabrać to, czego strzegę. Z resztą sam postawiłeś mnie na straży tego
artefaktu. Myślisz, że dzięki temu przepuszczę cię tak po prostu? – stwór nie
pozwalał dojść magowi do głosu. – Na to nie masz co liczyć. Podejmiesz próbę
jak każdy inny, a było ich tu kilku…
W tym momencie Strange się zaniepokoił. Wiedział, że
prędzej czy później ktoś dowie się o tej kryjówce, jednak nie myślał, że
komukolwiek uda się dostać aż tutaj. Skoro tu było kilku, to ilu poległo na
poprzednich zadaniach? I najważniejsze: czy był taki, który pokonał je
wszystkie…
- A ty, tak samo jak oni polegniesz na mojej zagadce.
– tymi słowami Sfinks uspokoił maga.
- Dziękuję ci, Pani. – odetchnął z ulgą.
- Za co mi dziękujesz? – stworzenie było wyraźnie
zdziwione.
- Za to, że tak pilnie strzeżesz powierzonego ci
artefaktu, Pani. – odparł Doktor.
- Jeszcze nigdy nikt mi nie podziękował. – powiedział
Sfinks, bardziej w przestrzeń niż do mężczyzny. – Zapewne chciałbyś usłyszeć
zagadkę? – jej ton stał się mniej wyniosły, niemal miły.
- Z chęcią, Pani. – teraz nie mógł zaprzepaścić swojej
szansy.
Podejrzewał, że większość z tych, którzy tu polegli w
ogóle nie zdążyli usłyszeć pytania, więc musiał się teraz bardzo skupić, bo
powtórki nie będzie.
- Co to jest:
Nie widać,
nie słychać.
Płynie,
umyka.
Raz niemiłosiernie
się wlecze.
Czasem nie
wiesz gdzie uciecze.
– powiedział Sfinks. – Jaka jest odpowiedź?
Strange zaczął myśleć.
- Płynie… jednak nie słychać… to nie woda… -
mamrotał pod nosem. – Raz wolno… raz szybko… umyka… Już wiem! –
wykrzyknął po chwili. – Czy to jest „czas”, Pani?
- Ni… - zaczął stwór. – Tak. Ale jak? Jakim cudem
odgadłeś moją zagadkę?
- Czy mogę przejść, Pani? – mag wolał nie wdawać się w
dyskusje ze stworzeniem.
- Odgadłeś, a więc muszę cię przepuścić. – Sfinks
wstał i odsunął się sprzed drzwi.
Mag ruszył w dalszą drogę, ciesząc się, że więcej nie
zobaczy tego denerwującego stwora.
Ostatnia sala nie była zbyt duża. Cała zrobiona z
kamienia, na środku na podwyższeniu w promieniu światła unosił się mały okrągły
przedmiot. Oprócz postumentu w pomieszczeniu, na jednej ze ścian, znajdowała
się półka a na niej… Płaszcz Lewitacji, Oko Agamotto i pierścień Strange’a.
Mag podszedł tam i zabrał swoje rzeczy, a następnie
ruszył w stronę Kamienia Czasu, unoszącego się nad postumentem na środku sali.
Zatrzymał się tuż przed nim. Otworzył Oko i powoli
zbliżył do artefaktu. Nie mógł dotknąć Kamienia gołą ręką, jego moc by go
pochłonęła. Oko Agamotto z łatwością zamknęło w sobie artefakt i dokładnie w
tym samym momencie podłoga sali zaczęła się zawalać.
Jedno użycie Oka, najwyższy czas je wykorzystać.
Strange w ostatniej chwili wrócił do swojego ciała.
Udało się.
Ale to jeszcze nie koniec. Na razie zdobył narzędzie,
teraz musiał je jeszcze wykorzystać.
Strange opuścił czym prędzej K’un – Lun, w tym miejscu
nie mógł użyć mocy Kamienia, nie zadziałałby tak jak trzeba, musiał wrócić do
swojego sanktuarium. Istniało spore ryzyko, że Loki pozostawił jakieś straże w
Sanctorum, ale Strange nie miał innego wyjścia. Nie wiedział, czy sanktuaria w
Hongkongu i Londynie w ogóle jeszcze istniały, co do Nowego Jorku był pewien,
że nadal stoi. Był jego mistrzem i wiedziałby, gdyby zostało zniszczone.
Mag otworzył portal prowadzący do jednego z ukrytych
pomieszczeń w jego domu. Chwilę później był już na miejscu. Wydawało się, że
jest pusto, ale pozory często bywają mylące, z resztą ten pokój znajdował się z
dala od centralnej części Sanctorum. Tu było bezpiecznie, ale nie mógł tu
zostać.
Po wyprawie po artefakty jego magiczne moce nadal były
nadwyrężone, aby użyć Kamienia musiał dostać się do Agreggatio, węzła mocy.
Gdyby chodziło o cofnięcie kilku godzin nie byłoby problemu, ale on musiał się
cofnąć o kilka miesięcy, aby mieć pewność, że Avengers zdążą zapobiec temu
wszystkiemu.
Opuścił pomieszczenie i ruszył korytarzem.
Dotarł do podnóża schodów, gdy coś zwróciło jego
uwagę. Wydawało mu się, że coś się poruszyło w cieniu antresoli, ale to
wrażenie zniknęło. Mag przypisał je panującej w całym pomieszczeniu destrukcji
i ruszył dalej.
Chwilę później był już w Agreggatio. Poczuł
przepływającą tam moc. Najwyższy czas cofnąć się w czasie.
Rozpoczął rytuał. Gdy już prawie kończył do
pomieszczenia wszedł Loki. Strange nie mógł teraz przerwać, zaraz będzie po
wszystkim.
- Myślałeś, że uda ci się… - bóg kłamstw urwał, gdy
zobaczył zieloną poświatę bijącą z Oka Agamotto. – Kamień Czasu – szepnął. –
NIGDY!
Mag właśnie wykonywał ostatni ruch ręką, konieczny w
rytuale, gdy Loki dobył swojej włóczni i uderzył całą jej mocą wprost w Oko
Agamotto.
Gdy moc dwóch Kamieni się zderzyła, wszystko zalał
oślepiający blask, a potem nastała ciemność.
Strange obudził się w miękkim łóżku z jasną pościelą.
Ziewną przeciągle i spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma. Czas wstawać.
Mężczyzna usiadł na łóżku. Śniło mu się coś strasznie dziwnego, ale nie mógł
sobie przypomnieć, co to było. Nie mógł wiedzieć, że to w cale nie był sen.
Podszedł do okna i spojrzał na dawno już obudzony Nowy
Jork. Z tej wysokości samochody wyglądały jak mrówki, a ludzi praktycznie nie
było widać. No nic, czas się szykować, o dziewiątej musiał być w szpitalu. Miał
dzisiaj zaplanowanych kilka operacji.
Strange poszedł do łazienki, minął kalendarz wiszący
obok drzwi. Był kwiecień 2014 roku.
Zderzenie się mocy dwóch Kamieni Nieskończoności,
sprawiło, że linia czasu rozsypała się. Strange został wyrzucony kilka lat w
przeszłość, a przyszłość, którą tak chciał zmienić, zniknęła i nikt nie zdawał
sobie sprawy, że kiedykolwiek istniała. Za kilka tygodni S.H.I.E.L.D. uruchomi
lotniskoptery, a Kapitan Ameryka stoczy walkę ze swoim najlepszym przyjacielem.
A jak to się dalej potoczy?
To pokarze przyszłość…
Subskrybuj:
Posty (Atom)
