czwartek, 19 maja 2016

Rozdział XVII



Witajcie z powrotem!!! Wreszcie mi się udało skończyć z tymi maturami i znów jestem z wami. Dziękuję za cierpliwość, mam nadzieję, że teraz już uda mi się regularnie dodawać posty. Ale bez dłuższych wstępów. Zapraszam na długo oczekiwany rozdział :) Mam nadzieję, że będzie to Wielki Powrót XD.

Avengers weszli do pokoju, w którym była Wdowa. Kobieta leżała na łóżku całkowicie nieruchomo. Zabrudzone krwią rozdarcia jej kostiumu odsłaniały rany, jakby od pazurów. Nie były one jednak zbyt głębokie, dlatego trudno było uwierzyć, że to właśnie przez nie Natasha jest o krok od śmierci.
Avengers stanęli koło nieprzytomnej przyjaciółki. Nikt nie miał odwagi się odezwać, ale w sumie co można było powiedzieć w takiej sytuacji?  Wdowa zawsze była silna i nawet kiedy zostawała ranna często nie dawała tego po sobie poznać. Była twarda, a teraz wyglądała tak bezbronnie i… niepokojąco spokojnie.
- J.A.R.V.I.S. możesz sprawdzić jej parametry życiowe? – Tony szepnął na tyle cicho, żeby tylko A.I. go usłyszała.
- Nie wykryto czynności życiowych. – odparł komputer.
Stark skinął głową. W tym momencie Sam przerwał, niedającą się już znieść, ciszę.
- Powinniśmy ją zabrać do szpitala albo… - zaczął.
- Już za późno. – przerwał mu cicho Tony. – Ona nie żyje.
Wszyscy jednocześnie na niego spojrzeli, jednak nikt nie wypowiedział ani słowa. Zawsze dużo ryzykowali, broniąc Ziemi, jednak wierzyli w wygraną. A teraz… zwycięstwo stawało się zbyt odległe. Nie wiedzieli jak długo jeszcze zdołają to ciągnąć, w końcu byli tylko ludźmi.
Po jakimś czasie - minucie, a może godzinie? – panujące w pokoju milczenie, przerwał Doctor Strange.
- Może wrócicie do salonu? – zapytał. – Zaraz do was dołączę.
Avengers skinęli głowami i opuścili pokój. Sif spojrzała na nich pytająco, ale nikt się nie odezwał. Po prostu usiedli na fotelach i kanapie. W powietrzu zawisło ciężkie milczenie. Każdy był pogrążony w swoich myślach, gdy nagle Sokół zerwał się z miejsca.
- To nie ma sensu! – krzyknął. – Nie widzicie, że to nie ma sensu?! Jest nas kilku, przeciwko niezniszczalnej armii istot niewiadomo skąd! Kapitan i Wdowa nie żyją! Hulk jest nie wiadomo gdzie! Ty nie masz młota – spojrzał na Thora. – Twoja zbroja zaraz się rozsypie – zwrócił się do Tony’ego. – Z resztą moje skrzydła też! Ukrywamy się nie wiadomo gdzie! I udajemy, że możemy wymyślić skuteczny plan przeciwko Lokiemu!
- Uspokój się – Stark podszedł do niego. – Krzyki niczego nie zmienią. Nie przywrócisz im życia. Jeśli nie chcesz już walczyć, droga wolna, możesz odejść. Ale nie sądzę żebyś mógł ukryć się przed Lokim. Ja nie zamierzam się poddać, nawet jeśli nie mamy szans na zwycięstwo. I tak zginiemy. Albo chowając się jak szczury, albo walcząc. Chowanie się jakoś nie jest w moim stylu.
- W takim razie co chcesz zrobić? – Sam nadal mówił ostrym tonem, ale już nie krzyczał. -  Walczyć? Ale jak?
- Jeszcze nie wiem. – odparł zgodnie z prawdą Tony. – Ale jeśli się poddamy to stracimy Ziemię.

Phil Coulson nadal siedział w centrum kontroli. Miał pełnie ręce roboty, ponieważ co chwilę przychodziły do niego nowe raporty, ze wszystkich stron świata. Było coraz gorzej. Jego agenci, młodziki, bohaterowie ginęli lub zostawali pojmani przez te Istoty Cienia. To był prawdziwy pogrom. A na domiar złego nie dostał żadnej odpowiedzi od Wdowy, to nie wróżyło najlepiej. Dyrektor zaczął rozważać wycofanie swoich oddziałów oraz projektu Protect z tej bitwy, na superbohaterów i tak nie miał wpływu. Zapewniał mi tylko kontakt, nie mógł wydawać rozkazów.  Przed odwołaniem akcji powstrzymywała go jedynie myśl o tym, że być może tym ruchem skaże wielu niewinnych ludzi na śmierć.
Jakby tego było mało, pojawiły się jeszcze nieuzasadnione zaćmienia Słońca w wielu krajach. Jak na razie ich przyczyna była nieznana, choć pracowali nad tym FitzSimmons. 
Wśród raportów, które przychodziły na jego komputer, Coulson dostrzegł jeden z oznaczeniem „bardzo pilne”. Był to plik o Nowym Jorku. Phil miał złe przeczucia. Gdy otworzył wiadomość, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na wszystkich telebimach w mieście widać było Lokiego, wygłaszającego przemowę (okazało się, że podobne ultimata usłyszeli przywódcy wszystkich krajów i organizacji międzynarodowych), za nim byli Avengers. Zostali pojmani i mieli być straceni na oczach wszystkich. Coulson zaczął żałować, że nie wysłał im żadnego wsparcia, np.: X-Menów, którzy walczyli teraz w Waszyngtonie. Nagle całe nagranie zalała fala oślepiającego, białego światła. Dyrektor nie zobaczył co było dalej, ponieważ zabrzęczał jego prywatny komunikator. Odebrał.
- Phil? – usłyszał głos May.
Zaniepokoił go jej ton i fakt, że agentka kontaktuje się z nim osobiście w środku misji.
- Co się stało? – zapytał.
W tym momencie usłyszał strzały, jakiś krzyk i odgłosy szamotaniny. Po chwili wszystko ucichło i przeszło w szumy w tle.
- Skye nie żyje. – powiedziała powoli. Jej głos był całkowicie wyprany z emocji, May zawsze tak reagowała w najtrudniejszych dla niej chwilach.
Gdy dyrektor usłyszał te słowa, komunikator wyślizgnął się z jego dłoni i potoczył po biurku, zatrzymując na samym jego skraju.
- Phil, jesteś tam? – słowa May do niego nie docierały – Phil?
Dyrektor siedział nieruchomo, wpatrując się w ekran. Stracił Skye…
Musiał jednak szybko otrząsnąć się z szoku, ponieważ ze wszystkich stron przychodziły kolejne raporty, musiał zacząć podejmować jakieś decyzje i to natychmiast. Sięgnął po komunikator.
- Jestem. – powiedział.
-  Chciałam ci to przekazać osobiście. – wyjaśniła. – Tu mamy prawdziwe piekło. Zostaliśmy zdziesiątkowani, a na te stwory nic nie działa.
- Co z cywilami? – zapytał już trzeźwiej myśląc, dyrektor.
Przez komunikator znów dało słyszeć się strzały, May wydawała jakieś rozkazy. Po chwili zrobiło się ciszej.
- Żadnych strat. – odparła. – Ale gdy pojawiła się policja, stwory ich zaatakowały. Kazałam się im wycofać. Zostaliśmy sami, nie wiem jak długo jeszcze…
Urwała nagle. Coulson usłyszał jakby silne, tępe uderzenia. To naprawdę go zaniepokoiło.
- Natychmiast się wycofajcie. – krzyknął do komunikatora. – Słyszysz May? Wycofajcie się!
- Przyjęłam. – głos agentki był dziwnie zmieniony, jakby była ciężko ranna.
To utwierdziło Phila o słuszności decyzji. Musiał poddać miasto. Dopóki nie znajdą jakiegoś sposobu na pokonanie tych kreatur, nie mógł pozwolić aby więcej jego agentów zginęło w bezsensownej, nierównej walce. Choć było to trudne, musiał odwołać też pozostałych. Wrócą do walki, gdy będą mieli czym walczyć. A to zadanie dla FitzSimmons.
Coulson wysłał wiadomość do wszystkich agentów koordynujących.
„Odwołać oddziały.
Przesłać wszystkie informacje
o Istotach Cienia
do głównego laboratorium.”

