niedziela, 22 marca 2015

Rozdział IV


Ostatnio dostałam kilka naprawdę miłych komentarzy. Dziękuję wam. Widzę, że mam nowych czytelników, a i ci starzy mnie nie opuszczają. To naprawdę sprawia radość :D. Przepraszam, że rozdział jest spóźniony. A teraz nie przedłużając, zapraszam do czytania.

Wdowa pomogła wstać Bartonowi, mężczyzna oparł się o ścianę. Podała mu łuk i kołczan. W tym momencie usłyszała za sobą cichy jęk. Jeden z oszołomionych, przez Clinta, agentów zaczął się budzić. Ruszyli w stronę wyjścia, Barton wsparty na Natashy, bo nie był w stanie sam iść.
Kilka minut później byli już na ulicy.
- Załatwię transport. – oznajmiła Natasha.
Clint kiwnął głową. Wiedział, że kobieta chce po prostu ukraść jakiś samochód, ale teraz to nie miało większego znaczenia. I tak by jej od tego nie odwiódł, a teraz liczyła się każda minuta. Stał oparty o ścianę pobliskiego budynku, kołczan i łuk odłożył na ziemię. Udawał, że wszystko jest w porządku, choć na prawej nodze wcale się nie opierał, bo tak go bolała. Wdowa zauważyła, że przez jego „opatrunek” zaczęła przesiąkać krew. Mężczyzna był bardzo blady.
- Zaraz wracam. – rzuciła i zniknęła za rogiem budynku.

Po chwili przyjechała jakimś samochodem. Zatrzymała się przed Bartonem i wysiadła. Sięgnęła po jego łuk i kołczan.
- Ostrożnie – powiedział mężczyzna, widząc, że Wdowa chce wrzucić je do bagażnika. – Tam są ładunki wybuchowe.
Kobieta przewróciła oczami, ale nic nie powiedziała, tylko zamknęła bagażnik i obeszła pojazd. Położyła jego broń pod tylnym siedzeniem, a potem pomogła mu wsiąść. Clint zatrzymał się przed otwartymi drzwiami samochodu.
- Co jest? – zapytała kobieta, widząc napięcie Bartona.
- Wydawało mi się… Nie ważne. – odparł mężczyzna i wsiadł do środka.
Tak naprawdę znów miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje.
Natasha usiadła na miejscu kierowcy i ruszyli. Całą drogę milczeli. To było pokręcone, jeszcze parę godzin temu byli największymi wrogami, miał rozkaz ją zabić, a teraz wspólnie uciekali. Tylko przed kim?
- Wiesz kto nas zaatakował? - przerwał ciszę Barton.
- Starzy znajomi - rzuciła tylko Natasha, bo właśnie dojechali do szpitala.

***

Wdowa siedziała na korytarzu przed salą zabiegową, do której lekarz zabrał Clinta. Cały czas rozglądała się, sprawdzając czy nie nadchodzą policjanci lub, co gorsza, agenci wywiadu. Na razie nic się nie działo.
Kobieta mogła oczywiście po prostu wyjść stąd - zniknąć - i wtedy nawet połączone siły S.H.I.E.L.D. i Rosji by jej nie odnalazły, ale nie chciała zostawiać Bartona. W końcu ten mężczyzna ocalił jej życie i to dwa razy...
Drzwi do gabinetu otwarły się i wyszedł lekarz.
- Wraciu, szto s nim? (Panie doktorze, co z nim?) - zapytała, udając roztrzęsioną dziewczynę, która martwi się o swojego chłopaka, za jaką się podała.
Powiedzieli, że byli na strzelnicy i doszło do wypadku. Może to była marna ściema, ale niezależnie od tego, co by wymyślili, lekarz i tak powiadomiłby o postrzale odpowiednie służby.
- My wzjali puli i skrepljali ranu. (Wyjęliśmy kule i zszyliśmy ranę.) – odparł lekarz. – No on dołżen byc na nabljudieniem. . (Ale musi zostać na obserwacji.)
„Tak, na obserwacji” pomyślała Wdowa „Raczej do przyjazdu policji.”
Doktor odszedł, a ona weszła do sali. Clint siedział na kozetce. Na prawej nodze miał świeży opatrunek.
- Idziemy? - zapytał.
- Jeśli dasz radę?  - mężczyzna skinął głową. - W takim razie się zbieraj. Jeszcze nikt nie przyszedł, ale to tylko kwestia czasu.
Pomogła mu wstać. Musiało go już mniej boleć, bo zdecydowanie lżej się na niej opierał. Bez problemu opuścili salę. Byli już nie daleko frontowych drzwi, gdy Wdowa zauważyła dwóch agentów przy recepcji. Kolejni właśnie wchodzili do szpitala. Kobieta skręciła w najbliższy korytarz.
- Pięciu agentów przy drzwiach i dwóch przy recepcji. - oznajmiła spokojnie Natasha. - Mam nadzieję, że nie obstawili tylnego wyjścia.
Znów skręcili.
Niestety Wdowa się pomyliła. Przy drzwiach czekało kolejnych czterech agentów. Na szczęście ich nie zobaczyli. Barton i Romanoff szybko cofnęli się za róg korytarza. Kobieta wyjęła dwa pistolety.
- Gdzie ty je chowasz?  - zapytał Clint, biorąc podaną mu broń.
- Ukryj ją, ale bądź gotowy, gdybyś musiał jej użyć. - szepnęła Wdowa, puszczając mimo uszu jego pytanie. - Może uda nam się przejść.
Schowała włosy pod kurtkę i wyjęła z kieszeni okulary-zerówki. Mężczyzna patrzył na nią ze zdziwieniem.
- Pracowałam dla nich. - wyjaśniła cicho, zakładając okulary. - Rozpoznają mnie.
Barton schował broń pod kurtkę i ruszyli. Gdy tylko wyszli zza rogu, jeden z agentów odwrócił się, mierząc do nich z pistoletu.
- Stojaj! (Stać!) - krzyknął – Nie perehodiete sjuda! (Nie przejdziecie tędy!)
Clint mocniej zacisnął dłoń na broni, ale Natasha zachowała spokój.
- Zdzies u nas jest awto. (Tutaj mamy samochód.) – powiedziała.
- Gławnoj wchod. (Głównym wyjściem.) – rzucił drugi agent.
- On nie sprawjet sa. (On nie da rady) – Wdowa spojrzała na zabandażowaną nogę Bartona. – Dajtie nam perehodic, pażausta. (Proszę dajcie nam przejść.) –zaczęła mówić błagalnym tonem, była niezłą aktorką.
- Haraszo. (Dobrze.) – zdecydował w końcu któryś. – Iditie. (Idźcie.)
Agenci zrobili im miejsce. Clint i Natasha byli już prawie przy drzwiach, gdy jeden z nich się odezwał.
- Eta jest Czier... (To jest Czar…) – nie zdążył dokończyć, bo pięść Wdowy wylądowała na jego nosie.
Zanim pozostali wyjęli pistolety, Barton i Romanoff byli już na zewnątrz. Okazało się, że „ich” samochód rzeczywiście był niedaleko. Szybko do niego wsiedli, gdy tylko odpalili, Clint zobaczył, że wrodzy agenci ruszyli w pościg. Kilka kul trafiło w karoserię, ale Natashy udało się wyjechać na ulicę.
- Mam nie daleko kryjówkę. – powiedziała kobieta.
- Nie. – uciął Barton. – Jedź na zachód, opuść miasto.
- Dlaczego? – zdziwiła się Wdowa. Mimo wszystko, ten mężczyzna nadal był dla niej zagadką.
- Po prostu jedź. – w tym momencie tylna szyba samochodu roztrzaskała się w drobny mak.
Clint sięgnął po swój łuk i kołczan. Zerknął do tyłu i wystrzelił. Strzała trafiła, bez trudu, kierowcę ścigającego ich samochodu. Pojazd zjechał na pobocze, na szczęście o drugiej w nocy ruch był niewielki.
- Niezły strzał, Sokole Oko. – Natasha się uśmiechnęła.
- Hawkeye? Spoko. – mruknął Barton.
Właśnie wyjechali z Moskwy.
- Teraz w prawo. – zarządził Clint.
Wdowa bez słowa skręciła, sama nie wiedziała dlaczego go słuchała.
Zatrzymała się na jakimś parkingu, obok obskurnego motelu. Kobieta chciała wysiąść, ale Barton ją powstrzymał.
- Zaczekaj. – rzucił.
 Zaraz za nimi na plac wjechało pięć czarnych samochodów, otoczyły ich. Z pojazdów wysiadło ponad dwudziestu agentów, wszyscy uzbrojeni.
- No świetnie – mruknęła Natasha, spoglądając na swojego towarzysza.
Barton trzymał w ręce komunikator.
- Już – powiedział do urządzenia.
Na niebie, ni stąd ni zowąd, pojawił się jet z białym orłem na skrzydle (gdyby nie światło księżyca, byłby niedostrzegalny). Rozległy się strzały i wszystko na zewnątrz zasnuła mgła, iskrząca w świetle reflektorów samochodowych. Gdy opadła, wszyscy wrodzy agenci leżeli na ziemi. Maszyna, która właśnie ich ocaliła, wylądowała.
- Co to było? – zapytała Natasha.
- Moi znajomi – odparł Barton, otwierając drzwi samochodu.
W powietrzu unosił się lekko słodkawy zapach, zapewne pozostałość po mgle. Clintowi jakoś udało się wysiąść, sięgnął po kołczan i łuk. Natasha także opuściła samochód. W ich stronę szli już agenci S.H.I.E.L.D.
- Chodźcie – powiedziała agentka, która dotarła do nich pierwsza. Była to drobna blondynka. – Za kilka minut się obudzą. – wskazała na uśpionych Rosjan. – Nic nie będą pamiętać.
- Dzięki, za szybką reakcję. – odparł Barton.
- Możesz na mnie liczyć, nawet w środku nocy. – młoda agentka ziewnęła. Jej wzrok padł na nogę Clinta. Na białym bandażu pojawiła się mała czerwona plama. – Co ci się stało?  - zapytała, ale zanim zdążył odpowiedzieć, odwróciła się i zawołała. – Agencie Nowak, do mnie!
Wysoki, postawny mężczyzna o ciemnych włosach natychmiast do nich podszedł.
- Pomożesz agentowi Bartonowi. – zarządziła.
Ruszyli w stronę jeta, Clint wsparty na ramieniu agenta Nowaka.
- Kim ona jest? – zapytała nagle młoda agentka, jakby dopiero teraz zauważyła Natashę, która szła kilka kroków za nimi. – Gdy mnie wzywałeś, nie wspominałeś, że masz towarzystwo.
- To część misji. – odparł tylko Barton, wiedząc że kobieta nie będzie dalej pytać.
Zajęli miejsca w jecie. Maszyna wystartowała.
- Co zrobiłeś w nogę, Clint?  - zapytała blondynka, która usiadła obok niego.
Z drugiej strony siedziała Wdowa.
- Zostałem postrzelony. – odparł. – Dokąd lecimy?
- Na razie do nas. – powiedziała. – Zawiadomiłam dyrektora. Powiedział, że jak tylko będzie mógł, to kogoś po ciebie przyśle.
„Świetnie” pomyślał sarkastycznie Clint. „Jeszcze przeprawy z Furym mi brakowało.” Ale wiedział, że to w końcu i tak nastąpi, więc postanowił na razie o tym nie myśleć.
- Dawno u nas nie byłeś. – blondynka wyrwała go z zamyślenia. – Dużo się pozmieniało.
- Chyba z cztery lata. – uśmiechnął się Barton. – Wtedy byłaś zwykłym szeregowym, a teraz, proszę: Jagoda – szefowa polskiego oddziału S.H.I.E.L.D.
Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem. Spojrzała na Natashę, która nadal milczała.
- Mogę chociaż wiedzieć, jak masz na imię? – zwróciła się do kobiety.
Wdowa lekko wychyliła się do przodu, aby móc spojrzeć na agentkę. Nie ufała jej, ani w ogóle tym wszystkim ludziom. Miała wrażenie, że jest więźniem. Nienawidziła tego uczucia.
- Natalia – odparła całkowicie naturalnie, ukrywanie emocji to była jej specjalność.
W tym momencie jet zaczął obniżać lot. Po chwili byli już w hangarze.
Gdy tylko wysiedli, podbiegli do nich inni agenci.
- Zabierzcie go do części szpitalnej. – poinstruowała ich Jagoda, wskazując na Bartona

