sobota, 2 maja 2015

Rozdział II



Witajcie po tej dłuższej przerwie. Cały zeszły weekend spędziłam w Poznaniu na Pyrkonie, dlatego nie było rozdziału. Świetna impreza, polecam każdemu, kto się interesuje taką tematyką. :) A teraz zapraszam na drugi rozdział.

Tony w ostatniej chwili zrobił unik, przed atakującym go bogiem piorunów. Thor minął go dosłownie o włos.
„Co jest, kurde?” pomyślał Stark. „Co mu odbiło? Dlaczego mnie atakuje?”
W tym momencie poczuł mocne szarpnięcie w bok.
- Co jest?! – krzyknął i zobaczył piorun przeszywający powietrze w miejscu, w którym przed chwilą był. – Dzięki, Sokole. – powiedział, patrząc na mężczyznę, który właśnie uratował mu życie.
Ten tylko się uśmiechnął i zaczął spadać.
„Co znowu?”  przemknął Starkowi przez głowę, gdy zanurkował za przyjacielem.
Udało mu się go złapać tuż nad dachem AvengersTower i spowolnić jego upadek na tyle, że mężczyźnie nic się nie stało, gdy opadł na dach. Iron Man wylądował obok niego.
- Co się stało? – to pytanie skierował bardziej do J.A.R.V.I.S.a, niż Sokoła, który ociężale podniósł się do pozycji siedzącej, ale wydawał się jakiś nieobecny.
W tym momencie drzwi windy otworzyły się i na dach weszli: Czarna Wdowa i Kapitan Ameryka. Steve w jednej chwili znalazł się obok Tony’ego i Sama, chroniąc ich przed kolejnym piorunem. Thor nie dawał za wygraną.
- Czym go tak wkurzyłeś? – zapytał Kapitan, nie odwracając się do Starka, bo cały czas wypatrywał kolejnego ataku.
- Czemu zakładasz, że to moja wina? – odparł tamten.
W tym momencie podeszła do nich Natasha.
- On jest kompletnie pijany. – rzuciła, patrząc na Sokoła.
Zanim zdążyła dodać cokolwiek więcej, Thor wylądował na dachu, kilka metrów od nich. Wdowa pomogła wstać Sokołowi i teraz cała czwórka stała obok siebie, naprzeciwko wściekłego Gromowładnego.
- Stark, zapłacisz mi za to, co zrobiłeś! – zagrzmiał.
- Nie twoja wina? – zapytał Steve na tyle cicho, że Thor nie mógł go usłyszeć.
- A co zrobiłem? – Tony, całkowicie ignorując Kapitana, zwrócił się do Gromowładnego.
I to był błąd. Thor rzucił w niego Mjolnirem. Stark nie zdążył się odsunąć, czy chociażby zasłonić. Młot trafił go prosto w reaktor łukowy. Siła uderzenia odrzuciła go kilka metrów w tył. Tera cieszył się, że zamontował barierki na brzegu tarasu, bo zatrzymał się na jednej z nich unikając nieprzyjemnego upadku.
Thor przywołał młot i ruszył stronę Starka, który właśnie się podnosił, ale drogę zastąpił mu Kapitan.
- Nie wiem co się stało, ale nie chcemy z tobą walczyć. – powiedział, Gromowładny zatrzymał się na chwilę i spojrzał na niego. – Jesteśmy przyjaciółmi. Jeśli nam wyjaśnisz…
Ale Thor już go nie słuchał, ominął go i ruszył w stronę Tony’ego, który właśnie wstał na nogi.
- Skoro chcesz mnie zabić, to chociaż powiedz mi dlaczego? – odezwał się Iron Man, ale Gromowładny nie zwrócił na to uwagi, tylko ponownie zaatakował.
Tony wzbił się w powietrze.
- Nie chcę z tobą walczyć. – odezwał się.
Gromowładny ruszył za nim w pościg.
- Walcz o swe życie, Stark! – zagrzmiał.
Tony uciekał, unikając co chwilę błyskawic. Nie miał zamiaru odpowiadać na ataki, Thor był częścią jego drużyny i Stark chciał się za wszelką cenę dowiedzieć, dlaczego mu odbiło, a atakowanie go na pewno by w tym nie pomogło. Gromowładny tylko jeszcze bardziej by się rozzłościł.
Iron Man zrobił gwałtowny zwrot. Thor, który leciał szybciej od niego (Tony nie rozwinął maksymalnej prędkości) potrzebował kilku dodatkowych metrów, aby zawrócić. Stark, korzystając z okazji, spróbował ponownie dowiedzieć się, o co ta cała awantura.
- Co ja ci zrobiłem? – zapytał. – Cały czas siedziałem w warsztacie.
- Nie kłam, Stark! – ryknął Gromowładny i wystrzelił w jego stronę piorun.
Tony nie zdążył zrobić uniku, siła uderzenia pchnęła go wprost na jeden z pobliskich budynków. Szyba, w którą trafił, roztrzaskała się na drobne kawałki i posypała w dół na ulicę. Ludzie, którzy byli na dole, rozbiegli się w panice.
„Jak ja kocham, to, że to miasto nigdy nie śpi.” pomyślał ironicznie Tony i postanowił odciągnąć boga piorunów z powrotem nad AvengersTower, gdzie nie będzie stanowił zagrożenia dla cywili.
Wygrzebał się z odłamków szkła i znów wzbił w powietrze.