- Może zanim zabierzecie się za plan, chcielibyście wiedzieć z kim walczycie? – Avengers i Sif usłyszeli znajomy głos.
Skryty w cieniu rzucanym przez antresolę, Strange opierał się nonszalancko o jedną z kolumn ją podtrzymujących.
- Od dłuższego czasu czekamy na wyjaśnienia. –odezwał się Stark. – Ale jakoś ci się z nimi nie spieszy.
- A więc siadajcie i posłuchajcie. – ruszył w ich stronę.
Sam i Tony zajęli miejsca obok pozostałych. Stephen pstryknął palcami i naprzeciwko Avengers pojawił się wygodny fotel, w którym usiadł mag.
- Tylko mi nie przerywaj, Stark. – spojrzał spode łba na geniusza. – A jeszcze coś… - dodał, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał. Znów pstryknął palcami. W tym momencie zbroja Iron Mana nagle zniknęła, pozostawiając zaskoczonego Tony’ego na kanapie. W następnej chwili pojawiła się tuż za nim.
- Jak…? – wydukał geniusz.
- Dobrze znasz odpowiedź. – odparł mag. – Ale ty i tak uznasz, że to jakaś teleportacja kwantowa, więc po prostu - nieważne jak. Skupmy się na istotniejszych sprawach. Ziemię zaatakowały Istoty Cienia, mroczne byty z innego wymiaru. A konkretnie z Helheim, o czym Thor zapewne zdążył już wam powiedzieć. -  Avengers skinęli głowami. – Do tej pory były uwięzione w swym wymiarze poprzez pradawne zaklęcie. Tylko królowa mogła opuszczać rodzimą krainę, choć nie robiła tego zbyt często. Lokiemu musiało się jakoś udać obejść to zaklęcie i uwolnić stwory, a dzięki przymierzu z Hel ma teraz własną armię nieumarłych istot. Prawie nieumarłych. Ich jedyną słabością jest światło słoneczne.
- W takim razie, wystarczy poczekać do świtu. – odezwał się Thor.
- Loki nie jest tak głupi, żeby o tym nie pomyśleć. – Tony zgasił zapał Gromowładnego.
- Masz rację. – odparł Strange. – Loki otoczył Ziemię płaszczem ciemności, przez który promienie Słońca nie mogą przeniknąć. Jest to potężna tarcza stworzona dzięki niebezpiecznemu artefaktowi.
- Aether! – wykrzyknął Thor. – Tylko w jaki sposób wpadł on w ręce… Lokiego? – ostatnie słowo wypowiedział niczym najgorsze przekleństwo.
- Tego nie wiem. – odparł mag. – Ale wiem, że Loki jest w posiadaniu trzech Kamieni Nieskończoności i choć nie może używać ich jednocześnie, czynią z niego naprawdę groźnego przeciwnika.
- Chwilę – przerwał mu Sokół. – Co to są Kamienie Nieskończoności?
- Kamienie Nieskończoności – zaczął Strange. – to najbardziej niebezpieczne i najpotężniejsze artefakty we Wszechświecie. Ich moc pochłonie każdego, kogo wola jest zbyt słaba. Jest ich sześć: kamień duszy, umysłu, mocy, rzeczywistości, czasu i przestrzeni. Każdy pozwala kontrolować pewien obszar Wszechświata. Jeśli ktoś zbierze je wszystkie, będzie w stanie dowolnie kreować rzeczywistość. Jednak nikt nie może kontrolować wszystkich naraz bez Rękawicy Nieskończoności. Ich moc jest zbyt duża. Dlatego Loki nie może trzymać tych, które ma razem, nie mógłby opanować ich mocy i zapewne zginąłby. Jednak jest dość silny, aby użyć jednego z nich, przynajmniej w pewnym stopniu. We włóczni znajduje się kamień umysłu, pozwalający kontrolować innych, daje też posiadaczowi moce telekinetyczne i telepatyczne. Tesseract to kamień przestrzeni umożliwiający teleportację oraz kontrolę nad obiektami. Aether jest kamieniem rzeczywistości pozwala… no cóż na dowolne kreowanie rzeczywistości, gdyby Loki panował nad nim w pełni, nie byłoby tej wojny, od razu stałby się królem Ziemi, a my zapewne przestalibyśmy istnieć. Dlatego musimy się mieć na baczności. Choć myślę, że Loki nie opiera swego planu na Kamieniach, a Tesseract jest nadal w Asgardzie, jednak zapewne zdaje sobie sprawę z tego co posiada i wykorzysta Kamienie jeśli zajdzie taka potrzeba. Ale obecność tych artefaktów może sprowadzić kogoś znacznie gorszego od boga kłamstw - właściciela Rękawicy. Lecz tym zajmiemy się jeśli nadejdzie. Teraz najważniejsze jest pokonanie Istot Cienia. Dzięki nim Loki zwycięża tę wojnę. Udało mu się zabić lub pojmać prawie wszystkich obrońców Ziemi. Do lochów w Helheim trafiają superbohaterowie, ale także policjanci, żołnierze czy strażacy…
- Skąd o tym wiesz? – odezwał się Tony.
- Mówiłem, że masz mi nie przerywać, Stark. – Strange był wyraźnie zirytowany. – I tak nie uwierzysz w to co powiem, a ja nie mam zamiaru tracić cennego czasu na przekonywanie cię.
- A więc co robimy? – powiedziała Sif.
- Mogę przełamać moc Aetheru – zaczął wyjaśniać mag. – Jednak do tego konieczny jest skomplikowany rytuał wymagający niezwykle dużo energii magicznej.
- Dlaczego nie zrobiłeś tego wcześniej? – odezwał się Thor.
Strange wstał i zaczął chodzić w tę i z powrotem, jakby rozważał jakiś trudny problem.
- Nie było mnie na Ziemi. – odparł poważnie. – W jednym z niższych wymiarów, próbowałem powstrzymać demona Dormammu przed przedostaniem się do naszego świata. Gdy wróciłem, okazało się, że Loki was pojmał, a cały świat jest znów w niebezpieczeństwie. Resztę już znacie. Teraz skupmy się na rytuale. Muszę go zakończyć przed zmierzchem, w przeciwnym razie wszystko pójdzie na marne. Ale jest mały problem, musze to zrobić tu.
- A jaki w tym problem? – zapytał Sokół.
- Taki, że będę musiał zdjąć z domu zaklęcia ochronne – wyjaśnił mag, zatrzymując się przed Avengerem. – dzięki, którym Loki jeszcze nas nie znalazł. Gdy to zrobię, zaroi się tu od Istot Cienia, więc dobrze by było żebyście mieli jak się przed nimi bronić.
- Gdybym miał dostęp do jakiegoś warsztatu, mógłbym coś wymyślić. – oznajmił Tony.
- Z tym nie będzie problemu. – odparł Strange. – Pamiętaj tylko, że rytuał najlepiej rozpocząć w południe. Nie będę wnikał dlaczego. – dodał, widząc pytające spojrzenie geniusza. - Musimy być gotowi nim wybije dwunasta.
Tony wstał z miejsca.
- W takim razie prowadź do pracowni. – powiedział.
Obaj mężczyźni ruszyli w tylko magowi znanym kierunku, pozostawiając resztę w salonie.

May zebrała resztki swojego oddziału i wróciła do bazy. Gdy tylko jet wylądował, podbiegli do nich sanitariusze z poziomu szpitalnego. Zabrali rannych i martwych agentów. May ruszyła prosto do dyrektora, choć ją także chcieli zabrać na badania.
Gdy weszła do centrum kontroli, na głównym stanowisku siedział Mac.
- Co ty tu robisz? – zapytała. – Gdzie dyrektor?
- Wezwał mnie, żebym tu posiedział. – odparł agent. – Jest u siebie.
Kobieta ruszyła do wyjścia.
- May – odezwał się znów Mac. Agentka się odwróciła. – Nie jest z nim najlepiej.
Kobieta skinęła głową i opuściła pomieszczenie. Udała się prosto do gabinetu dyrektora. Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła Coulsona rozcierającego skronie. Podeszła do niego.
- Phil – odezwała się. – wszystko w porządku?
Mężczyzna spojrzał na nią. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Wglądał jakby w jednaj chwili, postarzał się o trzydzieści lat.
- Nic nie jest w porządku, May. – powiedział. – Świat jest w niebezpieczeństwie, a ja nie wiem co robić. Nie mamy żadnego pomysłu.
Melinda stała naprzeciwko niego, z rękami założonymi na plecach. Nie była dobra w pocieszaniu, ale…
- FitzSimmons nad tym pracują, prawda? – Coulson skinął głową. – Na pewno znajdą jakieś rozwiązanie, znasz ich.
- Masz rację – dyrektor wstał. – Teraz trzeba działać, a nie załamywać ręce. Wracam do centrum kontroli, zobaczę co się dzieje, a ty idź do laboratorium. Informuj mnie.
- Tak jest. – May zatrzymała się z ręką na klamce. – A, i Phil, trzymaj się, będzie dobrze.
Jakby po to, aby udowodnić jej, że się myli, nagle zawył alarm. Coulson chwycił za komunikator, połączył się z agentami chroniącymi bazę.
- Co się dzieje? – zapytał.
- To te stwory… – usłyszał w odpowiedzi. – Są wszędzie… Wdarły się…
Połączenie zostało zerwane. Dyrektor schował komunikator, schylił się pod biurko. May spojrzała na niego pytająco, ale on nie zwrócił na nią uwagi. Po chwili wyjął jakąś broń.
- To pistolety energetyczne. – oznajmił podając jeden z nich agentce. – Może zadziałają. Przebijamy się do laboratorium, to jedyna szansa.
May skinęła głową, a Phil sprawdził komunikator. Łączność została zerwana.

FitzSimmons dostali właśnie wszystkie dane jakie udało się zgromadzić agentom na temat Istot Cienia. Nie było tego zbyt wiele, ale musiało wystarczyć. Od razu przystąpili do pracy. Zaczęli analizować informacje i sprawdzać różne opcje, jednak wszelkie symulacje nie dawały efektu. W końcu Fitz nie wytrzymał i uderzył pięścią w klawiaturę.
- Co się stało? – Simmons, która stała przy drugim stanowisku, aż podskoczyła.
- To bez sensu. – mężczyzna podparł głowę rekami. – Nic nie działa. Te stwory są z jakiejś innej planety, o której nie mamy pojęcia, więc jak mamy znaleźć sposób, żeby je pokonać? Mamy za…
 - Fitz, spójrz. – przerwała mu Jemma.
- Co jest? – naukowiec odwrócił się w stronę ekranu komputera, na który wskazała kobieta. 
- Wgląda na to, że znalazłeś rozwiązanie. – oboje patrzyli na symulację, która właśnie wyświetlała się na komputerze.
Przerwał im jednak alarm, który rozległ się w laboratorium. Naukowcy nie wiedzieli co się stało, dlatego szybko sięgnęli po komunikatory. Niestety łączność nie działała.
- Coś się stało. – odezwała się Simmons. – Mam złe przeczucia.
- Musimy jak najszybciej skontaktować się z dyrektorem. – zdecydował Fitz. – Tylko my wiem jak pokonać te stwory.
Byli sami w laboratorium, tak im się lepiej pracowało. Z resztą i tak wszyscy agenci z przeszkoleniem bojowym, także naukowcy, zostali wysłani na misję.
W tym momencie za szklanymi ścianami laboratorium pojawiły się Istoty Cienia. FitzSimmons widzieli je już na nagraniach, ale w rzeczywistości były znacznie bardziej przerażające. Wyglądało na to, że jeszcze ich nie zauważyły, ale to tylko kwestia czasu. Naukowcy schowali się pod biurkiem. Fitz lekko się wysunął i zaczął czegoś szukać w szufladzie biurka. Simmons na niego spojrzała. Od razu domyśliła się co robi jej przyjaciel.
- Lampy UV? – zapytała.
- Jestem pewien, że  wczoraj je tu wkładałem. – odparł, nie przerywając przetrząsania szuflad.
- Są tam. – wskazała na biurko po drugiej stronie pomieszczenia. – Potrzebowałam ich do odkażenia próbek i...
Do pomieszczenia wdarła się pierwsza z kreatur.
- Musimy się tam dostać. – głos Fitza zniżył się do szeptu. – To nasza jedyna szansa.
- Dobrze. – Jemma także szeptała. – Na trzy.
Zaczęli odliczać razem.
- Raz… dwa… trzy…
Wybiegli ze swojej kryjówki prosto w kierunku blatu, na którym stało ich wybawienie. Istota Cienia ruszyła za nimi. Przypominała psa myśliwskiego, który zwęszył zwierzynę. FitzSimmons dotarli do celu. Chwycili za lampy i skierowali je na ścigającą ich kreaturę. Ta zatrzymała się w miejscu. Wydała z siebie przeraźliwy pisk, jakby skrzypienie paznokci o tablicę połączone z okrzykiem niewyobrażalnego bólu. Stwór zniknął. Naukowcy odetchnęli z ulgą.
- Co teraz? – zapytał Fitz.
- Chyba idziemy do Coulsona. – w pomieszczeniu zaczęły pojawiać się kolejne Istoty Cienia.
FitzSimmons stali przy ścianie i bronili się dzięki lampom UV, ale stworzeń było coraz więcej.
- Jeśli odłączymy je od zasilania, bateria wystarczy na 30 minut. – zauważyła kobieta.
- Wiem, ale nie mamy innego wyjścia. – oparł Leo. – Nie możemy tu zostać.
- W takim razie, zróbmy to. – Jemma sięgnęła do wtyczek. – Teraz.
Wyrwała lampy z kontaktu i razem z Fitzem zaczęli przedzierać się do wyjścia.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Rozdział XVI

Hej. Tak, tak, to już dwa lata odkąd z wami jestem i odkąd wy jesteście ze mną. Dziękuję wam za to. Bez was nie miałoby to sensu. Tak więc z okazji rocznicy, mimo zawieszenia bloga, powstał nowy rozdział. Pojawi się w nim pewna nowa postać i jedna stara postać, której ostatnio w opowiadaniu nie było. Mam nadzieję, że wam się spodoba, życzę miłego czytania i mam nadzieję, że wytrzymacie do maja, kiedy mam zamiar powrócić do regularnego pisania.