***

Clint siedział na łóżku w pokoju, który mu przydzielili. Poprawili mu szwy, które się pozrywały i opatrzyli go od nowa. Któryś z lekarzy orzekł, że Barton miał niesamowite szczęście, że kula ominęła kość.
W pomieszczeniu było prawie ciemno, jedyne światło pochodziło z małej lampki stojącej na stoliku nocnym. Barton nie mógłby zasnąć, nawet gdyby chciał. Przez ostatnią dobę wydarzyło się zbyt wiele rzeczy, które musiał przemyśleć jeszcze zanim zobaczy się z Furym, a to na pewno nastąpi rano.
To miała być zwykła misja, może należąca do tych trudniejszych, ale bez przesady. Zdjęcie celu, nic więcej. Już kilka razy wykonywał tego typu zadania, choć nie często (podejrzewał, że dyrektor znał jego awersję do zabijania). Tym razem wszystko się pokomplikowało. W końcu jego czyn, choćby nie wiem czym był motywowany, miał znamiona zdrady. I tak pewnie potraktuje go Fury… 
Rozległo się pukanie do drzwi, wyrywając go z zamyślenia.
- Proszę. – powiedział.
Do pomieszczenia weszła Natasha.
- Jeszcze nie śpisz? – zapytała. – Już po czwartej.
- Domyślałaś się, że nie śpię, skoro tu przyszłaś. – odparł Clint, uśmiechając się.
Wdowa usiadła na fotelu naprzeciwko mężczyzny, w tej chwili przypominała posąg – zero emocji.
- Dlaczego tu przyszłaś? – odezwał się po chwili Clint.
- Przemyślałam twoją propozycję. – odparła.
- I co? – wydawał się zainteresowany odpowiedzią.
- Myślę, że to dobry pomysł… - powiedziała.
- Ale? – Barton wyczuł wahanie w jej głosie.
- Nie sądzisz, że twoi szefowie będą chcieli mnie zamknąć? – „Albo zabić” dodała w myślach, ale nie wypowiedziała tego głośno. Mimo, że była lekko zdenerwowana, jej głos nadal był spokojny, jakby rozmawiali o jakimś filmie, który wczoraj obejrzeli, a nie o jej przyszłości. – W końcu mam na sumieniu kilku waszych agentów.
- Myślę, że nie ryzykujesz bardziej niż ja. – odezwał się pół-żartem. – A mówiąc całkiem poważnie: jeśli nie zrobisz czegoś głupiego, dadzą ci drugą szansę.
- Głupiego? – kobieta spojrzała na niego, unosząc jedną brew.
- Jak zaatakowanie, któregoś z agentów, gdyby chcieli cię skuć na czas lotu, czy coś w tym stylu. – powiedział, nadal siedział rozparty na łóżku.
- Kiedy zdążyłeś ich wezwać? – zapytała Wdowa.
- Co? – lekko się podniósł, ta nagła zmiana tematu kompletnie zbiła go z tropu.
- Kiedy zdążyłeś wezwać pomoc, gdy nas ścigali? – odparła kobieta.
- A, o to chodzi. – znów się rozluźnił. – Gdy szukałaś transportu.
- Czy wy macie bazy na całym świecie? – Natasha poprawiła się na fotelu i założyła nogę na nogę.
- Prawie. – odparł Barton. – Głównie w Stanach.
Normalnie, wrogiemu agentowi, nie powiedziałby ani słowa o agencji, ale tu sytuacja była inna. Wiedział, że jeśli ona ma dołączyć do S.H.I.E.L.D., to będzie się chciała czegoś o niej dowiedzieć. Z resztą i tak nie będzie miała jak wykorzystać tej wiedzy, bo jeśli do nich nie dołączy, to pewnie ją zabiją lub zamkną.
- I zawsze możesz na nich liczyć? – to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Raczej tak. – powiedział. – Z Jagodą pracuję nie pierwszy raz, wiem że mogę jej ufać. Tak jak i pozostałym agentom. Zawsze pomogą, chyba że rozkazy dyrektora są inne.
- Dyrektora? – zapytała.
Czyżby w jej głosie usłyszał cień zainteresowania?
- Nick Fury. – odparł. – Taki gość w przepasce na oku. Dowodzi całą organizacją. Trochę nerwowy. Jest jeszcze agentka Hill, jego prawa ręka i agent Coulson, jego „lepsze oko”, jak mówi dyrektor. Coulsonem to bym się nie przejmował, on jako pierwszy dałby ci szansę. – uśmiechnął się.
Kobieta odwzajemniła uśmiech i wstała. Była już przy drzwiach, ale się odwróciła.
- Dlaczego mnie uratowałeś? – wróciła do pytania z metra.
- Bo wiem, że na to zasługujesz – odparł krótko.
Zapadło milczenie. Wdowa nadal trzymała rękę na klamce. Nagle ktoś szarpnął drzwi z drugiej strony. Kobieta odruchowo odskoczyła do tyłu.
Do pomieszczenia wpadło pięciu uzbrojonych agentów: trzy kobiety i dwaj mężczyźni. Jagoda była z przodu.
- Brać ją! – krzyknęła wskazując na Natashę.