Kapitan próbował porozmawiać z Thorem, a Wdowa w tym czasie odprowadziła Sama do windy. Wsadziła go do środka, mężczyzna nie był w stanie nawet sam ustać na nogach.
- Mam nadzieję, że jakoś dotrzesz do swojej sypialni. – rzuciła, wciskając odpowiedni guzik.
Drzwi się zamknęły i winda ruszyła, a Wdowa podeszła do Kapitana.
Teraz tylko oni pozostali na dachu.
- Masz pojęcie, o co tu chodzi? – zapytał Steve.
- Takie jak ty. – mruknęła kobieta. – Tony wywalił mnie z łóżka w środku nocy, a teraz gania się z Thorem po Manhattanie.
- Obudził cię? – zdziwił się Kapitan, który miał na sobie spodnie od dresu i T-shirt (gdy Stark ich wezwał, nie miał czasu się przebrać, chwycił więc tylko tarczę i ruszył na dach.), patrząc na Wdowę ubraną w pełen kostium, teraz już bez logo S.H.I.E.L.D., a za to z logo Avengers.
- Szybko się przebieram – rzuciła tylko, wiedząc, że nie może powiedzieć mu prawdy.
A prawda była taka, że tuż po „spotkaniu” dostała wiadomość od Coulsona i musiała się z nim spotkać. Jakieś tam sprawy organizacyjne odnośnie, prawie już wdrożonego, projektu Protect. Wróciła jakieś dziesięć minut przed tym, jak Tony ich wezwał.
Steve chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie nad wieżą znów pojawili się Tony i Thor. Gromowładny trafił Iron Mana młotem. Stark uderzył o powierzchnię dachu z niezłym impetem. Zanim zdążył się podnieść, bóg piorunów znów chciał zaatakować, ale zamiast tego wypuścił z ręki Mjolnir i upadł na dach. Steve odwrócił się do Wdowy, która stała tuż za nim z wyciągniętym pistoletem. Tony podszedł do Gromowładnego.
- Co mu zrobiłaś? – zapytał, wskazując na leżącego bez ruchu Asgardczyka.
- Spokojnie. – powiedziała kobieta, chowając broń. – To tylko Icer. – widząc ich miny, dodała – Pistolet z silną substancją usypiającą.
- Trzeba go stąd zabrać. – powiedział Steve.
Razem z Iron Manem podnieśli nieprzytomnego Thora i zarzucili sobie jego ręce na ramiona.
- Musimy go gdzieś zamknąć. – orzekła Wdowa. – Jak się obudzi, znowu może wpaść w szał.
- W takim razie jedziemy na dół. – powiedział Stark.
Wszyscy wsiedli do windy (nie było w niej Sokoła, więc musiał się jakoś dostać do sypialni). Natasha już otwierała usta, żeby powiedzieć J.A.R.V.I.S.owi, na które piętro chcą jechać, ale ubiegł ją Tony.
- Sektor γ – powiedział.
- Sir, to jest sektor zamknięty. – odparł komputer. – Kapitan Ameryka i Czarna Wdowa nie mają upoważ…
- Nie kłóć się ze mną. – zirytował się mężczyzna. - Sektor γ.