Avengers wiedzieli, że to już koniec. Tym razem się z tego nie wykaraskają. Nie obronią tych ludzi. Jednak nie mogli się poddać, to nie wchodziło w grę. A na świecie są jeszcze inni bohaterowie, którzy ocalą Ziemię.
Hel właśnie otwierała usta, aby wydać rozkaz swoim żołnierzom, gdy cały taras zalał niesamowity blask. Istoty Cienia z nieludzkim wrzaskiem zniknęły. Avengers usłyszeli tylko szczęk mieczy uderzających o podłogę. Światło było oślepiające. Hel gwałtownie się odwróciła, osłaniając się skrzydłami, przed blaskiem. O mały włos nie spadła z tarasu. Loki zareagował niemal natychmiast. Wyczarował osłonę odgradzającą królową Helheim od światła.
Gdy na tarasie znów zapanował przyjemny mrok, po Avengers nie pozostał nawet ślad. Kajdany, w które jeszcze przed chwilą byli zakuci bohaterowie, były nadal zamknięte.
Loki niemal natychmiast odzyskał rezon. Skoro on nie wiedział co się stało, to ci marni śmiertelnicy tym bardziej. Mógł wmówić im cokolwiek chciał i wiedział co powiedzieć. Odwrócił się w stronę miasta.
- Wasza nadzieja została zniszczona. – powiedział. – Avengers nie żyją. Jeśli nie przysięgniecie mi wierności, podzielicie ich los. NA KOLANA!!!
Jego głos potoczył się echem po ulicach miasta. Ludzie patrzyli w przerażeniu na telebimy, na których wyświetlała się postać Laufeysona. Niektórzy klękali, inni stali w osłupieniu, jeszcze inni zaczęli krzyczeć, podnosili przypadkowe przedmioty i rzucali w ekrany.
Loki odwrócił się i ruszył w stronę wejścia do wieży.
- Zdusić rebelię. – zwrócił się do jednej ze stojących na dachu Istot Cienia. – Zastraszyć, nie zabijać.
Wszedł do środka. Hel ruszyła za nim.
- Czyli to ty stałeś za tym pokazem świateł? – zapytała z wyrzutem, gdy drzwi na taras zamknęły się za nimi.
Loki zatrzymał się na środku salonu. Odwrócił się i spojrzał poważnie na królową.
- Oczywiście, że nie. – odparł szczerze. – Nie zrobiłbym ci tego.
- A więc co się stało? – zapytała Hel. – Jak udało im się uciec?
Królowa była zła, powinni bez trudu opanować tę planetę. Avengers musieli zniknąć z jej powierzchni.
- Nie wiem. – Loki usiadł na jednym z dwóch złotych tronów znajdujących się teraz w salonie wieży. Pokój ten uległ dużej zmianie, po przejęciu AvengersTower przez królewską parę. Przyjął odcienie zieleni i czerni, ze złotymi detalami. W ogóle nie przypominał futurystycznie urządzonego salonu Starka, teraz pełnił funkcję sali tronowej i tak taż wyglądał. Na ścianach znajdowały się obrazy w ciężkich złotych ramach oraz tkane gobeliny. Jedyne oświetlenie stanowiły świece umieszczone w kinkietach. Całości dopełniały dwa bogato zdobione trony stojące na podwyższeniu, do którego prowadził zielony dywan z ozdobnym złotym haftem.  – Ale skoro my nie wiem, to Midgardczycy także nie wiedzą. Niech myślą, że ich bohaterowie nie żyją. Jeśli stracą nadzieję, szybciej nam się podporządkują.
Hel także usiadła na tronie. Właśnie otwierała usta, aby odpowiedzieć Lokiemu, gdy w pokoju zmaterializował się jeden z dowódców jej wojsk.
Był to Karagus, prowadzący ataki w Afryce.
- Pani – ukłonił się nisko przed królową. – Większość państw się poddało. Walki toczą się jeszcze tylko w Wakandzie, ale niedługo powinny się zakończyć. Przywódcy przysięgli nam wierność. Pojmaliśmy też wielu obrońców.
- Zabierz ich do lochów w Helheim. – zarządziła Hel. – W podbitych państwach umieść oddziały nadzorujące, nie możemy dopuścić do żadnych buntów.  Pozostali żołnierze mają wrócić do Nowego Jorku. Nadzór nad Wakandą obejmiesz osobiście.
- Tak jest. – znów się ukłonił i zniknął tak nagle jak się pojawił.
W sali tronowej zostali tylko Loki i Hel.
- Wydaje mi się, czy masz jakiś plan? – bóg kłamstw zwrócił się do sojuszniczki.
- Oczywiście, że mam plan. – odparła. – Odnajdziemy i zabijemy Avengers, zanim ci zdążą się przegrupować i znów zaatakować. Gdy wreszcie się ich pozbędziemy, nic, ani nikt nie będzie w stanie nam przeszkodzić w zawładnięciu Ziemią.
- Musimy też dowiedzieć się kto ich uwolnił. – dodał Loki.
- Na razie znajdźmy Avengers. – królowa wstała. – Ich sojusznikiem zajmiemy się później.
- Jak uważasz. – odparł, rozpierając się wygodnie na tronie.
Hel zniknęła, udała się poinstruować swoje wojska.
Gdy tylko królowa opuściła pokój, Laufeyson zerwał się z miejsca. Był wściekły, ale nie chciał tego okazywać przy władczyni Helheim. Wolał aby myślała, że on ma wszystko pod kontrolą, nawet jeśli tak nie było.  Nigdy nie okazuje się słabości.
Ale teraz liczyło się tylko jak najszybsze zniszczenie Avengers. Hel miała rację, należy to zrobić zanim zdążą zebrać siły i przeprowadzić kontratak. Ale co potem? Co gdy zdobędą już Ziemię?
Na razie perspektywa współdzielenia władzy w najmniejszym stopniu mu nie przeszkadzała. Była wręcz dogodną opcją. Władał już Asgardem, a dzielenie uwagi pomiędzy dwa królestwa i utrzymywanie w jednym swojej prawdziwej tożsamości w tajemnicy, w pojedynkę byłoby dość uciążliwe. Zawsze też mógł, gdy znudzi mu się ta „współpraca”, zdjąć swoje czary powodujące przesłonięcie słońca i wypędzić z Midgardu Istoty Cienia. To jednak na razie nie wchodziło w grę, bez armii długo nie utrzyma władzy.
Jednak teraz nie było sensu nad tym rozmyślać. Loki musiał skupić się na aktualnych problemach. Przede wszystkim na tajemniczym sprzymierzeńcu Avengers, który znał słabość Istot Cienia i potrafił uwolnić bohaterów z magicznych kajdan. Jego też trzeba było odnaleźć.
Loki przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia, oddzielonego od pozostałych i odpowiedniego do wyciszenia. Bóg kłamstw zajął miejsce w fotelu i skoncentrował się. Chciał odnaleźć Avengers dzięki magii. Nie było to jednak łatwe, ponieważ większość swoich mocy poświęcał na utrzymanie zaćmienia słońca. Podejrzewał też, że sprzymierzeniec bohaterów potrafi władać magią niegorzej niż on sam.

Avengers nie mieli pojęcia gdzie są, ani co się właściwie stało. Gdy blask w końcu osłabł, po chwili znikając zupełnie, a oni odzyskali wzrok, okazało się, że są w jakimś zupełnie nieznanym im miejscu.
Był to duży mroczny pokój. Na środku znajdowały się szerokie schody prowadzące na wyższe piętro. Ściany od sufitu do podłogi pokryte były regałami wypełnionymi książkami i najdziwniejszymi przedmiotami. Znajdowały się tam też małe stoliki z różnymi artefaktami (niektóre z nich unosiły się kilka centymetrów nad blatem). Powietrze było ciężkie od kurzu, dało się też wyczuć specyficzny zapach… kadzidła?
Nagle w cieniu rzucanym przez antresolę coś się poruszyło. Przed Avengers stanął ciemnowłosy mężczyzna, w niebieskiej szacie z czerwoną peleryną.
- Witajcie w moim Sanktuarium. – powiedział brunet. – Nazywam się Stephen Strange i jestem…
Nie zdążył dokończyć , bo w tym momencie Wdowa straciła resztki sił, które wykorzystywała, aby utrzymać się na nogach i upadła na ziemię. Była przerażająco blada.
- Thor zabierz ją tam. – Strange wskazał na drzwi, które znikąd pojawiły się za nim. Avengers patrzyli na to w osłupieniu, oprócz Thora i Sif, którzy byli przyzwyczajeni do magii. – Spróbuję jej pomóc. A wy się rozgośćcie. – w tym momencie w pokoju pojawiły się fotele i kanapa.
Bóg piorunów wziął Natashę na ręce i ruszył za Stephenem do tajemniczego pokoju.
- O co tu chodzi? – zapytał Tony, gdy magiczne drzwi się zamknęły.
Cała trójka patrzyła po sobie, mając nadzieję, że którekolwiek z nich choć częściowo rozumie całą tę sytuację, ale wszyscy byli tak samo zmieszani. Jeszcze chwilę temu znajdowali się na dachu AvengersTower i byli o włos od śmierci, a teraz znaleźli się w tym dziwnym domu, należącym do ekscentrycznego człowieka, który najwyraźniej posiadał nadprzyrodzone moce.
- Nie wiem. – odezwał się Sokół. – Ale nie wydaje wam się to dziwne? Nic nie wiemy o tym facecie. Myślicie, że możemy mu ufać? Tak po prostu zostawimy z nim nieprzytomną Wdowę?
- Ja bym się tak nie przejmował. – Stark usiadł na jednym z foteli. Nadal miał na sobie zbroję.  Nie wiedział jak ją zdejmie, ale póki J.A.R.V.I.S. nie poinformuje go, że pancerz znów się rozładowuje, nie miał zamiaru zaprzątać tym swojej uwagi.  – W końcu nam pomógł.  A w sumie i tak gorzej niż było, nie mogliśmy się wpakować, więc po prostu poczekajmy, aż ten Strange wróci i nam wszystko wyjaśni.
Sif skinęła głową i zajęła miejsce na kanapie.
- W sumie masz rację. – Sam nie wydawał się do końca przekonany, ale ostatecznie usiadł na fotelu, najpierw zdejmując uszkodzony plecak, w którym ukryte były skrzydła.
W tym momencie drzwi tajemniczego pokoju otworzyły się i wyszedł stamtąd Thor.