sobota, 14 marca 2015

Rozdział III



No, dzisiaj kolejny rozdział. Tym razem bez rosyjskiego :) Zapraszam do czytania

Clint milczał.
- Dlaczego? – powtórzyła Natasha, ale w tym momencie metro się zatrzymało na kolejnej stacji. – Wysiadamy – rzuciła, wybawiając Bartona od odpowiedzi, przynajmniej na razie.
Wyszli z pociągu. Wdowa ruszyła w sobie tylko znanym kierunku, a Clint szedł za nią. Nie wiedział gdzie kobieta go prowadzi, ale nie mógł jej wypuścić. Jeśli po prostu puściłby ją wolno, Fury urwał by mu głowę. 
Dotarli do jakiejś przemysłowej dzielnicy, której Barton nie znał, mimo że nie pierwszy raz był w Moskwie. W tym momencie zabrzęczał jego komunikator. Mężczyzna zupełnie zapomniał, że ma to urządzenie w kieszeni. Zatrzymał się, zostając w tyle za Wdową. Spojrzał na ekran. Wiadomość od dyrektora.
„Stan misji”
„No świetnie.” pomyślał  „Dobrze, że nie zadzwonił i nie muszę się jeszcze teraz tłumaczyć.” Barton odpisał:
„W toku”
i szybko dołączył do Natashy, która właśnie skręciła za róg. Po kilku minutach zatrzymali się przed jakimś, najwyraźniej opuszczonym, magazynem. Kobieta weszła do środka, Barton tuż za nią.
Na pierwszy rzut oka pomieszczenie nie różniło się niczym od jakiegokolwiek innego magazynu. Jednak Clint był lepszym obserwatorem, od przeciętnego człowieka,  dostrzegł jakąś klapę w podłodze w lewym kącie hali. Wdowa skierowała się właśnie w jej stronę. Otworzyła właz i zniknęła w otworze. Po chwili Barton znów ją zobaczył.
- Idziesz? Czy masz zamiar tu stać do jutra? – zapytała ze zniecierpliwieniem.
Choć mężczyzna nie był pewien czy może jej zaufać i co jest na dole, postanowił jednak skorzystać z "zaproszenia" kobiety. 
- Idę – rzucił.
Gdy zeszli na dół, oczom Clinta ukazał się minimalistycznie urządzony salon: kanapa, dwa fotele, stolik do kawy, nieduży telewizor i to wszystko. Natasha na chwilę wróciła na górę aby zamknąć klapę.
- Niezłą masz kryjówkę.- odezwał się Barton., gdy kobieta znów pojawiła się w salonie.
- Jest jeszcze kilka pomieszczeń – odparła. – Ale ty zostajesz tu. – położyła nacisk na dwa ostatnie słowa.
Odwróciła się, chcąc wyjść do innego pokoju, ale Clint złapał ją za ramię i obrócił w swoją stronę.
- Co robisz! - krzyknęła kobieta.
- Muszę z tobą porozmawiać. – powiedział poważnie. Dopiero teraz zauważył, że kurtka Natashy jest rozdarta na ramieniu, a jej kolor w tym miejscu zmienił się z jasnobrązowego na prawie czarny. – Jesteś ranna. – odezwał się.
- Wiem – warknęła. – Jeśli pozwolisz, pójdę się opatrzyć. – wyrwała rękę z jego uścisku i zniknęła w pokoju obok.
Barton usiadł na kanapie i odłożył łuk na stolik. Chwilę później Natasha wróciła do salonu. Przebrała się, a lekkie zgrubienie na rękawie bluzki świadczyło o opatrunku.
- Więc o czym chciałeś porozmawiać? – zapytała Wdowa siadając na brzegu fotela.
- O tobie….- odparł krótko, a widząc minę kobiety dodał: - O tym co się dzisiaj stało. Wiesz kto cię zaatakował?
- Ktoś, kto chciał zdobyć dane, które wykradłam, klient, który uznał, że za długo czeka, lub ktoś z twojej agencji czy jakiejś innej. – jej głos był spokojny, jakby opowiadała, co zjadła na śniadanie, a nie kto próbował ją zabić. – Nie obchodzi mnie to. Ważne, że im się nie udało.
- Ale było blisko – odparł Clint. – Ile razy jeszcze uda ci się uniknąć śmierci?
- Do czego zmierzasz? – Natasha patrzyła na niego jak na wariata, nie miała pojęcia o co mu chodzi.
- Mam rozkaz cię zabić, o czym dobrze wiesz – kontynuował, jakby jej nie usłyszał. – Ale tego nie zrobię. Teraz pytanie co ty zrobisz?
- To znaczy? – „Ten facet chyba mocno uderzył się w głowę” pomyślała.
- Chcesz robić to co teraz, ale w… hm, no cóż… bezpieczniejszych warunkach? – zapytał.
- Poczekaj chwile, bo nie nadążam. – Natasha wstała i zaczęła chodzić po pokoju. – Ty masz mnie zabić, ale łamiesz rozkaz i proponujesz mi pracę w agencji, która cię na mnie nasłała, dobrze zrozumiałam?
- Mniej więcej. – Clint nadal siedział na kanapie.
- A twoi przełożeni, wiedzą o tej dobroduszności? – zapytała. Jej głos nadal był spokojny, ale dał się w nim usłyszeć delikatny rosyjski akcent. – Czy to tylko twój plan?
- Nie wiedzą – odparł mężczyzna, podnosząc się z sofy. – Ale S.H.I.E.L.D.  daje drugą szansę, szczególnie osobom, które mają przydatne dla niej umiejętności.
- A ja takie mam? – to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Owszem. – uśmiechnął się.
- Ile mam czasu na decyzję? – kobieta zatrzymała się kilka metrów od niego.
- Niewiele. – odparł.
- A mogę chociaż poznać twoje imię. – nagła zmiana tematu trochę zbiła, go z tropu.
- Clint Barton. – przedstawił się.
- No więc Clint, ty zapewne znasz moje imię? – mężczyzna skinął głową. – Więc Clint, a co będzie jeśli się nie zgodzę?
- To może się źle skończyć, dla jednego z nas. – kobieta spojrzała na niego, unosząc jedną brew. – Wiem co…
Ale nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie nastąpił wybuch i całe pomieszczenie wypełniła chmura pyłu.
Clint nagle poczuł uścisk na nadgarstku, chciał wyrwać rękę.
- Przestań, to ja! – krzyknęła Natasha, w pokoju nadal nie było nic widać.
Kobieta pociągnęła Bartona za sobą. On chwycił wolną ręką łuk, który leżał na stoliku. Po chwili wyszli z salonu. Wdowa go puściła, ale się nie zatrzymała.
 - Pośpiesz się – powiedziała.
Clint ruszył za nią. Po chwili usłyszeli tupot nóg ścigających ich ludzi. Byli w wąskim korytarzu, jedyne drzwi znajdowały się na jego drugim końcu. Nie było gdzie się ukryć. Hałasy coraz bardziej się zbliżały.
Clint zatrzymał się. W mgnieniu oka odwrócił się i wyjął strzałę z kołczanu. Gdy tylko pierwszy ze ścigających ich ludzi wybiegł zza zakrętu, Barton wystrzelił. Trafiony, strzałą paraliżującą, mężczyzna osunął się na ziemię. Na korytarzu pojawili się kolejni. Clint z prędkością błyskawicy sięgnął po następną strzałę. Wdowa wyjęła pistolety i dołączyła do niego. 
Już myśleli, że zagrożenie minęło, gdy Bartonowi koło ucha świsnęła kula. Mężczyzna się odwrócił. Z drugiej strony korytarza nadbiegł mały oddział.
Zanim Clint wyjął kolejną strzałę, jedna z kul trafiła go w łydkę. Noga się pod nim ugięła. Upadł na ziemię.
Mimo bólu udało mu się podnieść na kolana, ale nie mógł wstać. Wdowa cały czas strzelała do napastników. Barton podniósł łuk, który upuścił gdy został postrzelony. Wybrał strzałę. Wycelował i zwolnił cięciwę. Nastąpił wybuch. Korytarz został oczyszczony. Wszyscy napastnicy byli martwi lub nieprzytomni.
Clint osunął się na podłogę. Czuł w nodze uporczywie pulsujący ból.
Natasha szybko do niego podeszła. 
- Co jest? - zapytała.
Dopiero teraz dostrzegła krew wypływającą z dziury w nogawce spodni mężczyzny. Przyklęknęła i spojrzała na jego nogę. Mocno krwawił. Wyjęła z kieszeni scyzoryk.
- Teraz się nie ruszaj. – powiedziała, Barton skinął głową.
Rozcięła nogawkę, tak aby odsłonić ranę. Kula nie przeszła na wylot, ale w tych warunkach nie było mowy o próbie jej wyjęcia. Natasha przygotowała prowizoryczny opatrunek uciskowy. Gdy skończyła, wstała.
- Musisz jak najszybciej dostać się do szpitala  - oznajmiła.
- Myślisz, że to dobry pomysł? – Clint siedział pod ścianą, oparty o nią plecami. Jego łuk i kołczan leżały obok na podłodze. – Od razu wezwą…
- Policję? – przerwała mu Wdowa. – Tak wiem, ale inaczej się wykrwawisz.
"Czy ona chce mi pomóc?" przemknęło Bartonowi przez myśl.
- To którędy wyjdziemy? – zapytał tylko.
- Powrót nie wchodzi w grę. – odparła Natasha. – Nie wiadomo czy tam w ogóle da się teraz wejść. Ale tu są jeszcze inne przejścia. – spojrzała na drzwi w końcu korytarza.
Był to jeden z wielu korytarzy, których labirynt łączył piwnice starych magazynów, takich jak ten, w którym miała kryjówkę. Szybko przeanalizował którędy będzie najbliżej. W końcu zdecydowała. Odwróciła się do Bartona, wtedy jej wzrok padł na jednego z pokonanych przez nich ludzi. Teraz, gdy się przyjrzała, bez trudu rozpoznała strój typowy dla rosyjskiego wywiadu. Nic dziwnego, że znali tę kryjówkę, używała jej gdy dla nich pracowała.

sobota, 7 marca 2015

Rozdział II




A oto i drugi rozdział opowiadania. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Nie chcę za dużo zdradzać, ale pojawi się rudowłosa piękność :D . Miłego czytania :)

- Nie pytam czy o niej słyszałeś – Clint schował teczkę z powrotem do torby. – Tylko czy wiesz, gdie ana? (Gdzie ona jest?)
- Nikto nie znajet (Tego nikt nie wie.) – odparł tamten.
- Vlad, ne delayte menya idiotom (nie rób ze mnie idioty) – Barton mówił spokojnie, ale jego ręka, ta, która trzymała odbezpieczony pistolet, lekko drgnęła. – Dobrze wiem, że znasz każdego, kogo mógłbym chcieć znaleźć w tym kraju. Nie zabywaj szto słucziłoś posliednij raz (Nie zapominaj, co się wydarzyło ostatnim razem.) – w jego głosie zabrzmiała groźba.
Niski mężczyzna cofnął się tak, że teraz opierał się plecami o drzwi.
- Zapomnic (Pamiętam.) – odparł. – Dobra, coś tam słyszałem. Że ma kryjówkę niedaleko starego centrum. Ale nic więcej nie wiem. – Vlad wydawał się lekko zdenerwowany.
Barton nie był pewien czy mężczyzna powiedział mu wszystko, ale doszedł do wniosku, że to mu wystarczy.
Ruszył w stronę drzwi. Vlad od razu je otworzył.
- W slieduszcij raz (Do następnego razu) – rzucił Clint i wyszedł.

Broń schował dopiero, gdy znalazł się na ulicy. Zaczynało świtać, ale ulice nadal były stosunkowo puste.
Barton potrzebował jakiegoś środka transportu, więc udał się do komisu z używanymi samochodami, który mijał po drodze z lotniska. Na szczęście był już otwarty. Wybrał jakiś nierzucający się w oczy samochód. Sprzedawca początkowo dziwnie na niego patrzył. Kupowanie samochodu o tej prze, to niecodzienne. Ale gdy Clint powiedział, że zapłaci gotówką, ten już o nic nie pytał.
Kilka minut później agent zaparkował w pobliżu Placu Maneżowego. Musiał znaleźć odpowiednie miejsce do obserwacji okolicy. W tej części miasta ruch już był spory. Znalezienie konkretnej kobiety wśród wiecznie śpieszącego się tłumu ludzi nie będzie łatwe, nawet dla niego. Zwłaszcza, jeśli ona nie chce być znaleziona.
Barton postanowił dostać się wyżej. Wyjął z bagażnika swoją torbę i ruszył w stronę jednej z pobliskich kamienic. Właściwie Moskwa była całkiem ładnym miastem, ale on nie przyjechał tu zwiedzać. Wszedł w zaułek między budynkami. Wyjął strzałę z liną i łuk. Niezauważony przez nikogo dostał się na dach. Z tej kamienicy nie miał dobrego widoku, więc przeszedł na sąsiedni budynek.  W końcu znalazł dogodne stanowisko, na którym nie był widoczny z ulicy, a sam bez problemu mógł obserwować cały plac.