- Połóż ją na łóżku. – Strange zwrócił się do Gromowładnego, gdy znaleźli się już w ciemnym pomieszczeniu bez okien. To także było wypełnione regałami, ale na nich stały różne flakoniki, słoiki, suszone zioła i inne najdziwniejsze ingrediencje.
Thor wykonał polecenie. Gdy tylko głowa kobiety dotknęła poduszki, Natasha otworzyła oczy.
- Co się stało? – jęknęła, próbując się podnieść.
- Leż. – zwrócił się do niej Strange. – Jesteś poważnie ranna i nie powinnaś wstawać.
Wdowa przejechała palcami po brzuchu, od którego promieniował nieznośny ból. Poczuła rozdarcia kostiumu ubrudzone czymś gęstym i lepkim. Była to krew, już niemal skrzepła. Rzeczywiście musiała nieźle oberwać, ale krwi było za mało, aby jej utrata mogła spowodować utratę przytomności. Coś jeszcze było nie tak.  
- Gdzie jestem? – zapytała cicho, każdy oddech palił ją w gardle.
- W moim domu. – odparł Stephen, podchodząc do łóżka. Thor stał w pobliżu drzwi, obserwując sytuację w pokoju. – Możesz już wrócić do przyjaciół – zwrócił się do niego brunet.
Ten skinął głową i opuścił pomieszczenie.
- Kim ty właściwie jesteś? – Natasha uniosła się lekko na łokciach, co wyraźnie sprawiło jej ból, bo jej twarz wykrzywił grymas.
- Nazywam się Stephen Strange. – odparł mężczyzna. – A teraz nie ruszaj się i pozwól mi obejrzeć te rany.
Wdowa odsunęła się od niego. W normalnych warunkach już dawno opuściłaby to pomieszczenie, ale mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa, przez co czuło się nieswojo. Była bezbronna.
- Najpierw wytłumacz mi o co tu chodzi. – zażądała, nie dając po sobie poznać jak bardzo boli ją… właściwie wszystko, nie wiedziała co się dzieje. Coraz trudniej jej było zachować trzeźwość umysłu. Tego na pewno nie spowodowały rany na brzuchu. To musiała być jakaś trucizna, ale… Natasha nie mogła myśleć.
- Jestem czarownikiem. – powiedział brunet. -  Jakiś czas mnie nie było, a gdy wróciłem okazało się, że Ziemia została zaatakowana. Zobaczyłem też… Natasha? – kobieta opadła na poduszkę, znów straciła przytomność. Brunet potrząsną ją za ramię. – Natasha, słyszysz mnie?
Wdowa nie odpowiadała. Nie było czasu do stracenia. Trzeba było jak najszybciej podjąć odpowiednie działania.

Avengers siedzieli w milczeniu i czekali na jakieś informacje o Natashy. Minuty się przeciągali, a oni nadal nic nie wiedzieli.
- O, mamy gości. – ciszę przerwał czyjś głos.
Wszyscy bohaterowie równocześnie odwrócili się w kierunku, z którego dochodził. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna azjatyckiego pochodzenia. Widok Avengers zajmujących zestaw wypoczynkowy zdecydowanie go zdziwił.
- Dlaczego doktor Strange nigdy mi o niczym nie mówi? – mruknął do siebie i podszedł do gości. – Witajcie w Sanctum Sanctorum, najbardziej niezwykłym miejscu na całym Świecie. Nazywam się Wong i odpowiadam za ten przybytek.
Tony wstał aby się przywitać.
- Nazywam się… - zaczął, ale Wong był szybszy.
- Wiem kim jesteś ty, Tony Starku, i twoi towarzysze. – powiedział. – To są Thor Odinson i Lady Sif z Asgardu, oraz Sam Wilson – Sokół, najnowszy członek Avengers.
- Skąd… - Stark znów chciał zadać pytanie, jednak Wong i tym razem nie dał mu szansy dokończyć.
- Tyle o was wiem? – zapytał. – Doktor Strange i ja od dłuższego czasu przyglądamy się waszej działalności. Muszę przyznać, że bardzo ułatwiacie nam zadanie.
- Jakie zadanie? – Sokół stanął obok Tony’ego. Sif i Thor także wstali.
- Ochronę Ziemi. – odparł wesoło Wong. – i utrzymanie równowagi między wymiarami. Właściwie to zadania Doktora, ja mu tylko pomagam.
Pytające spojrzenia bohaterów mówiły same za siebie.
- Usiądźcie. – zaproponował Wong. – Wszystko wam wyjaśnię.
„Nareszcie” cała czwórka pomyślała jednocześnie. Znów usiedli na swoich miejscach.
Wong przesunął sobie jeden z foteli tak, aby siedzieć naprzeciwko nich.
- A więc tak. – zaczął. – Doctor Strange jest Najwyższym Czarnoksiężnikiem, zna tajniki magii i potrafi podróżować między wymiarami. Używa swych mocy, aby nie dopuścić do uwolnienia mrocznej energii z wymiarów cienia. Bada też różne artefakty, ale nie będę was zanudzał szczegółami. W każdym razie, odkąd wy działacie, na Ziemi jest większy spokój.
- Chwileczkę. – odezwał się Tony. – Czyli chcesz mi powiedzieć, że to znowu jakaś „magia”? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.
- A powinieneś, Tony. – Strange właśnie wyszedł z pokoju, w którym leżała Wdowa. – Te siły od dawna cię otaczają, a ty nadal się upierasz, że nie istnieją. Masz klapki na oczach.
- Dla mnie to… - zaczął Stark.
- Tylko nieznana ci dziedzina nauki? – dokończył za niego mag. – Mylisz się. Magia nie działa zgodnie z prawami fizyki. Jest czymś zupełnie innym, ale teraz nie czas na spieranie się o oczywistości. Z waszą przyjaciółką jest naprawdę źle.
- To znaczy? – zapytał Sokół.
- Nie jestem w stanie jej pomóc. – powiedział. – Została zatruta mroczną energią przez Wyższą Istotę Cienia. Mógłbym ją uleczyć, jednak zaraz po ataku. Teraz trucizna rozeszła się po całym jej ciele, a ja nie mogę zrobić nic, oprócz zmniejszenia bólu. Niedługo umrze.
Avengers nie mogli w to uwierzyć. Kolejny cios. Drużyna została zdziesiątkowana, a Loki miał ogromną armię. Czy mieli jakieś szanse? Ale bóg kłamstw nie mógł wygrać, nie mógł pozostać bezkarny. Musieli pomścić przyjaciół.
- Chcecie ją zobaczyć? – zapytał Strange.
Avengers skinęli głowami i ruszyli za czarnoksiężnikiem do magicznych drzwi. W pokoju pozostali tylko Sif i Wong.

Wdowa otworzyła oczy. Pokój, w którym się teraz znajdowała, nie przypominał tego, w którym rozmawiała ze Strangem. Był o wiele jaśniejszy, przez okna wlewało się światło poranka. Podniosła się na łóżku, nic już jej nie bolało. Rozejrzała się po pomieszczeniu i wtedy ujrzała mężczyznę stojącego w kącie. Uśmiechał się do niej.
„Umarłam” pomyślała, przyglądając się tak dobrze znanej jej twarzy.
- Jeszcze nie. – odparł Hawkeye, siadając na brzegu łóżka. – Ale niewiele brakuje.
- Ty to słyszałeś? – zdziwiła się. – Jak?
- Sama pomyśl. – odparł, nie przestawał się uśmiechać. – Znasz odpowiedź.
- Jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni. – stwierdziła. – Imaginacją, którą stworzył mój mózg, aby odwrócić uwagę od umierania.
- Może masz rację… - powiedział. – a może się mylisz. Ale to nie ważne.
- Ile mi zostało? – może to było dziecinne pytanie, ale chciała wiedzieć, jakoś się przygotować.
- To zależy od ciebie. – Clint spoważniał i przysunął się do niej nieco bliżej. – Możesz nadal walczyć, ale muszę być z tobą szczery, nigdy nie lubiłaś gdy owijałem w bawełnę. – posłał jej krótki uśmiech, który odwzajemniła. – Możesz zdobyć jeszcze kilka godzin, może jeden dzień, ale tej walki nie wygrasz. Nie bez pomocy, a nawet Strange nie umie ci pomóc. Możesz też po prostu zasnąć…
- Wiesz, że nie mogę. – westchnęła. – Muszę zostać, mam…
 - Dług do spłacenia? – przerwał jej Barton. – Nie wygłupiaj się. Już dawno spłaciłaś wszystkie długi. Zrobiłaś więcej dobrego niż większość ludzi na świecie. Nie musisz już dłużej walczyć. Choć raz pozwól sobie na odpoczynek, wytchnienie.
Wdowa przesunęła się na łóżku, tak aby usiąść obok Clinta.
- To nie jest wyjście. – powiedziała, spoglądając na niego uważnie. – Nie mogę się poddać. Wiesz o tym.
- Wiem. – odparł. – Ale jaki ma sens walka, której nie możesz wygrać?
- Przyznaj, ile razy stoczyliśmy takie walki? – uśmiechnęła się, przypominając sobie wiele misji, których nie chciał się podjąć żaden inny agent S.H.I.E.L.D., a oni kończyli je sukcesem. – I ile razy udało nam się wyjść z nich cało?
- Zdajesz sobie sprawę, że to jest zupełnie inna sytuacja. – powiedział poważnie. To było wręcz nie podobne do Hawkeye’a, on bardzo rzadko bywał poważny. – Choroby nie pokonasz celnym strzałem, czy granatem.
Natasha zwiesiła głowę. Clint, który siedział tuż obok niej, objął ją ramieniem.
- Czyli to już koniec? – zapytała cicho.
Jej głos był wyprany z emocji, to był jej mechanizm obronny. Nie okazywała emocji, zwłaszcza strachu i smutku, tak została wyszkolona. Nie odsłaniaj słabości.
- Tak. – szepnął. – Ostatnia misja.
- To dzieje się tylko w moim umyśle? – jej głos też zniżył się do szeptu. – Nikt mnie tu nie widzi?
Clint potwierdził skinieniem głowy.
Wdowa zerwała się z miejsca i przytuliła się do Bartona, po policzka zaczęły jej spływać łzy. Płakała. Nie robiła tego od… właściwie nigdy tego nie robiła. Nie wiedziała nawet, że to potrafi.
- Wszystko będzie dobrze. – zapewnił cicho Clint, gładząc delikatnie jej włosy. – Po prostu zamkniesz oczy.
Słońce za oknem zaczęło zachodzić. Ciemność ogarnęła dwoje ludzi splecionych w uścisku.


******************************************************************
Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał.
Ps. Strange i Wong to takie moje wersje tych postaci, ponieważ niestety nie miałam okazji czytać żadnego komiksu z nimi, a film jeszcze nie wyszedł, dlatego mogą oni nie przypominać swoich pierwowzorów. Mam nadzieję, że nie będzie wam to bardzo przeszkadzać.

środa, 11 listopada 2015

Uwaga

Witajcie czytelnicy, wszyscy którzy nadal ze mną jesteście.
Ale się zrobiło oficjalnie xD
Ale do rzeczy.
Jak zapewne zauważyliście ostatnio posty są bardzo nieregularne i pojawiają się zbyt rzadko. No cóż mam za dużo rzeczy naraz do zrobienia, a w efekcie nie chce mi się nic robić. Jakoś nie mogę znaleźć weny, a do tego co chwila mam jakieś sprawdziany itd. Doszłam do wniosku, że bez sensu jest dodawać jeden post w miesiącu, dlatego postanowiłam zawiesić bloga na bliżej nieokreślony czas. Nie zamykam go i wrócę na pewno, ale prawdopodobnie dopiero po maturze, czyli w maju 2016. Mam nadzieję, że mnie za to nie zlinczujecie.
Jeśli ktoś chce zostać poinformowany o moim powrocie niech zostawi maila w komentarzu lub napisze do mnie na hangouts.
Pozdrawiam
Anka

niedziela, 25 października 2015

Rozdział XV

A więc dzisiaj kolejny rozdział, znów spóźniony. Chyba nie będę wam obiecywała dat kolejnych postów, bo i tak nic z tego nie wychodzi. Jeśli ktoś chce być informowany o pojawieniu się kolejnego rozdziału, to może zostawić swojego maila w komentarzu, a ja wyślę powiadomienie :)
Mam nadzieję, że jednak się za bardzo nie stęskniliście :) Zapraszam do czytania.

Sokół, Iron Man i Thor zbliżali się do Empire State Building. Czujniki Starka namierzyły Lokiego i jakąś postać ze skrzydłami stojącą obok niego. Tony domyślił się, że to musi być Hel.

- Atak frontalny? - zapytał, gdy byli jeszcze poza zasięgiem wzroku dwójki, która stała za tym całym rozgardiaszem.
- Zaiste. - odparł Thor.
- Nie lepiej mieć jakiś plan? - zapytał Sokół, podlatując bliżej Iron Mana.
- Za dużo czasu spędzasz z Kapitanem. - podsumował geniusz. - Jeśli masz jakiś... - nie zdołał dokończyć, bo coś uderzyło w niego z dużą siłą.
Stark przeleciał bezwładnie kilka metrów w powietrzu, nie zderzając się z Thorem tylko dlatego, że ten w ostatniej chwili zrobił unik.
- Co jest!? - krzyknął, gdy w końcu odzyskał panowanie nad zbroją.
Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Na niebie pojawiły się Istoty Cienia przypominające gryfy. Miały ostre dzioby i być może jeszcze ostrzejsze szpony, oraz ogromne skrzydła.
- Jednak bez planu. - zakrzyknął Gromowładny i przywołał pioruny, zmuszając stwory do cofnięcia się.
Na długo to nie pomogło. Przylatywało coraz więcej kreatur. Bohaterowie natychmiast przystąpili do kontrataku. Tony dostrzegł, że stwory trzymają się z dala od błyskawic Thora, przed jego repulsorami tak nie uciekały. To było interesujące...
- Tony, uważaj! - coś mocno szarpnęło go w dół.
Stark dostrzegł szpony Istoty Cienia, zaciskające się w powietrzu, w miejscu, gdzie przed chwilą była jego głowa.
- Niewiele brakowało. - odezwał się Sokół, który ruszył Tony'emu na pomoc.
- Taa. - odparł Iron Man, wracając myślami do oceny obecnej, bardzo groźnej, o czym się przed chwilą przekonał, sytuacji. - Dzięki. - rzucił jeszcze do Sama, strzelając w stronę nadlatujących kreatur.
Było ich coraz więcej. Nie dość, że z łatwością unikały każdego strzału, to nawet gdy zostały trafione, nie robiło to na nich większego wrażenia.
- To bez sensu. - odezwał się w końcu Tony. - Tak to możemy się bawić w nieskończoność. Trzeba się ich pozbyć i dopaść Lokiego. Rozdzielamy się. Teraz!
Każdy bohater poleciał w inną stronę, a za nim część Istot Cienia.
Sokół z dużą prędkością zapikował w dół. Stwory oczywiście poleciały za nim. Gdy był około dwa metry nad ziemią, nagle poderwał się w górę. Kreaturom nie udał się ten manewr, zniknęły tuż przed powierzchnią ulicy, o mały włos nie kończąc na niej.
Sam się uśmiechnął.
- To się nazywa "mistrz akrobacji powietrznych" - powiedział sam do siebie.
W tym momencie coś z ogromną siłą uderzyło w plecak Redwing, skrzydła się złożyły i "mistrz akrobacji powietrznych" runął w dół jak kamień. Miał szczęście, że nie zdążył wznieść się zbyt wysoko, mimo to siła uderzenia pozbawiła go tchu. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, ale nie stracił przytomności. Gdy w końcu odzyskał wzrok, zobaczył, że otoczyły go Istoty Cienia. Sokół chciał się podnieść, odpowiedzieć atakiem, ale nie miał pistoletów - musiał je upuścić. Poza tym był tak poobijany, że mięśnie odmawiały mu posłyszeństwa.
"Już po mnie" przemknęło mu przez myśl.
Wtedy jedna z Istot Cienia wyszła przed pozostałe i spojrzała na niego z góry.
- Zabrać go do pozostałych. - warknęła.

Thor wzbił się w górę. Gdy tylko był dość wysoko, aby nie trafić żadnego postronnego świadka, przywołał najpotężniejsze pioruny, jakie zdołał i skierował je w stronę Istot Cienia. Te zaskrzeczały przeraźliwie i zniknęły. Gromowładny rozejrzał się - niebo było czyste.

Bóg piorunów ruszył w stronę Empire State Building. Jednak zanim zdążył się zbliżyć do budynku, stwory znów go zaatakowały. Oblazły go ze wszystkich stron, zmuszając do lądowania.
Ulica była jasno oświetlona i, mimo późnej godziny, pełna ludzi. Nowy Jork - miasto, które nigdy nie śpi. Na szczęście Istoty Cienia nie atakowały cywili, wszystkie skupiły się na Thorze.
Ten walczył wręcz. Wolał nie ryzykować, że któraś z kreatur uniknie jego pioruna i ten trafi jakiegoś przechodnia.
- No chodźcie tu! - krzyknął w stronę stworów.
Istoty zaskrzeczały i rzuciły się na boga piorunów. Thor uniósł młot. Odpierał kolejne ataki, jednak Kreatur było zbyt wiele.
Cywile uciekali w popłochu od walczących. Gdy wszyscy byli dość daleko, Thor przywołał pioruny. Udało mu się rozproszyć Istoty Cienia. Większość stworów zniknęła, jednak  nie wszystkie. Jedna z kreatur ruszyła wprost na Gromowładnego. Ten zamachnął się i rzucił w nią młotem. W tym momencie stało się coś dziwnego. Bóg piorunów nagle stracił grunt pod nogami. Zaczął spadać. Niemal w tym samym momencie zderzył się z czymś.
Krzyknął raczej z zaskoczenia, niż z bólu.

Tony wykorzystał napęd w zbroi, zostawiając w tyle stwory. Był już prawie na Empire State Building, gdy tuż przed nim pojawił się jakiś czerwony kształt. Stark nie był w stanie wyhamować i z impetem wpadł na to coś, które... krzyknęło?

Oboje zaczęli spadać. Tony szybko odzyskał stabilność, w tym samym momencie rozpoznał to z czym się zderzył. To był Thor, który nadal bezwładnie spadał.
Iron Man szybko zanurkował. Udało mu się złapać przyjaciela w ostatniej chwili. Gromowładny bezpiecznie znalazł się na ulicy.
- Co jest, Thor? - zapytał Stark, lądując obok boga piorunów. - Gdzie twój młot?
- Nie mam pojęcia. - odparł Gromowładny. - Jedna z Istot Cienia musiała...
- Lepiej go znajdź. - przerwał mu Stark, który właśnie dostrzegł ruch w bocznej uliczce. - I to szybko.
Z cienia, na jasno oświetloną ulicę, wynurzyły się stwory. Były to te same kreatury, które zaatakowały ich w powietrzu. Thor wyciągnął rękę, aby przywołać swoją broń, jednak zanim młot do niego wrócił, stwory rzuciły się na niego. 
Iron Man strzelał do stworów, jednak ładunki z repulsorów nie robiły na nich większego wrażenia. Chmara potworów rozdzieliła Tony'ego i Thora. Bohaterowie zostali otoczeni.
- Uszkodzenia pancerza 50% - oznajmił J.A.R.V.I.S.
Istoty Cienia napierały ze wszystkich stron, Tony nie wiedział już nic oprócz skłębionej masy stworów. Nie mógł się spomiędzy nich wydostać. Pazury Istot Cienia cały cas niszczyły jego zbroję, wydając przy tym nieznośnie zgrzyty. 
Stark uruchomił repulsor piersiowy, jednak niewiele to dało. Na miejsce odstraszonych Istot, pojawiały się nowe.
- Reaktor uszkodzony, pozostało 40% mocy.- odezwał się znów J.A.R.V.I.S.
- Cholera - Tony zaczął żałować, że nie ma na sobie zbroi z podwójnym reaktorem, wzmocnionej vibranium, choć ostatnio jej używanie źle się dla niego skończyło.
Zaczął strzelać rakietami, aby oszczędzić choć trochę energii.
- Thor! - krzyknął. - Gdzie jesteś!?
Jednak otaczające go stwory zagłuszyły odpowiedź, jeśli taka w ogóle padła. Pomysł, aby Gromowładny doładował zbroję spełzł na niczym. Stark znów zaczął używać repulsorów, nie miał zamiaru się poddać. To by nie było w jego stylu, a w końcu "styl jest naważniejszy".
- Sir, został 1% mocy. - odezwał się komputer. - Funkcje bojowe zatrzymane. Całkowite wyłączenie pancerza za 30 sekund.
Stark znów przeklął pod nosem. Wystrzelił ostatnią rakietę jaka mu została. Nie była to rakieta bojowa. Właściwie nie wiedział poco ją zrobił. Ten pocisk emitował promieniowanie UV.
Tony zdążył jeszcze zobaczyć, że stwory, obok których uruchomiła się rakieta, znikają z przeraźliwym, nieludzkim wyciem, zostawiając po sobie tylko stróżkę dymu. Potem jego zbroja się wyłączyła.
Upadł na ziemię. Nie mógł już zobaczyć niczego, bo wizjery pancerza także nie działały.