***

Mijały godziny, ale ona się nie pojawiła. Około południa Barton uznał, że czas na kawę. Zszedł z dachu i udał się do pobliskiej kawiarni.
Właśnie z niej wychodził, z kawą w papierowym kubku w ręce, gdy ktoś na niego wpadł. Uderzenie nie było na tyle silne żeby Barton stracił równowagę, ale oblał się kawą.
- Izwienitie (Przepraszam) – usłyszał kobiecy głos.
Mamrocząc coś pod nosem i ciesząc się, że kawa nie była gorąca, Clint spojrzał na osobę stojącą przed nim. Ze zdziwienia całkowicie zapomniał o rozlanym napoju i mokrej koszulce. Przed nim stała, nieco zakłopotana - a tak przynajmniej mu się wydawało - Czarna Wdowa, a właściwie Natasha Romanoff.
- Ja placiu dla stirki (Zapłacę za pralnie) – zaoferowała.
Wyglądała i zachowywała się jak zwyczajna dziewczyna.
- Nie nużno (Nie trzeba) – odparł Clint, całkowicie naturalnie, miał taką nadzieję.
- Możet byc’ daże czaszka kofe abajdziotsa wam (To może chociaż postawię panu kawę?) – Barton nadal nie mógł uwierzyć, że ta miła dziewczyna jest wyrachowaną najemniczką, musiała być niezwykle utalentowaną aktorką.
- Niet, nie nużno (Nie, nie trzeba) – odparł.
Musiał jak najszybciej zakończyć tę rozmowę, zanim Natasha domyśli się, że jest agentem S.H.I.E.L.D., bo to, że Barton nie jest Rosjaninem, kobieta na pewno już wiedziała.
- Wy nie otsjuda? (Pan nie jest stąd?) – zapytała, jakby na potwierdzenie jego myśli.
- Net. (Nie) – odparł i tak nie było sensu kłamać. – Ja posieszciaju (Zwiedzam) – uśmiechnął się.
- Wy dołżny uwidiec’ sobor Wasilija Błażiennowo (Musi pan koniecznie zobaczyć Cerkiew Wasyla Błogosławionego) – powiedziała i odwzajemniła uśmiech.
- Spasibo za sowiet (Dziękuję za radę) – dopiero teraz poczuł mokrą koszulkę, nieprzyjemnie przyklejającą się do ciała.
- Nie za szto (Nie ma za co) – odparła – Izwienitie jeszcio raz za kofe. Da swidania (Jeszcze raz przepraszam za kawę. Do widzenia)
- Da swidania(Do widzenia)
Natasha odeszła. Clint wrzucił pusty kubek do kosza, wyjął z torby kurtkę i szybko ją włożył, żeby ukryć plamę po kawie. Ruszył za Czarną Wdową, pamiętając o tym żeby nie dać się jej zauważyć.


Oczywiście wiedziała, że ją śledzi. Nawet najlepiej wyszkolony szpieg nie byłby w stanie jej podejść, a on nie należał do najdyskretniejszych.
Zauważyła go jeszcze przed ich „przypadkowym” spotkaniu pod kawiarnią. Gdy szła ulicą dostrzegła tego mężczyznę w zaułku między budynkami, kiedy schodził z dachu. Jej szósty zmysł ją zaalarmował. Może to była lekka paranoja, ale coś jej mówiło, że on ją śledzi. Dyskretnie ruszyła za nim w stronę kawiarni, aby się przekonać, czy ma rację.
Potrąciła go specjalnie, aby mieć pretekst, chwilę z nim porozmawiać. Tak jak myślała mężczyzna miał amerykański akcent, który bardzo starał się ukryć. Nie dopiął torby podróżnej, więc od razu zauważyła broń. Ale ostatecznie przekonała się o tym, że to jej szukał, gdy na nią spojrzał. Jakby wygrał los na loterii. Tylko przez chwilę, zaraz się zreflektował. No i jeszcze ta najstarsza wymówka świata: „Tylko zwiedzam”.
Teraz szedł za nią. Myślał, że doprowadzi go do swojej kryjówki. I po części miał rację. Natasha nie chciała, żeby domyślił się, że ona już wie o tym, że ją śledzi. To ona dyktowała warunki. Niedaleko było pewne miejsce, do którego mogła go bez obaw zaprowadzić.


Wdowa weszła do jakiejś kamienicy. Barton został na zewnątrz. Gdy zobaczył, że Natasha otwiera okno na trzecim piętrze, wiedział już gdzie jest jej mieszkanie. Zajął pozycję na dachu budynku po drugiej stronie ulicy. Wyjął z torby łuk, ale mimo otwartego okna, nie miał dogodnej pozycji do strzału. Kobieta bardzo się pilnowała, jakby wiedziała, że on tam jest. Zawsze coś przesłaniało linię strzału.

***

Słońce już zaszło, a Barton nadal obserwował Natashę. Kobieta zamknęła i zasłoniła okno, uważając aby nie stać bezpośrednio przed nim.
Przez jakiś czas widział jej cień na zasłonie. Później chyba wyszła z pokoju, bo cień zniknął. Barton odłożył łuk, który do tej pory trzymał gotowy do strzału.
- Hej! – usłyszał za sobą znajomy głos.
Tak się zdziwił, że odwrócił się, zostawiając łuk tam gdzie go odłożył. Na dachu stała Natasha.
- Chyba wiszę ci kawę. – podała Bartonowi kubek, który trzymała. Mówiła po angielsku, bez cienia akcentu.
Clint nawet nie drgnął, za bardzo go zaskoczyła. Wdowa odstawiła kubek na bok.
- Posłuchaj mnie – zmieniła ton, tym razem rosyjski akcent był bardzo wyraźny. – Podejrzewam, że jesteś z S.H.I.E.L.D. Ostatnio wam coś zabrałam – Barton otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz nie dała mu na to szansy. – ale nie licz na to, że ci to oddam. Jeśli nie chcesz skończyć jak pozostali…
W tym momencie rozległ się krzyk. Barton spojrzał w stronę, z której dochodził. Gdy znów się odwrócił, Wdowy już nie było. Clint podbiegł do krawędzi dachu.
W zaułku, między kamienicami, zobaczył jakiegoś mężczyznę atakującego kobietę. W ułamku sekundy sięgnął po łuk, wyjął strzałę paraliżującą. Gdy znów spojrzał w dół, gotowy do strzału, dziewczyny nie było. Zobaczył za to Natashę, która stała nad obezwładnionym napastnikiem. Przycisnęła go butem do ziemi, aby nie mógł wstać. Coś do niego mówiła.
Barton zmienił strzałę. Wycelował wprost w kobietę.


Wdowa patrzyła na mężczyznę, którego przed chwilą pokonała.
Sama nie była święta, ale atakowanie bezbronnej dziewczyny… To facetowi nie ujdzie na sucho.
- Słuszajtie mienia wnimatielno… (posłuchaj mnie uważnie) – zaczęła, ale coś usłyszała.
Podniosła głowę. Przy krawędzi dachu stał agent S.H.I.E.L.D. Mierzył do niej z ŁUKU. Co to ma być? Średniowiecze? Natasha nie wiedziała o co chodzi, ale wolała nie ryzykować. Uniosła ręce w obronnym geście i powoli cofnęła się o kilka kroków. Uwolniony przez nią oprych uciekł tak szybko, jak mógł. A oni tak stali, patrząc na siebie.
„Jak mogłam być tak nieostrożna?” przemknęło kobiecie przez głowę.


Clint napiął cięciwę. To był łatwy strzał, wykonałby go z zamkniętymi oczami. Więc dlaczego było to takie trudne? Wystarczyło puścić cięciwę i rozkaz zostałby wykonany, a on wróciłby do Stanów. Ale nie mógł, ta kobieta nie zasługiwała na śmierć. Nie był pewien dlaczego – czy dlatego że pomogła tej dziewczynie? a może był jakiś inny powód? – lecz był pewien, że to błąd. Cała ta misja to błąd.
Opuścił łuk.
Natasha zaczęła uciekać, ale Barton nie mógł zostawić tak tej sprawy. Jak on nie ukończy misji, to wyślą kogoś innego. Musiał to załatwić inaczej. Wyjął strzałę z liną. W chwili gdy dotknął ziemi, nastąpił wybuch. Fala uderzeniowa przewróciła go na ziemię. Gdy się podniósł, zobaczył Wdowę. Kobieta leżała pod ścianą, na końcu zaułka. W tym momencie od strony ulicy nadbiegło kilku mężczyzn uzbrojonych w pistolety. Clint ruszył w stronę Natashy, po drodze wyjmując strzałę. W ułamku sekundy wystrzelił. Wszystko zasnuł gęsty zielony dym. Barton, korzystając z tej zasłony, wyciągnął Wdowę - która odzyskała już przytomność, ale była oszołomiona – na ulicę.
- Do metra! – krzyknęła Natasha.
Gdy ruszyli chodnikiem, Clintowi wydawało się, że dostrzegł znajomą postać w cieniu budynku, ale nie miał czasu się nad tym zastanowić.
Wsiedli do pierwszego pociągu i zajęli miejsca na końcu wagonu.
- Dlaczego mnie uratowałeś? – zapytała kobieta.
- Co? – zdziwił się Barton.
- Dlaczego mnie tam nie zostawiłeś? – przyglądała się mu z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

sobota, 28 lutego 2015

Rozdział I



Hej. Całe to nowe opowiadanie dedykuję mojej przyjaciółce (ona będzie wiedziała), która bardzo mi pomagała w pisaniu, często też po prostu stała mi nad głową i mówiła „no dalej pisz”. Dzięki za wszystko.
Na razie nie zdradzę, o czym będzie :) Domyślicie się po przeczytaniu rozdziału. Będą się w nim pojawiały fragmenty po rosyjsku i tu z góry przepraszam wszystkich czytelników i czytelniczki znające ten język za ewentualne błędy w tłumaczeniu (i za pisanie fonetyczne), ponieważ nie znam rosyjskiego i będę używała translatora. Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony. A teraz bez dalszych wstępów, zapraszam do czytania :D