Thor nie mógł nigdzie dostrzec Iron Mana, zostali rozdzieleni. Ze wszystkich stron otaczały go stwory. Gromowładny nie był w stanie przywołać młota, więc walczył wręcz. Nie miał szans z przeważającą siłą wroga.

Istoty Cienia złapały go i chciały odciągnąć w sobie tylko znanym kierunku, jednak Thorowi udało się wyrwać. Stwory nie ustępowały. 
Zalały boga piorunów ze wszystkich stron. Nie był w stanie się spomiędzy nich wydostać. 
Nagle wszystko zalała ciemność. Trwało to tylko chwilę. Jednak zanim Thor zorientował się, co się dzieje, poczuł, że coś zaciska się wokół jego nadgarstków. Został skuty.

Cerberon był dowódcą jednego z oddziałów Istot Cienia. Jego żołnierze byli dobrze zorganizowani i wyszkoleni, może najlepiej spośród całej armii. Należeli do Istot humanoidalnych. Przypominali rzymski legion.

Cerberon dostał rozkaz, aby zaatakować siedzibę Avengers od zewnątrz. Zdziwiło go to, ponieważ bez trudu mogliby od razu znaleźć się w środku. Jednak z rozkazami się nie dyskutuje. Tak więc poprowadził swój oddział na obrońców AvengersTower.
Gdy tylko pojawił się oddział Cerberona, Istoty Cienia, które do tej pory oblegały wieżę, wycofały się.
Siedziby wrogów broniły dwa stworzenia. Kobieta, którą musiała być Lady Sif, wojowniczka z Asgardu, oraz wielki zielony potwór, którego niemożna było zranić. 
Cerberon rozdzielił swój oddział, na dwie nierówne części.
Mniejszą prowadził jego zastępca do walki z Sif. On sam stanął na czele drugiej części wojsk i ruszył na zieloną bestię.
Rozgorzała walka. Stwór walił na oślep. Żołnierze, którzy nie zdążyli uniknąć jego ciosów, wylatywali na kilka metrów w górę, po czym znikali i powracali do ostatnich szeregów. Dobrze, że byli odporni na tego typu ataki. 
Cerberon szybko zauważył, że frontalny atak nie zda się na nic. Tej bestii nie można było pojmać. Zdawało się, że im dłużej walczą, tym staje się ona silniejsza.
Dowódca wpadł na pewien pomysł. 
- Odwróćcie jego uwagę. - zwrócił się do, będących najbliżej niego, żołnierzy.
Ci skinęli głowami i ruszyli do ataku. W tym, czasie Cerberon oddzielił się od pozostałych i zbliżył do zielonej bestii od tyłu. Gdy ta była zajęta walką z jego oddziałem, dowódca złapał ją za ramię, które kreatura uniosła, aby zadać cios. Przeniósł się.
Obaj znaleźli się na jakiejś planetoidzie w odległym końcu wszechświata. Cerberon chciał od razu wrócić na Ziemię, pozostawiając swego przeciwnika w odmętach kosmosu, jednak zielony potwór zdołał go złapać. Gdyby w takiej sytuacji próbował się przenieść, pociągnąłby za sobą tego drugiego.
Stwór cisnął Cerberonem w najbliższą skałę, co dąło mu okazję do ucieczki.
Gdy wrócił na ulice Manhattanu, okazało się, że żołnierze zdążyli już pojmać Lady Sif. Kobieta nadal się wyrywała, jednak Istoty Cienia trzymały ją mocno.
Do Cerberona podzedł jego zastępca.
- Pojamliście potwora? - zapytał.
- Tak i nie. - odparł dowódca. - Uwięziłem go w odległym krańcu kosmosu. Trzeba ją zabrać tam gdzie resztę. - skinął głową w stronę, nadal szrpiącej się, Asgardki.

Tony nie miał pojęcia, co się dzieje. Słyszał jakieś głosy i wiedział, że gdzieś go przenoszą, ale przez to, że jego zbroja się wyłączyła, nie mógł niczego zobaczyć.
W końcu się zatrzymali, a Stark znów znalazł się na ziemi. Usłyszał szczęk metalu o metal.
- Tony? - po chwili dobiegł go głos Wdowy.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał, ale zanim kobieta zdążyła mu odpowiedzieć, usłyszał inny głos.
- Witam, sir. - odezwał się J.A.R.V.I.S. - Odzyskano 2% mocy. Reaktor trwale uszkodzony, przywrócenie wszystkich funkcji pancerza niemożliwe.  
- Dobrze cię słyszeć. - odparł Tony.
Wizjery zbroi włączyły się i Stark zobaczył gdzie się znajduje. Był na tarasie swojej własnej wieży, ale coś było nie tak. Nie przypominał sobie, żeby montował na nim jakieś kajdany. Te, na które patrzył, były otwarte, ale gdy odwrócił głowę zobaczył, że obok niego przykuta jest Wdowa, dalej Sokół i Thor, który był uwięziony w taki sposób, aby nie mógł przywołać Mjolnira. Stark się poruszył. Oczywiście i on został przykuty do podłogi. 
- J.A.R.V.I.S. zdejmij ze mnie zbroję. - rozkazał sztucznej inteligencji.
- Błąd. - odparł komputer. - Zbyt duże uszkodzenia. Zdjęcie pancerza niemożliwe.
Stark przeklął niewybrednie.
- To chociaż zdejmij maskę, zanim znów się wyłączysz. - warknął.
Komputer wykonał polecenie. Gdy tylko maska się uniosła, reszta hełmu także spadła z głowy Tony'ego. Zbroja musiała być naprawdę nieźle pocharatana.
Chwilę po tym, gdy Stark poczuł na twarzy chłód nocnego powietrza, drzwi na taras otworzyły się i dało się słyszeć odgłosy szarpaniny.
Stark spojrzał w tamtą stronę. Istoty Cienia wyciągnęły Sif z salonu. 
- Puśćcie mnie, plugawe kreatury! - krzyknęła kobieta, nie przestając się wyrywać. 
Stworom udało się ją wreszcie zakuć. Asgardka szarpnęła kilka razy. Dopiero gdy to nic nie dało, uspokoiła się i rozejrzała dookoła.
Kreatury zniknęły z taraasu. Zostali tam tylko bohaterowie.
- Gdzie Kapitan? - zapytał Sokół, spoglądając na Natashę. - Nie dał się złapać? 
Kobieta powoli pokręciła głową.
- Chyba nie masz na myśli... - urwał. 
Wszyscy spojrzeli na Wdowę.
- Nie żyje. - głos Natashy był całkowicie wyprany z emocji.
Na tarasie zapadł całkowita cisza. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
To co robili było niebezpieczne i każdy zdawał sobie sprawę, z tego, że któregoś dnia może się coś nie udać. Ale utrata dwóch członków drużyny w przeciągu niespełna dwóch lat? To było zbyt wiele dla wszystkich. Z resztą, gdy Stark się nie wtrącał, Steve był przywódcą Avengers.
Tony spojrzał po przyjaciołach. Gdy jego wzrok dotarł do Sif, przypomniał sobie, że Kapitan przydzielił ją do Hulka.
- Gdzie jest Banner? - przerwał milczenie.
Wszyscy popatrzyli po sobie, jakby dopiero teraz zauważyli brak zielonego olbrzyma, lub niepozornego naukowca.
- Nie wiem. - odparła Sif. - Te stwory nas rozdzieliła, a potem już go nie widziałam.
Zanim ktokolwiek zdążył jeszcze o coś zapytać, dobiegły ich głosy z salonu. Avengers nie mogli zrozumieć ani słowa z tego dziwnego, syczącego języka. Asgardczycy rozpoznali go, jednak żadne z nich nie władało nim na tyle dobrze aby zrozumieć treść rozmowy.
Nagle drywi na taras otworzyły się i wyszli przez nie Loki i Hel.
Gdy Thor zobaczył swojego przyszywanego brata, zawrzała w nim wściekłość. Zaczął szarpać się w kajdanach, które uniemożliwiały mu zbliżenie się do Lokiego, czy chociażby unieisienie ręki, aby przywołać młot.
- Bracie, wyglądasz jak zwierzę w potrzasku. - zwrócił się do niego bóg kłamstw, z bezczelnym uśmiechem.
- NIE JESTEŚ MOIM BRATEM! - zagrzmiał Thor, nadal próbując oswobodzić się z kajdan. - Zapłacisz za śmieć mojej rodziny!
- Cisza! - bóg kłamstw skierował na Gromowładnego Gungir (swojej włóczni, nie zdążył jeszcze odzyskać, po ostanie porażce na Ziemi, ale Istoty Cienia już nad tym pracowały). Thor natychmiast umilkł.
Mimo, że nadal się szamotał i próbował krzyczeć, nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. 
- Tak lepiej. - powiedział Loki, Hel stała tuż za nim, przyglądając się całej sytuacji. - Ogląda nas teraz cały Nowy Jork. - odwrócił się w stronę miasta. - Wszyscy widzicie, że bez trudu pokonałem waszych takzwanych "bohaterów" - zwrócił się w przestrzeń, jego głos potoczył się ulicami Manhattanu. - Skoro oni przegrali, to jakie wy, zwykli śmiertelnicy, macie szanse? Przysięgnijcie mi wierność, a zapewnię wam bezpieczeństwo, jeśli nie - zginiecie. Wasi "herosi" też dostali wybór. A więc jaka jest wasza odpowiedź? - zwrócił się do Avengers.
- Nigdy  się do ciebie nie przyłączymy. - odparli niemal równocześnie. 
- W takim razie śmierć. - Loki uśmiechnął się tryumfalnie. 
Hel rozłożyła swe skrzydła i niemal w tej samej chwili za każdym z Avengers pojawiła się Istota Cienia, przystawiająca mu miecz do gardła.

niedziela, 4 października 2015

Rozdział XIV

Witam wszystkich po tej jakże długiej przerwie. Bardzo was przepraszam za moją nieobecność. Teraz rozdziały będą się pojawiały nie częściej niż co dwa tygodnie. Szkoło, rok maturalny... Mam nadzieję, że mi wybaczycie i mam nadzieję, że uda mi się co te dwa tygodnie coś wrzucić. To teraz już bez przedłużania - zapraszam na nowy rozdział.

Gdy na konferencji pojawiły się te dziwne stworzenia, S.H.I.E.L.D. niemal natychmiast zareagowała. Nad miejsce konferencji nadleciały jety, agenci zaczęli walczyć z Istotami Cienia. May niemal siłą wciągnęła Coulsona - który upierał się, że pomoże w walce - do jednego z jetów. Sama została na polu bitwy, a dyrektora z jednym z agentów odesłała do bazy.
Gdy tylko maszyna wylądowała, z budynku wybiegła Skye, która do tej pory pilnowała centrum łączności projektów Protect i Assemble. Było to jej główne zadanie, od jakiegoś czasu.
- Co się stało? - zapytał Phil, gdy dziewczyna zatrzymała się tuż przed nim.
- Alarmy. - wydyszała Skye. - Zewsząd. Wszystkie stolice zostały zaatakowane, na całym świecie. Nowy Jork też. Avengers ruszyli do akcji Te stwory nazywają się Istoty Cienia, czy jakoś tak. Pochodzą z innego wymiaru, czy tam jakiegoś... - dziewczyna mówiła bardzo szybko.
- Spokojnie Skye. - przerwał jej Coulson. - Czyli ktoś zaatakował wszystkie stolice świata? Ale kto? - ruszyli w stronę bazy.
 - A właśnie, zapomniałam ci powiedzieć - dziewczyna sięgnęła po coś do kieszeni. - Wdowa przysłała wiadomość. - podała dyrektorowi komunikator, przez który ten zwykle kontaktował się z Romanoff.
Phil spojrzał na ekran urządzenia.
"NY zaatakowany. 
Istoty Cienia jak w Chicago. 
To Loki. Ruszamy"
- Znowu on? - właśnie dotarli do centrum łączności.
Coulson wprowadził kod dostępu i oboje weszli do środka.
Było to duże pomieszczenie z rzędami komputerów. Przy każdym siedział agent. Jedyne wolne biurko - "Królestwo Skye" - stało na podwyższeniu, zwrócone przodem do pozostałych. Właśnie tam szedł Coulson. Gdy tylko usiadł na fotelu, Skye, stojąca obok niego, odezwała się:
- Poradzisz sobie sam? - zapytała. - Mogę ruszać do akcji?
- Tak - odparł dyrektor, spoglądając na ekran - Zgłoś się do May, ona koordynuje akcję.
- Tak jest. - odparła dziewczyna i opuściła pomieszczenie.
Phil co chwila dostawał raporty od pozostałych agentów koordynujących projekty Assemble i Protect. Do drużyny chroniącej Waszyngton dołączyło kilka okolicznych zespołów. Do Chicago także już dotarli młodzi bohaterowie. Członkowie projektu Assemble zostali rozdzieleni do poszczególnych stolic krajów, w których aktualnie przebywali.
Został jeszcze Nowy Jork. Jednak tam byli Avengers, a Phil nie mógł teraz wysłać tam żadnego oddziału - wszyscy byli zajęci. Jednoczesne odpieranie ataków na tylu frontach graniczyło z cudem, a skoordynowanie tych wszystkich operacji było zadaniem S.H.I.E.L.D. Mieli do czynienia z zupełnie nie znanym wrogiem, co dodatkowo komplikowało sytuację.
Coulson postanowił skontaktować się z Wdową. Avengers jako jedyni nie mieli własnego stanowiska kontaktowego, bo do tej pory oficjalnie jeszcze nie dołączyli do Assemble, dlatego Natasha nadal pozostawała jedynym sposobem, aby się czegoś od nich dowiedzieć.
Najpierw do niej zadzwonił jednak nie odebrała, więc postanowił wysłać jej wiadomość.
"To dzieje się na całym świecie. 
Prawdziwy chaos. 
Informuj mnie na bieżąco."

Gdy tylko Stark opuścił salon, Steve zwrócił się do pozostałych.
- Dzielimy się na trzy grupy. - powiedział. - Bruce, ty i Thor pilnujecie głównego wejścia. Wszyscy pracownicy z AT mają ją bezpiecznie opuścić, a stwory - nie dostać się do środka. Wdowa, Sif zamiecie pozycje od strony Central Parku, trzymajcie kreatury z dala od cywili. Ty i ja - spojrzał na Sokoła. - będziemy z drugiej strony.
Wszyscy skinęli głowami.
- J.A.R.V.I.S. rozpoczniesz ewakuację, gdy tylko Hulk i Thor zajmą swoje pozycje. - Steve zwrócił się do komputera.
- Tak jest, Kapitanie. - odparł elektroniczny głos.
Wdowa szybko wysłała wiadomość do Coulsona. Musiała mu przekazać co się dzieje. Nie zauważyła, że zamiast do kieszeni, komunikator z orłem trafił na podłogę.
- Ruszamy - zarządził Kapitan.
Sif, Natasha i Steve weszli do windy, a Sam i Thor wybrali drogę przez taras.
Chwilę później wszyscy byli już na pozycjach.
To, co działo się w mieście, przekraczało najgorsze koszmary. Ze wszystkich stron nadciągały skłębione fale Istot Cienia. Było ich więcej niż ludzi w całym Nowym Jorku.
Przerażeni cywile w panice chowali się do budynków, przepychając się między sobą. Na szczęście stwory ich nie atakowały - na razie. Ich celem było AvengrsTower. Zmierzały w jej stronę nie zwracając uwagi na nic dookoła.
Bohaterowie przygotowali się na odparcie ataku, jeśli na tak przeważającą siłę wroga można się przygotować. Sokół obserwował sytuację z góry i informował pozostałych na bieżąco.
Stwory w jednej chwili otoczyły wieżę, zaczęły niszczyć wszystko wokół, oprócz samego budynku.
Z AvengersTower cały czas uciekali ludzie. Thor i Hulk robili wszystko, aby zapewnić im bezpieczeństwo. Wszyscy pracownicy musieli przedostać się z wieży do budynków poza polem bitwy. Na szczęście to, nie było duże. Napastnicy skupili się tylko na siedzibie Avengers.
Sytuacja po drugiej stronie wieży także nie była za ciekawa. Stwory chciały dostać się do środka jednym z wyjść ewakuacyjnych. Sif i Wdowa próbowały je powstrzymać, jednak ich broń na niewiele się zdawała. Istoty cienia były piekielnie szybkie, umiały się teleportować. Gdy tylko, któraś z kobiet chciała zadać cios, stwory znikały i niemal natychmiast pojawiały się w innym miejscu.
Kapitan i Sokół bronili trzeciego wejścia do AvengersTower. Tu, niestety, wciąż byli cywile. Istoty Cienia atakowały każdego, kto za bardzo się do nich zbliżył. Bohaterowie ściągali uwagę stworów na siebie, aby umożliwić ludziom ucieczkę.
- Sokół - odezwał się Kapitan, przedzierając się między Istotami Cienia w stronę kilku przerażonych ludzi.
Stwory, przypominające dzikie zwierzęta, otaczały ich ze wszystkich stron, jeszcze nie atakowały, ale uniemożliwiały dotarcie do jakiegokolwiek schronienia.
- Co jest? - zapytał Sokół, strzelając do kolejnych kreatur, które z łatwością unikały jego ataków.
- Leć po Wdowę, niech... - w tym momencie pazury jednej z istot cienia trafiły Steve'a w ramię, otwierając ranę spod banku. Syknął z bólu, ale nie przestał przedostawać się do cywili. - Niech bierze jeta i zrobi coś z tym!
Samowi dwa razy nie trzeba było powtarzać. Natychmiast skierował się tam, gdzie miała być Natasha.
- Słyszałaś? - skontaktował się z kobietą. - Zaraz po ciebie będę.
- Czekam. - oprócz odpowiedzi, Sokół usłyszał w komunikatorze odgłosy walki.
Kapitan w końcu dotarł do otoczonych cywili. Była to rodzina z dwójką dzieci.
- Nic wam nie jest? - zapytał.
- Kapitan Ameryka! Kapitan Ameryka! - zaczęły wołać dziewczynki, które do tej pory wtulały się w rodziców.
To zwróciło uwagę stworów. Istoty Cienia zaczęły im się przyglądać z pewnej odległości, jak drapieżniki czekające na najlepszy moment do ataku na swoją ofiarę.
- Musimy dostać się do środka. - Steve wskazał na pobliski budynek, cały czas uważnie obserwując stwory, które oddzielały ich od azylu.
Szybko analizował wszystkie opcje na bezpieczne doprowadzenie rodziny do kryjówki. Nie wyglądało to za dobrze.  Kreatury najwyraźniej to wyczuły, bo zaczęły się do nich zbliżać.
W tym momencie, tuż nad głową Steve'a, przemknął świetlisty promień, który trafił w stworzenia blokujące drogę do budynku. Te od razu się rozpierzchły. Kapitan nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć co się stało. Pokierował rodzinę w stronę budynku, pilnując, aby żadna z Istot Cienia nie mogła dosięgnąć cywili.
Gdy ludzie byli już bezpieczni, Iron Man wylądowała obok Steve'a.
- Poinformowałem policję, aby się tu nie zbliżali. - oznajmił, strzelając do stworów, które podeszły zbyt blisko. - Pomagają w ewakuacji.
- Dobrze. - Kapitan zrobił szybki unik przed ciosem jednej ze kreatur i rzucił tarczą, przeganiając kilka innych. - Niech zabiorą cywili jak najdalej stąd.
Istoty Cienia zepchnęły ich pod ścianę wieży. Mężczyźni bronili się jak mogli, choć niewiele to dawało. Na szczęście w okolicy nie było już ludzi.
- Musimy się przegrupować. - odezwał się Steve. - To co teraz robimy, jest całkowicie bez sensu. Potrzebny jest plan.
Kreatury nadal ich otaczały, ale bohaterom udawało się je utrzymywać na dystans.
- J.A.R.V.I.S. jaka sytuacja? - wydawało się, że Stark całkowicie zignorował Kapitana, wzniósł się w powietrze.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknął za nim Steve, który został sam na polu walki, ale na to Tony także nie zwrócił uwagi.
- W Central Parku odbywała się zabawa dla dzieci. - odparł komputer. - Nie wszyscy uczestnicy zdążyli opuścić park. Istoty Cienia atakują wieżę, tam jest ich najwięcej. Nie wykryłem ich aktywności wewnątrz, ale próbują się tam dostać. Thor i Hulk uniemożliwiają im to, jak na razie. Wykryto Lokiego i jeszcze jedną istotę, którą zidentyfikowano jako Hel, na Empire State Building.
- Ok. - skwitował Tony. - Kapitanie są trzy punkty zapalne. - wylądował obok przyjaciela. - Central Park, nasza wieża i Empire State Building. Najwięcej stworów jest przy bazie, w Central Parku została uwięziona grupa cywili, a na Empire są Loki i Hel.
- Przegrupowujemy się. - zdecydował Steve. - Czy wszyscy mnie słyszą? - połączył się z pozostałymi.
W tym czasie Iron Man go osłaniał.
- Odbiór - odezwała się Wdowa.
- Zgłaszam się. - Sokół nadal towarzyszył Natashy, leciał obok jej jeta.
- Słyszę was, przyjaciele. - w komunikatorze zagrzmiał głos Thora.
W tle dało się słyszeć ryk Hulka.
- Ja też cię słyszę. - odezwała się Sif, która dostała własny komunikator.
- Ja stoję obok ciebie. - odezwał się Tony, odpierając kolejne ataki. - Może byś się pośpieszył?
Steve puścił tę uwagę mimo uszu.
- Dzielimy się na trzy grupy. - powiedział. - Sokół, Iron Man i Thor - bierzecie Empire State Building. Pokonajcie Lokiego, a zakończycie to wszystko. Sif i Hulk - bronicie wieży. Lepiej żeby Istoty Cienia nie przejęły broni, która się w niej znajduje. Wdowo, my idziemy do Central Parku.
- Pośpiesz się. - usłyszeli głos Natashy. - A podobno to kobiety się długo szykują.
Jet kobiety wylądował przed nimi, rozpędzając stwory na kilka cennych chwil. Steve natychmiast wsiadł do maszyny. Odlecieli.
Równocześnie z Wdową, pojawił się też Sokół. Zatrzymał się przy Tonym.
- Gdzie Thor? - zapytał.
- Już jestem, przyjaciele! - zawołał Gromowładny, lądując obok nich. - Ruszajmy powstrzymać Lokiego.
Cała czwórka wzniosła się w powietrze.