Barton, od stosunkowo krótkiego czasu, pracował dla S.H.I.E.L.D., ale był jednym z najlepszych agentów. Zdobywał kolejne poziomy najszybciej od czasów Fury’ego.
Teraz szedł korytarzem Triskelionu. Został wezwany do dyrektora. Takie wezwanie można było dostać w dwóch przypadkach: gdy się w jakiś sposób zawaliło lub gdy miałeś dostać misję specjalną. Clint nie zawodził, więc musiało chodzić o zadanie.
Zatrzymał się przed drzwiami gabinetu Fury’ego. Zapukał.
- Wejść – usłyszał głos dyrektora.
Otworzył drzwi i wszedł do środka. Było to duże, prawie puste pomieszczenie. Jedna ze ścian została oszklona. Przed nią stało biurko, przy którym siedział Fury. Na przeciwległej ścianie wisiało pięć ekranów wielkości człowieka. W pokoju było jeszcze tylko krzesło, po przeciwnej stronie biurka.
- Barton – odezwał się dyrektor, nie wstając. – Jak dobrze potrafisz strzelać?
Clinta trochę zdziwiło to pytanie. Kto, jak kto, ale Fury na pewno znał jego umiejętności. No cóż. Barton miał przy sobie łuk i strzały, bo nigdy się z nimi nie rozstawał. Wyjął jedną i, z prędkością błyskawicy, wystrzelił. Strzała wbiła się w ścianę. Fury’ego w ogóle nie zaskoczyło jego zachowanie. Wstał i podszedł do strzały.
- Nieźle. – powiedział, przyglądając się musze, która bzyczała wściekle, przyszpilona za skrzydło do ściany.
Dyrektor wziął strzałę, a uwolniony owad szybko odleciał. Fury oddał Bartonowi jego własność. Ten schował ją z powrotem do kołczanu.
- Mam dla ciebie zadanie. – powiedział ciemnoskóry mężczyzna, znów siadając za biurkiem. – Pewien były rosyjski agent, teraz działający na wolnym rynku, wykradł nam ważne informacje. To nie pierwszy raz, kiedy mamy z nim do czynienia. Wielokrotnie wysyłałem za nim naszych agentów, ale żaden nie wrócił. Ty masz go znaleźć, zlikwidować i odzyskać dane. Dasz radę?
Clint spojrzał na niego poważnie, naciągając cięciwę łuku – tym razem bez strzały.
- Chyba tak – odparł, udając, że strzela.
Fury przez chwilę milczał, szukając czegoś w komputerze. W końcu odwrócił ekran w stronę Bartona.
- Ten twój „groźny były agent”, to ona? – Clint z niedowierzaniem patrzył na zdjęcie przedstawiające młodą dziewczynę – Ona nawet nie jest dorosła.
- Ma dwadzieścia lat. – poprawił go dyrektor. – I jest jednym z najgroźniejszych najemników, z jakimi mieliśmy do tej pory do czynienia.
Barton nadal przyglądał się kobiecie o niesamowicie rudych włosach, sięgających połowy pleców i inteligentnych niebieskich oczach. Była bardzo drobna, nic dziwnego, że pomylił ją z dzieckiem.
- Mam ją zabić? – jego głos był opanowany, ale to tylko pozory, które dawno nauczył się zachowywać.
Tak naprawdę nienawidził morderstw. Choć nie tak to się nazywało. Mówili na to „likwidacja celu”. Jednak, gdy widzisz umierającego człowieka, umierającego z twojej winy, to zawsze czujesz się podle. Nie ważne, że to był terrorysta, który następnego dnia mógł wpaść na pomysł wysadzenia w powietrze szkoły pełnej dzieci. Morderstwo zostawiało ślad.
Barton, przez te lata, które przepracował w S.H.I.E.L.D. nauczył się jeszcze jednego: z rozkazami dyrektora się nie dyskutuje. Można się z nimi nie zgadzać, ale trzeba je wykonać.
- I odzyskać dane. – dodał Fury, podając Clintowi jakąś teczkę. – Tu masz wszystkie niezbędne informacje o niej, razem z przybliżonym miejscem pobytu.
Agent wziął akta.
- To akcja na terenie obcego, niezbyt do nas przyjaźnie nastawionego kraju, więc bądź dyskretny. – powiedział dyrektor.
- Tak jest. – Clint ruszył w stronę drzwi.
Już miał wychodzić, gdy zatrzymał go głos Fury’ego.
- Aha, i jeszcze jedno Barton. – mężczyzna wstał. – Nie daj się zabić.

Clint wszedł do swojego pokoju. Usiadł na krześle i rozłożył papiery na biurku. Nie było tego wiele. Dwa zdjęcia, w tym to, które pokazywał mu Fury. Kilka domniemanych kryjówek, według danych teraz udała się do Moskwy. I cała lista fałszywych nazwisk.
Mężczyzna zamknął teczkę. Musiał ruszać. Otworzył szafę, która stała w kącie, koło łóżka. Wyjął z niej torbę podróżną, w której miał spakowane wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Wziął jeszcze zapasowy kołczan z kompletem strzał i poszedł do hangaru.
Przy wejściu, jak zwykle, stało dwóch agentów. Zatrzymali go.
- Cel wejścia do hangaru? – odezwał się jeden z nich.
Clint wyjął swoją odznakę. Poziom siódmy. To otwiera wiele drzwi. Agenci natychmiast go przepuścili.
Wszedł do środka. Była to duża hala. Zaraz przy wejściu stały jety i helikoptery, nieco dalej trzy duże samoloty, za nimi znajdował się sektor z naziemnymi maszynami bojowymi. Barto minął je bez zainteresowania. Po drugiej stronie pomieszczenia były kolejne drzwi, właśnie do nich zmierzał. Otworzył je. Znalazł się w Garażu. Była to znacznie mniejsza hala, w której stały rozmaite modele samochodów, spotykane na amerykańskich drogach.
Clint doszedł do wniosku, że jet za bardzo rzucałby się w oczy, dlatego postanowił skorzystać z konwencjonalnych środków transportu. Zabukował bilet na lot o 6 rano, do lotniska nie było daleko.
Wsiadł do srebrno Subaru i opuścił bazę. Słońce właśnie wschodziło.
Kilka minut później był już na miejscu. Wysiadł z samochodu. Zostawił kluczyki na przednim kole i tak nie będzie już ich potrzebował, a za kilka godzin ktoś z agencji powinien odebrać samochód.
Szybko przeszedł odprawę, S.H.I.E.L.D. zapewniła mu wszystkie niezbędne dokumenty, i wsiadł do samolotu. Większą część lotu przespał.

***

Na lotnisku docelowym też nie miał problemów. Gdy już wziął swój bagaż i opuścił halę przylotów, przypomniał sobie o zmianie czasu. W Moskwie była trzecia w nocy następnego dnia. Przestawił zegarek. Następnie udał się do jednej ze swoich skrytek, w których trzymał broń, gotówkę i dokumenty w razie gdyby musiał szybko zniknąć. Miał wiele takich schowków, rozsianych po całym świecie.
Było zbyt wcześnie, żeby mógł gdzieś zdobyć samochód, z resztą i tak nie miał pojęcia gdzie rozpocząć poszukiwania. Moskwa to ogromne miasto. Znał tam pewnego człowieka, który mógł mu pomóc i wisiał mu przysługę. Mieszkał niedaleko lotniska, więc Barton od razu się do niego wybrał.
Zanim wszedł do kamienicy, w której mieszkał jego informator, wyjął z torby podróżnej pistolet. Wolał łuk i strzały, ale były nie poręczne w małych przestrzeniach. Ruszył na najwyższe piętro.
Zatrzymał się przed drzwiami, odbezpieczył broń, wyciągnął wolną rękę i zapukał. Usłyszał jakieś hałasy, po chwili drzwi się otworzyły. Stanął w nich niski, korpulentny mężczyzna. Spojrzał na Bartona, potem na broń, w końcu się odezwał łamaną angielszczyzną:
- Po co ci ten gnat? – zapytał.
- Ostatnio jak się z tobą widziałem, to o mało nie zginęliśmy obaj. – odparł Clint. – Wolę mieć zabezpieczenie. – opuścił broń, ale jej nie zabezpieczył.
- Gawaritie miedlienno (mów woniej), albo po rosyjsku. – odparł tamten. – Jest środek nocy i nie panimaju połowinu s tawo, szto ty gawarisz (nie rozumiem połowy, z tego, co mówisz.)
- Ty adin? (jesteś sam?) – zapytał Clint.
- Kanieczno (Oczywiście) – Barton przepchnął się obok mężczyzny i wszedł do środka.
Sprawdził wszystkie, a były tylko trzy, pomieszczenia w tym obskurnym mieszkaniu. Upewnił się, że nikogo oprócz nich tam nie ma. Gdy wrócił do salonu-sypialni, niski mężczyzna kończył zamykać drzwi. Miał tyle zamków, jakby trzymał tu jakiś skarb.
- Wszystko sprawdzone? – warknął, patrząc na Clinta.
Ten wyjął ze swojej torby jakąś teczkę, nadal nie chowając broni.
- Ty jeju znajesz?(znasz ją?) – Barton pokazał mu jakąś kartkę.
- Tak – odparł tamten po chwili. – Każdy, kto coś znaczy w tym kraju, słyszał a Cziernoj Wdawoj. (o Czarnej Wdowie)

niedziela, 22 lutego 2015

Rozwiązanie Konkursu

Hej. Dziś urodziny bloga, więc konkurs został zakończony.
Wygrała Bianka Langmesser. Gratuluję :)
Drugie miejsce miała Fasola .
Ok, a oto dwa najlepsze opowiadania.

Najpierw pierwsze miejsce:


Autor: Bianka Langmesser
Tytuł: Kolejne zwycięstwo Hydry 
Wykorzystani bohaterowie: James „Bucky” Barnes, Brock Rumlow, Jack Rollins, OFC- Drew, 
Krótki opis: Każdego roku w Gävle w Szwecji budowana jest gigantyczna słomiana koza. Czyli o tym, dlaczego picie zostało zakazane na misjach Hydry.
  
Członkowie zespołu wydają się być bardzo zainteresowani kozłem.
  Są w Gävle, w Szwecji. Celem był gościnnie wykładający w Gävle University College profesor, którego badania stały się przyczyną wielu problemów Hydry. Żołnierz nie wiedział, czym są te problemy. Jedyną rzeczą, o której powinien wiedzieć, było to, jak sprawnie i cicho je rozwiązać.
 Są w vanie, jadąc na teren odprawy- Slottstorget, Plac Zamkowy, kiedy pierwszy raz widzą kozę. To nie jest prawdziwe zwierzę; Żołnierz nie jest pewien, czy kiedykolwiek widział prawdziwą kozę, ale poznaje jej kształt, więc albo widział kiedyś kozę i zapomniał o tym, albo wszczepiono mu tą wiedzę. To jednak wydawało mu się mało prawdopodobne. Zwierze nie było celem, więc dlaczego mieliby zaprzątać mu tym głowę? To nie mieściło się w parametrach misji.
 Koza mierzy niemal dwanaście metrów wysokości i jest wykonana ze słomy. Grube wstęgi zostały zawiązane wokół jej kończyn, tułowia oraz rogów. Żołnierz stara się zrozumieć zainteresowanie słomianym zwierzęciem, ale nie widzi się w niej żadnego zastosowania, więc przekierowuje swoje myśli z powrotem do misji. Koza nie była jego misją.
- Co u diabła?- mówi Rumlow.
- To- zaczyna Rollins- jest wielka koza.
  Żołnierz myśli, że to stwierdzenie było oczywiste, ale to nie należało do jego rozkazów, nie miał zaprzątać głowy niepotrzebnymi myślami. Agenci mogli jednak myśleć swobodnie. Są przecież o wiele mądrzejsi od niego i wszystko o czym mówią, musi mieć jakiś sens, więc Żołnierz słucha w milczeniu, starając się go dostrzec.
-To wygląda jak jakiś cholerny ołtarz…- Rumlow spogląda w stronę oddalającego się zwierzęcia. -Uważaj na siebie, Rollins. Mogą poszukiwać dziewic do złożenia w ofierze…- przerwa, gdy ten uderza go w ramię.
  Żołnierz chce zareagować. Rumlow jest dowódcą, a także jego bezpośrednim przełożonym i nikt nie mógł mu zaszkodzić, ale zaśmiał się, a atak się nie powtórzył. Poza tym, kiedy Żołnierz ostatnim razem uderzył agenta bez wyraźnego pozwolenia, został ukarany. Pamiętał to doskonale, bo chcieli by to zapamiętał. Pozostaje więc na swoim miejscu.
  -To świąteczny kozioł- mówi agentka siedząca obok Żołnierza, a on jest niemal pewien, że nazywa się Drew1. -To ich tradycja adwentowa- jej głos jest ochrypły, a twarz zaczerwieniona. Żołnierz wie, że jest poważnie chora, ale nie obchodzi go to, póki nie zagraża to powodzeniu misji.
 -Jak nasze renifery?- pyta Rollins.
  Żołnierz unosi lekko brwi. Nie wie czym mógłby być renifer.
  Kobieta wzrusza ramionami, wycierając nos w kolorowy materiał.
 - Stawiają tą kozę w każde święta. To ich Bożonarodzeniowa tradycja od lat sześćdziesiątych.
  Boże Narodzenie. Brzmi znajomo, ale wspomnienia są niewyraźne i zagłuszone, jakby był pod wodą. Żołnierz wie to, bo miał kiedyś misję, która wymagała od niego przebywania pod wodą przez dłuższy czas. Ośmiornica owinęła się wtedy wokół jego metalowego ramienia. Nie pamiętał, co stało się z ośmiornicą. Być może zniknęła z jego pamięci razem z reniferem.
 - Została spalona ponad dwadzieścia cztery razy- Drew kontynuuje. -To zabawne. Jestem jedyną osobą, która czyta o miejscach, w które nas wysyłają?
 -Skądże- rzuca Rumlow. -Dokładanie zapoznałem się z listą lokalnych barów”
  Drew wzdycha ciężko, a potem zaczyna kichać.
* * *
  Po zakończeniu misji udają się do baru. Żołnierz musi zapiąć płaszcz wysoko i schować metalowe ramię głęboko w kieszeni tak, jak kazał dowódca Rumlow.
  Wewnątrz lokalu jest ciemno, duszno i głośno przez gwar rozmów i dudniącej muzyki. Żołnierz siedzi obok Drew i patrzy jak inni członowe zespołu piją kolejne butelki ciemnego płynu. Muszą być bardzo spragnieni. Kobieta ma przed sobą tylko jeden kieliszek, w który wpatruje się podczas przeklinania na mężczyzn, a po chwili wstaje i wychodzi, mówiąc, że musi pójść do toalety. Żołnierz odprowadza ją wzrokiem, aż czuje lekki uścisk na jego udzie, więc posłusznie podnosi głowę i spogląda na pochylonego w jego stronę Rumlowa.
  -Dalej, spróbuj- mówi, a jego wymowa i rytm słów wydaje się dziwnie miękki. -Byłeś dzisiaj dobry, Zima, zasłużyłeś na to.
 Coś drga w piersi Żołnierza. Nie jest pewien, czy czuje to przez pochwałę, czy przez miękki, bezbolesny dotyk, którym rzadko go obdarzano. Kieliszek zawiera niewiele więcej niż łyk przezroczystego płynu, ale efekt jest znacznie silniejszy. Jest gorzki i sprawia, że przełyk i gardło wydają się być trawione przez ogień, a skóra twarzy się zaczerwienia. Przez chwilę obawia się, że ktoś chciał otruć Drew, ale sądząc po reakcji dowódcy, nie było to nic poważnego.
 Rumlow odwraca się powrotem w stronę Rollinsa. Żołnierz wpatruje się w blat, ciepło napoju powoli zanika, a on słucha ich rozmowy. Rozmawiają o łuku.
 Często podczas misji posiada przy sobie pokaźny zestaw broni białych, na wypadek awarii karabinu lub komplikacji, które nie pozwalają na jego użycie. Widocznie ta misja nie była inna, chociaż nigdy prędzej łuk nie był jedną z broni rezerwowych. Chociaż wie jak z niego korzystać, to łuk wydawał mu się bardzo niepraktyczny.
   -Strzelisz sobie w cholerną stopę- mówi Rollins. -Nie masz zielonego pojęcia o łucznictwie.
  -Wiem jak trzymać łuk- Rumlow parska w odpowiedzi. Ciężar jego ciała oparty jest na ramieniu Rollinsa, a Żołnierz zauważa wyraźny związek między wypitą przez dowódcę ilością ciemnego płynu, a częstotliwością jego kontaktu fizycznego.
  -Gdzie do cholery jest mój drink?- chrypi Drew, siadając powrotem na swoim miejscu. -Który z was, dupki, wziął moją tequilę?
  -Hej- sarka Rollins. -Obwiniaj aktywa.
  Drew spogląda na Żołnierza, a jej oczy powoli się rozszerzają.
  -Daliście mu alkohol?! Chcesz umrzeć, do cholery?- odwraca się w stronę dowódcy.
  -Wyglądał na spragnionego- odpowiada miękko, a jego twarz jest zaczerwieniona. -Okej, w porządku, racja. Ale- mówi dalej - ale mam plan! Spokojnie, nie będziesz żałować…- mruży oczy i przygląda się jej uwarzenie, po czym- nie zmieniając miny- powoli i chwiejnie wstaje, utrzymując z nią kontakt wzrokowy.
 * * *
  Dowódca wraca do vana, trzymając w dłoniach kilka kolorowych pakunków.
 -Absolutnie nie- sarka Drew, gdy paczka zostaje rzucona na jej kolana. Łapie ją w dłoń i odrzuca powrotem, trafiając w plecy dowódcy i wychodzi z auta, mówiąc, że nie zamierza brać udziału w tej szopce.