Loki stał obok Hel, na szczycie jednego z wyższych budynków w okolicy. Obserwował przebieg bitwy. Istot Cienia było zbyt wiele, aby Avengers mogli je powstrzymać. Zresztą ich broń nie robiła wrażenia na tych stworzeniach. One miały tylko jedną słabość, o której wyeliminowanie bóg kłamstw zadbał.
- Nad czym tak rozmyślasz? - Hel położyła mu dłoń na ramieniu.
Loki uśmiechnął się i odwrócił w jej stronę.
- O nieuniknionej klęsce naszych przeciwników. - odparł. - O tym, że jeszcze się nie domyślili, iż dawno już przegrali tę bitwę.
Plan boga kłamstw wcale nie opierał się na bezpośrednim starciu. Nie. Avengers przegrali, zanim jeszcze przystąpili do walki. Cała ta eskapada była tylko dywersją. Sposobem, aby wywabić bohaterów z ich bazy. Gdy tylko wieża opustoszała, Istoty Cienia przejęły ją. Stark wprawdzie używał komputera do ochrony AvengersTower, ale urządzenie to łatwo dawało się oszukać magią.
Niezależnie od wyniku bitwy, Avengers przegrali.

Wdowa i Kapitan dotarli nad Central Park. Grupka cywili, głównie dzieci, została otoczona przez Istoty Cienia. Te były humanoidalne, w rękach trzymały włócznie. Jedna z nich stała bliżej przerażonych dzieciaków i ich rodziców. Krzyczała coś do nich.
- Musimy wylądować. - odezwał się Kapitan. - Tu jest za dużo ludzi, żeby użyć jeta.
Natasha skinęła głową i wykonała polecenie. Zbliżyła maszynę jak najbardziej mogła do cywili.
Przed wyjściem z jeta, chwyciła jeszcze kilka zapasowych magazynków.
Gdy tylko Istoty Cienia ich zauważyły, niemal natychmiast ruszyły w ich kierunku. Jednak część z nich nadal odgradzała cywilom drogę ucieczki. Było ich z trzydzieści, może czterdzieści.
- Trzeba tych ludzi zaprowadzić do tamtego budynku. - Steve wskazał na najbliższą budowlę, odpierając ataki nacierających stworów. - Ty z prawej, ja z lewej.
- Ruszajmy. - odparła Natasha, oddając kolejne celne, lecz niezbyt skuteczne strzały.
Rozdzielili się, przedzierając pomiędzy kreaturami, które wściekle atakowały. Miały znaczą przewagę liczebną, a w dodatku nie dało się ich pokonać. Były piekielnie szybkie. Zanim którykolwiek cios, czy kula zdołały ich dosięgnąć, stworzenia znikały, jakby rozpływały się w powietrzu, i po chwili pojawiał się znikąd kilka metrów dalej. Walka z nimi przypominała walkę z duchami - nie mogłeś ich trafić, ale one mogły zranić ciebie.
Gdy Kapitan i Wdowa dotarli w końcu do cywili, oboje w wielu miejscach mieli porozdzierane kostiumy i wiele płytkich ran, z których sączyła się krew.
- Poddajcie się! - krzyknęła w ich stronę Istota Cienia, która najwyraźniej była dowódcą tego dziwnego oddziału. - Albo oni zginą!
Przerażeni ludzie skulili się bliżej siebie. Dzieci zaczęły płakać.
- Nic im nie zrobicie. - odparł Steve, przesuwając się nieznacznie w stronę cywili.
Natasha uważnie obserwowała rozwój sytuacji. Była gotowa w każdej chwili włączyć się do akcji.
- Złóżcie broń i poddajcie się! - krzyknęła kreatura. - Albo będziecie mieli ich na sumieniu. - skinęła głową w kierunku ludzi. Pozostałe istoty skierowały w ich stronę włócznie.
- Dobrze, dobrze. Spokojnie. - odezwał się Kapitan, unosząc ręce w uspokajającym geście. - Już wszystko odkładamy. - powoli zaczął się pochylać, aby położyć tarczę na ziemi. Mrugnął porozumiewawczo do Wdowy, która zrobiła to samo ze swoją bronią.
W ostatniej chwili, oboje jak na zawołanie, zaatakowali Istoty Cienia. Korzystając z elementu zaskoczenia, Avengers udało się rozgonić stwory na tyle, aby cywilom udało się dotrzeć do bezpiecznego schronienia.
Wściekłe kreatury rzuciły się na bohaterów. Ci ustawili się plecami do siebie i odpierali ataki. Kapitan nagle coś usłyszał.
- Natasha patrz, po prawej! - zwrócił się do towarzyszki.
Kobieta spojrzała we wskazanym kierunku. Obok drzewa siedział chłopiec, tak na oko pięcioletni, płakał. Stwory jeszcze go nie zauważyły, ale to była tylko kwestia czasu.
- Idź. Odwrócę ich uwagę. - rzuciła do Steve'a.
- Na pewno? - zapytał Kapitan, przeganiając kolejne stwory.
- Już! - Natasha niemal krzyknęła, starając się zagłuszyć odgłos wystrzałów.
Steve ruszył w stronę dzieciaka, a ona wzmocniła ogień.
- Chodźcie tu, potwory! -  krzyknęła.
Oparła się plecami o pobliskie drzewo, aby nie dać się zajść od tyłu. Udało jej się odciągnąć uwagę stworów od Kapitana, który już prawie dotarł do chłopca. Niestety w momencie, gdy kreatury ją otoczyły, skończyła jej się amunicja. Sięgnęła po nowe magazynki ale...

Kilka Istot Cienia dostrzegło chłopca i Steve'a biegnącego w jego stronę. Stwory rzuciły się w stronę dziecka. Kapitan rzucił tarczą, odpędzając kilka kreatur, ale jedna z nich zdołała przechwycić broń i zniknęła razem z nią.
Steve dotarł do dziecka, stanął między nim a stworzeniami. Nie miał swojej tarczy, ale i bez niej potrafił walczyć. Istoty Cienia były wprawdzie bardzo szybkie, ale aby uniknąć ciosu musiały zrobić unik, a wtedy nie mogły zaatakować. Kapitan odpierał ciosy. Chłopczyk był przerażony. W tym momencie do uszu bohatera dotarł krzyk kobiety,
- Charlie, gdzie jesteś?!
Wszystko zaczęło się dziać w jednej chwili.
Dziecko zerwało się z miejsca i pobiegło w stronę krzyczącej kobiety. Istoty Cienia niemal natychmiast ruszyły za nim. Steve zareagował instynktownie. Zasłonił chłopca własnym ciałem. Włócznia jednej z kreatur przeszyła jego pierś. Dziecko dobiegło do matki, która porwała je na ręce i ukryła się w pobliskim budynku.

Gdy Natasha chciała załadować broń, jedna z Istot Cienia zadała jej silny cios w brzuch. Kobieta wypuściła z ręki magazynki i z cichym jękiem osunęła się na kolana. Jednak zanim stwory zdążyły znów zaatakować, Wdowa załadowała jeden ze swoich pistoletów i wystrzeliła. Kilka Istot Cienia uciekło przed jej kulami. Wtedy kobieta zobaczyła jak Kapitan osuwa się na ziemię, trafiony przez jedną z kreatur.
Natychmiast zaczęła przedzierać się w jego stronę, jednak stwory zatrzymywały ją. Było ich zbyt wiele. Broń Natashy była prawie pusta, a magazynki leżały daleko pod drzewem. Gdy skończyły się jej kule, walczyła wręcz, ale nie miała szans. Nie mogła pomóc przyjacielowi, bo kreatury otaczały ją ze wszystkich stron. Były coraz bliżej.
Jeden ze stworów uderzył kobietę w głowę. Wdowa jeszcze raz spojrzała na martwego przyjaciela i straciła przytomność.