- Gdzie twoja świąteczna radość?- woła Rollins.
-Tam gdzie wasza godność- burczy w odpowiedzi i zatrzaskuje drzwi.
 * * *
  Mówią mu, że jest elfem. Żołnierz nie wie, czym jest elf. Najwyraźniej elfy noszą zbyt duże buty, które zawijają się na końcach i szpiczaste kapelusze.
  Kostium dowódcy jest brązowy z czerwoną muszką zawiązaną pod brodą i dużymi, zielonymi guzikami na przedzie. Są też białe akcenty wokół szyi, nadgarstków i kostek, a na jego głowie znajduję się brązowa, przylegająca czapka, którą zapiął pod brodą.    Śmieje się i nalega na sfotografowanie Żołnierza jego telefonem.
 Przebranie Rollinsa jest czerwone z długą, siwą brodą przyczepioną do czerwonej czapki z białym pomponem.
  Kiedy wychodzą z vana, Drew niemal zakrztusza się dymem z palnego papierosa.
  -Czy on..? Nie.. Kiedy Pierce to zobaczy… Nie chcę mieć z tym nic wspólnego, zrozumiałeś?- spogląda na Rumlowa i wyrzuca niedopałek na ulicę, zgniatając go stopą.
  -Daj spokój. Miałaś być Rudolfem! Nie musisz mieć nawet fałszywego nosa! Daj…- nie kończy, ponieważ pięść Drew, wbita w jego brzuch, pozbawia go tchu.
 Kobieta ściska Żołnierza za jego prawe ramię i odwraca się w stronę Rollinsa.
-Zabieram go powrotem do hotelu, zrozumiano? Jeśli wy, idioci, chcecie zostać aresztowani za zakłócanie porządku i wandalizm, to świetnie, ale on nie będzie brał udziału w waszych głupich zabawach. Jeśli Pierce by się dowiedział to wszyscy bylibyśmy martwi. Idziemy, Zima.
 Odchodzi kilka kroków, ale Żołnierz nadal pozostaje w miejscu. Dowódca nie zezwolił na odejście.
 -Żołnierzu- mówi ponownie, a on spogląda najpierw na nią, a później na Rumlowa, który podchodzi i opiera się o niego.
 -Widzisz? Winnie lubi mnie bardziej- chichocze, owijając rękę wokół metalowego ramienia, ale po chwili puszcza je, sycząc na niską temperaturę protezy.
 Kobieta wzdycha ciężko, ale unosi ręce w geście poddania.
-Nie chce mieć z tym nic wspólnego- powtarza. -Róbcie co chcecie. Dobranoc.
* * *
  Są w połowie drogi powrotnej do baru, gdy po raz kolejny widzą kozę.
  -Koza- Rollins kręci głową. -Co kozy mają wspólnego z Bożym Narodzeniem? Renifery! To już zupełnie co innego.
  -Drew mówiła, że ile razy została spalona?- pyta Rumlow. Idzie oparty o bok Żołnierza, a jego twarz nadal jest bardzo zaczerwieniona. Żołnierz zastanawia się, czy dowódca nie złapał choroby od kobiety.
 -Przez te wszystkie lata? Z jakieś dwadzieścia?
Rumlow przystaje, kołysząc się lekko na nogach. -Więc zróbmy to dwudziesty pierwszy raz!
 Nie zdejmują kostiumów, kiedy zdobywają łuk i strzały. Przez chwile Żołnierz martwi się, że jest to ogromnym błędem taktycznym, ale przecież dowódca nie zrobiłby tak kardynalnego błędu. Przebrania są tak jaskrawe i widoczne, że odwrócą uwagę, bo przecież nikt nie byłby tak głupi, by dokonywać przestępstwa w takim stroju. Plan jest oszałamiający w swojej prostocie!
 Koza i ogrodzenie są mocno oświetlone oraz obstawione kamerami ze wszystkich stron. Przeszkody są jednak niczym dla pomysłowości dowódcy, bo dzięki łukowi będą poza obrębem widoczności kamer, a strzała bez problemu przeleci ponad ogrodzeniem. Żołnierz sądzi, że to najprostsza misja na jaką go wysłano.
 -Spudłujesz- mówi Rollins, gdy dowódca wyciąga strzałę. -Albo kogoś zabijesz, na przykład siebie. Zepsujesz to. Daj to Hermiemu2.
 -Nazywa się Winnie- protestuje. -To był mój plan, wiec ja to zrobię. Nawet nie wiesz do czego jestem zdolny, Jack. Nawet masz pojęcia…- mówi, próbując zapalić zapałkę chwiejnymi palcami. -Stul pysk i rozpal to cholerstwo…
  Ani Rumlow, ani Rollins nie są w stanie rozpalić ognia. Żołnierz sądzi, że może być to spowodowane zimnem, ale kiedy w końcu udaje im się podpalić zawiązany wokół grotu kawałek materiału, dowódca oddala się i próbuje znaleźć dogodną pozycję do strzału.
  Gdy tylko strzała wija się w bok kozła, płomienie zaczynają się rozprzestrzeniać. Żołnierz nie pamięta, by kiedykolwiek widział tak szybko rozrastający się ogień.
  -Cholera- mówi Rumlow. Mówi to bardzo głośno. Tak, że niektórzy z nielicznych ludzi na placu zwracają się w ich stronę, gdy płomienie zaczynają trawić głowę kozła.
  Żołnierz czeka kilka sekund, a gdy Rumlow i Rollins nie zaczynają uciekać na własną rękę, chwyta ich za ramiona i zaczyna ciągnąć w stronę jednej z uliczek. Dowódca protestuje, mówiąc, że ma się nie martwić, bo Człowiek- Piernik nie może został złapany, ale Żołnierz nie rozumie kodu, którym się posługuje, więc nie przestaje się wycofywać. Ma bezpośrednie rozkazy dotyczące utrzymania dowódcy w bezpieczeństwie tak długo, aż nie będzie to kolidować z powodzeniem misji.
 Gdy jest pewien, że mógłby zgubić potencjalny pościg, puszcza ramiona obu mężczyzn i zaczyna pozbywać się dowodów.
 Rumlow nie wygląda na zadowolonego. -Ale mieliśmy dostać darmowe zdjęcia!- protestuje.
 -Kłuda- mówi Rollins. -Przez twój cholerny plan odmrożę sobie jaja, jeśli zaraz nie dostaniemy się z powrotem do hotelu.
 Dowódca chce jeszcze zaprotestować, ale Rollins szarpie go za ramię i wyprowadza z uliczki, więc milczy.
 * * *
 Kiedy wracają do hotelu, Drew śpi na łóżku zawinięta w kilka kocy, więc Rumlow potrząsa jej ramieniem, próbując ją obudzić. -Drew! Drew! Musisz usłyszeć co my…
  -Zamknij gębę- warczy, nie otwierając nawet oczu i naciąga jeden z kocy na głowę.
  -Ale my..
  -Zamknij się, bo odstrzelę ci łeb.
   Po tym jak Rumlow przestaje próbować obudzić Drew, on i Rollins zajmują przeciwne łóżko, karząc Żołnierzowi położyć się na materacu obok kobiety. Nie może zasnąć bez pomocy środków chemicznych, ale posłusznie wykonuje polecenie. Nie powiedziano mu, że ma zdjąć buty, więc pozostawia je w przypadku potrzeby nagłej ucieczki.
 Rumlow włącza telewizor i przerzuca kolejne kanały. Wszystkie są w języku szwedzkim, w którym nie mówi nikt w pokoju, ale znajduje stację, która zdaje się omawiać sprawę kozy. Reporter mówi do kamery na tle tlących się pozostałości słomy. Rumlow wybucha śmiechem, a po chwili dołączył do niego Rollisns.
 -Hail HYDRA!- mówi Rumlow.
 -Hail Hydra!
  Żołnierz uśmiecha się lekko.
  Kolejne zwycięstwo Hydry.
___________ 
1Meriem Drew to jeden z pseudonimów Madame Hydry 
2 Elf z Rudolfa Czerwononosego



A teraz drugie miejsce:


Autor: Fasola 
Tytuł: Misja w Azji

Clint siedział w swoim mieszkaniu położonym w lesie pod Nowym Jorkiem. Nadal nie mógł pogodzić się z faktem, że nie ma S.H.I.E.L.D.. To dzięki tej organizacji mógł zakończyć życie złodzieja. Mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że tak właściwie żył dla misji stawianych przez S.H.I.E.L.D.. Nie miał żadnych przyjaciół oprócz tej organizacji, która dawała mu namiastkę rodziny. Dość patologicznej ale rodziny. Tak było, aż do czasu, kiedy "poznał" Czarną Wdowę. Na początku go nienawidziła (co było zrozumiałe zważywszy na sytuacje, w której się poznali), ale szybko się do niego przekonała. Teraz była mu najbliższą osobą. Jedyną osobą, z którą mógł porozmawiać o wszystkim. O ile o wszystkim rozmawiały kiedykolwiek osoby tak skryte jak Clint i Natasha. Wyszedł na mały ganek. Rozejrzał się po otaczającym jego dom lesie. Właśnie wrócił z misji w Azji. Miał zlikwidować byłego członka Hydry.
         <Fury nie byłby zadowolony >pomyślał <Właściwie to wpadłby w furię> uśmiechnął się  z gry słów, ale zaraz spoważniał To była kolejna rzecz, z którą nie mógł się pogodzić. Fury wydawał mu się niezniszczalny, był osobą, którą brał za pewnik nawet, gdyby świat się walił. Chciałby teraz porozmawiać z Natashą. Ale odkąd wrócił nie mógł się z nią skontaktować. Nie wiedział, gdzie jest choć wcale go to nie dziwiło.
                                                                 ~      ~       ~
Po powrocie pojechał do domu Wdowy, ale jej nie zastał. W mieszkaniu panował idealny porządek. Czekał dwie godziny, potem zasnął na kanapie. Obudził się nad ranem. Wtedy dopiero zauważył, że na parapecie stoi kaktus. Natasha nie hodowała roślin, bo nie miała czasu się nimi zajmować. Kiedy przyjrzał się dokładniej roślinie, zobaczył, że od spodu doniczki jest przyczepiona kartka.
„Clint, nie szukaj mnie. Muszę zmienić tożsamość i ukryć na jakiś czas. Skontaktuje się z tobą."
Ta notatka trochę go uspokoiła. Nic jej się nie stało, zresztą Hawkeye wiedział, że Czarna Wdowa potrafi o siebie zadbać. Wrócił więc do domu.
                                                                 ~      ~       ~
<Powinienem znaleźć jakąś pracę i przykrywkę > pomyślał
Ale najpierw postanowił zrobić coś innego. Dokończyć misję, którą dostał od Fury'ego. W ten sposób chciał uczcić pamięć człowieka, który wyciągnął go z niezłego bagna i dał szansę na „normalne" życie.
Zaczął zbierać swoje rzeczy. Już miał wychodzić, kiedy pomyślał o Natashy. Zwykle w takich sytuacjach kontaktowali się przez S.H.I.E.L.D., ale teraz, gdy organizacja upadła, a Fury nie żył, mogli zacząć się mijać. Zaznaczył więc na kalendarzu dzisiejszą datę, a koło niej zapisał: „Jadę dokończyć misję od Fury'ego. zajmie mi to około półtora miesiąca. Spotkajmy się tam, gdzie zwykle, wtedy kiedy zwykle.” Na pierwszy rzut oka wiadomość nie miała sensu, ale Clint wiedział, że Natasha od razu ją zrozumie. Wyszedł z domu i pojechał na lotnisko. Teraz będzie mu trochę trudniej zlokalizować cel bez pomocy S.H.I.E.L.D., ale lubił wyzwania.
                                      *        *           *             
Wylądował w Tokio. Było to już czwarte miasto, do którego zawitał. Poszukiwanie nowych tropów przychodziło mu nadzwyczaj łatwo. Wręcz Podejrzanie łatwo. W ciągu zaledwie sześciu dni był w dwóch krajach. Skierował się do hotelu. Zameldował się i poszedł na spotkanie ze swoim informatorem. Parę osób „wisiało” mu przysługi, jeszcze z czasów jego przestępczego życia, więc teraz sobie te przysługi odbierał w postaci informacji. Ludzie, z którymi miał się dzisiaj spotkać byli naprawdę niebezpieczni, dlatego Clint postanowił spakować łuk do torby. Sprawdził wszystkie strzały i wyszedł z hotelu. Poszedł w umówione miejsce. Czekał trzy godziny, ale nikt się nie zjawił. Telefon też milczał. Barton wrócił do hotelu i z irytacją rzucił torbę na łóżko. usiadł na nim. W tym Momocie usłyszał huk. Dookoła zrobiło się ciemno.
*       *        *
  Natasha przekręciła klucz w zamku i weszła do środka. Z westchnieniem usiadła na kanapie, na której spędziła tyle wieczorów oglądając telewizje lub rozmawiając z Clintem. Brak zielonego jeepa przed domem oraz odcięty dopływ prądu świadczył o tym, że właściciel wyjechał na dłużej. Poszła do kuchni po szklankę wody. Na blacie stołu zobaczyła kartkę, którą zostawiła pod doniczką kaktusa. Spojrzała na kalendarz. Przeczytała notatkę i znowu westchnęła. Wyjechał tydzień  temu. Wdowa próbowała sobie przypomnieć, kiedy się widzieli po raz ostatni.
<Kiedy go odprowadzałam do helikoptera przed misja w Azji. Przed ujawnieniem się Hydry i upadkiem S.H.I.E.L.D.. >pomyślała, bezwiednie dotykając wisiorka w kształcie strzały, który dostała od Clinta przed odlotem.
- Boże ty mój… To było dwa miesiące temu…- powiedziała do siebie
Z westchnieniem wyszła z domu. Zamknęła go na klucz i odjechała. Jadąc w kierunku Nowego Jorku czuła dziwny niepokój. Miała przeczucie, że coś nie gra. wzruszyła ramionami.
<Clint potrafi o siebie zadbać > pomyślała
*       *        *
Barton obudził się z okropnym bólem głowy. Siedział na krześle. Nadgarstki i kostki miał unieruchomione. Czuł, że po czole spływa mu krew. Zamknął mocno oczy próbując opanować odruch wymiotny. Pomieszczenie, w którym się znajdował wirowało. Dopiero kiedy poruszył brwiami poczuł, że krew sączy się z rany, w której coś tkwiło.
<Co się stało> pomyślał
Ostatnią rzeczą jaką pamiętał było lądowanie w Pekinie. Ale wiedział, że to się nie zgadza. Powinien pamiętać co stało się potem. Clint wiedział, ze to coś ważnego. powoli opanował zawroty głowy.
-Ocknąłeś się w końcu?- warknął jakiś mężczyzna
- Kim jesteś?- zapytał Hawkeye
-Ja tu jestem od zadawania pytań! Co robiłeś w Tokio?- spytał tamten
-W Tokio?- Clint kompletnie nie wiedział o co chodzi mężczyźnie w czarnej koszuli, z blizną biegnącą od prawego policzka do  ucha.
-Nie rób ze mnie idioty! Czemu szukasz Riversa?
-Spokojnie! Uspokój się Henry!- krzyknął drugi mężczyzna wyższy od Henrego, który właśnie wszedł do pomieszczenia, na widok podniesionej ręki tamtego- Nie widzisz, że jest kompletnie skołowany?- stanął przed Clintem i nachylił się tak, by ich czy znalazły się na jednym poziomie- Ojojoj, coś ci się wbiło w czoło. Wyjmę to, jeśli powiesz nam co robiłeś w Tokio?
-Nie pamiętam, a nawet jeśli bym pamiętał to Hydrze i tak nie będę pomagał- odpowiedział Barton
-Bardzo mi z tego powodu przykro… Ale nie wierzę ci, wiesz miałem nadzieję na współpracę. Ale jak nie to nie… Spróbujemy inaczej.- odparł drugi mężczyzna- Przytrzymaj mu głowę.
Ten z blizną chwycił Hawkeya za głowę.
-Dla kogo teraz pracujesz?- zapytał wyższy z mężczyzn- Lepiej powiedz nam teraz, albo zobaczymy ile jesteś w stanie wytrzymać…
To powiedziawszy chwycił za odłamek w czole Bartona, ale zamiast go wyciągnąć, po prostu pociągnął go w dół pogłębiając rozcięcie i wydłużając ranę aż do brwi. Clint skrzywił się z bólu                i zacisnął zęby. Na podłogę spadł kawałek metalu.
-I co? Podobało się? To dopiero początek- mężczyzna z blizną wyszczerzył zęby w okropnym uśmiechu i uderzył Bartona w żołądek.
                                      *        *        *
Natasha wciąż z uczuciem niepokoju wróciła do swojego domu w Nowym Jorku. Miała tu jeszcze parę spraw do załatwienia zanim wróci do Detroit. Po pierwsze chciała się rozeznać w sytuacji S.H.I.E.L.D.                                                                                         
i Avengersów. Postanowiła odwiedzić Starka. Kiedy weszła do jego biura w Stark Tower dowiedziała się, że: „Pan Stark i Panna Potts są na wakacjach na Karaibach i nie zostawili żadnych informacji o tym kiedy wrócą.”. Bannera też nie było i nikt nie wiedział, gdzie ukrywa się doktor. Natasha podejrzewała, że gdyby był tu Tony pewnie wiedziałby, gdzie jest Bruce, a tak... Cóż. Thor ciągle siedzi w Nowym Meksyku z Jane, a Kapitan pewnie szuka informacji o Buckym. Innymi słowy Avengersów nie ma. Tak jakby nigdy ich nie było. Natasha zaczęła się poważnie zastanawiać, czy Coulson i Fury nie dokonali cudu łącząc ich w drużynę. Prawie do żadnego z nich nie można się było dodzwonić jak do normalnego człowieka. Choć w sumie to żadne z nich nie było normalne.
Co do S.H.I.E.L.D. to sprawa również nie była prosta. Wszyscy agenci rozpłynęli się w powietrzu. Prawie dosłownie. Wdowie nie udało się z nikim skontaktować ani w Detroit ani w Nowym Jorku. Fury wyjechał do Europy, ale nie zostawił żadnych wskazówek, gdzie przebywa, ani jak się z nim skontaktować. Były dyrektor umarł dla wszystkich. Co do samej agencji Romanoff nie wierzyła, by
kompletnie się rozpadła. Była na to zbyt potężna. Poza tym świat potrzebował ochrony. Chociażby przed Hydrą. Potrzebował tarczy. Ale po zdemaskowaniu zrozumiałe było, że odbudowa i werbowanie nowych i starych agentów, odbywa się po cichu i całkowicie tajnie. Natashy nie dziwił również fakt, że do tej pory jej nie znaleźli. Starała się dobrze zacierać ślady. A to oznaczało, że nawet S.H.I.E.L.D. będzie miało trudności, by ją znaleźć. Zastanawiał ją tylko mały szczegół. Kto odbuduje organizację skoro Fury jest „Martwy” ?
Jednak  mimo dość długiego pobytu w Nowym Jorku nie znalazła odpowiedzi na żadne z pytań, więc wróciła do Detroit. Natsaha była zła na Clinta, że nie poczekał z wyjazdem. Mogliby razem poszukać    S.H.I.E.L.D.. Teraz musiała radzić sobie sama.
                                      *        *        *
Clint odzyskiwał przytomność w celi. Przez maleńkie zakratowane okienko wpadało czerwone światło.
<Nareszcie parę godzin spokoju> pomyślał < Oczywiście o ile nie wpadną na „genialnypomysł, by pozbawić mnie snu.>
Wziął gwałtowny wdech, kiedy przetoczył się na poranione plecy. Minął już tydzień od wybuchu w hotelu. Pamięć całkowicie wróciła mu tydzień temu podczas przesłuchania.
                            ~       ~       ~
-Dla kogo pracujesz?- zapytał Mężczyzna z blizną
-Przecież wiecie, że dla S.H.I.E.L.D. po co pytacie?
-Myślisz, że taki sprytny jesteś? Hydra zniszczyła tą twoją głupią organizację!- warknął drugi mężczyzna, który wydawał się być tu szefem- Dobra kończ Henry idziemy na zebranie- powiedział
i wyszedł.
Metalowy pręt spadł na kark Hawkeya.
-Lepiej żebyś jutro wszystko pamiętał!- Henry chwycił za kajdanki i zaciągnął Clinta do celi. Tamtej nocy Barton długo nie mógł zasnąć. Zaczynał sobie przypominać co stało się przed wybuchem. Powrót do Nowego Jorku, wiadomość o śmierci Fury'ego. Lecz najbardziej bolesne było uświadomienie sobie, że skoro Fury nie żył, a  S.H.I.E.L.D.  upadło to może teraz liczyć tylko na siebie. I na Natashe. Ale ona może zacząć coś podejrzewać najwcześniej za miesiąc... Ta perspektywa nie za bardzo mu się podobała, ale nic mu nie pozostało prócz czekania, aż Wdowa zacznie się martwić.
                                      ~       ~       ~
Drzwi do celi otworzyły się z hukiem.
-Wstawaj!- wrzasnął Henry
Clint zmarszczył brwi.
<Dzisiejsze zebranie było krótsze niż poprzednie... > Pomyślał wstając, bo opór na niewiele się zdawał, a fizycznie był coraz słabszy przez głodzenie i ciągłe bicie.
-Dzisiaj wszystko nam wyśpiewasz- zaśmiał się Henry
Hawkeye nic nie odpowiedział. Po kilku dniach przestał się odzywać. Do nich i tak nie docierało, że pracuje sam i nie wie kto (o ile w ogóle) dowodzi teraz  S.H.I.E.L.D., więc po co miałby się wysilać. Stwierdził że i tak nie kupią jego wersji. Henry wprowadził Clinta do sali przesłuchań i zamknął drzwi.
-Witaj agencie Barton, mam nadzieję, że mi pomożesz, a tym samym pomożesz sam sobie.-głos był znajomy.
Hawkeye powoli się odwrócił. Za nim stał mężczyzna ubrany w garnitur. Osłupiał.
-Musisz mi powiedzieć jak działa  włócznia Lokiego i w jakim stopniu przejmuje kontrole nad człowiekiem.
-Co?! Pracujesz dla Hydry?!- Hawkeye był kompletnie wyprowadzony z równowagi -Nie. Kim ty jesteś? Coulson nie żyje!  
-Przecież żyje, nie widzisz?- mężczyzna uśmiechnął się do niego
-Nieprawda! Nigdy nie przeszedłbyś na stronę Hydry!
-Uspokój się. Hydra chce tego samego co S.H.I.E.L.D., więc pomóż mi i sobie. Możesz pracować dla Hydry, będziesz miał większą swobodę. Powiedz jak działa włócznia, a stąd wyjdziesz.
-Nie, nie jesteś Coulsonem. Poza tym nawet, gdybym chciał i tak nie wiem jak działa włócznia- Clint
trochę minął się z prawdą
-W takim razie przykro mi, ale teraz nie ze mną będziesz rozmawiał. Pamiętaj, że zawsze możesz to przerwać, wystarczy, ze wybierzesz właściwie.- powiedział mężczyzna przechylając głowę
-Już wybrałem- odparł Barton
-Wybrałeś cień dawnej, słabej organizacji, ale zawsze możesz zmienić zdanie- Coulson minął go i otworzył drzwi- Henry, ja już skończyłem na dzisiaj. Jest twój- powiedział wychodząc na korytarz
                                               *        *        *


 Gratuluję, oba opowiadania są świetne. Za tydzień pojawi się moje nowe opowiadanie :)