Winda ruszyła, a J.A.R.V.I.S. więcej się nie odezwał.
- Co to jest sektor γ? – zainteresował się Kapitan.
- Zobaczysz – odparł tylko Stark.
Po chwili byli już na miejscu. Drzwi windy otworzyły się i ich oczom ukazał się długi korytarz. Na jego końcu znajdowały się ciężkie, metalowe drzwi. Kapitan i Iron Man wyszli pierwsi, wlokąc nadal nieprzytomnego Thora, zaraz za nimi szła Wdowa.
Stark zatrzymał się przed drzwiami. Rękawica jego zbroi złożyła się odsłaniając dłoń. Przyłożył ją do skanera odcisków palców. Następnie wpisał kod, wtedy jakaś wiązka zeskanowała jego twarz - maska pancerza automatycznie się otworzyła.
- Rozpoznawanie zakończone. – odezwał się J.A.R.V.I.S. – Witam, panie Stark.
Drzwi otworzyły się. Za nimi było duże, prawie puste pomieszczenie. Jedynym co się w nim znajdowało, była cela o przezroczystych ścianach.
„Trochę podobna, do tej w której zamknęliśmy Lokiego” pomyślała Wdowa.
Tony i Kapitan wprowadzili Thora do środka i położyli go na podłodze.
- Kiedy to zbudowałeś? – zapytał Steve, gdy drzwi celi zamknęły się.
- To nie był mój pomysł. – odparł Stark. – Ja tam lubię Hulka.
- Skoro nie twój, to czyj? – zdziwił się Steve.
Szli z powrotem w stronę windy. Gdy Gromowładny się obudzi, J.A.R.V.I.S. ich poinformuje, a to może jeszcze potrwać.
- Bannera. – wtrąciła Wdowa.
Obaj mężczyźni jednocześnie na nią spojrzeli.
- Skąd wiesz? – zapytał Tony.
Właśnie weszli do windy.
- Piętro mieszkalne – rzuciła Natasha do J.A.R.V.I.S.a – Łatwo się było domyślić. – zwróciła się do Starka.
- Taa, Bruce jest najbardziej przewrażliwiony na punkcie utraty kontroli nad Hulkiem – mruknął mężczyzna.
- To ten sam projekt co na Helicarierze? – zainteresował się Kapitan.
- Ulepszony wspólnymi siłami. – uśmiechnął się Tony.
Steve chciał coś jeszcze dodać, ale w tym momencie winda się zatrzymała. Natasha i Kapitan pożegnali się i wysiedli.
- Laboratorium. – powiedział Tony.
Zostawił zbroję w pracowni i powlókł się do sypialni. Gdy się położył, dochodziła czwarta nad ranem.

***

- Sir, Thor się obudził. – ze snu wyrwał go elektroniczny głos J.A.R.V.I.S.a.
- Co? Która godzina? – jęknął Tony.
- Czwarta trzydzieści cztery czasu wschodniego. – odparł komputer.
- Nie dadzą pospać. – mruknął Stark, zwlekając się łóżka.
Zważając na to, że Gromowładny o coś go obwiniał, o coś na tyle poważnego, że próbował go zabić, Tony wolał na razie trzymać się od niego z daleka. Po chwili namysłu, zwrócił się do J.A.R.V.I.S.a.
- Obudź Wdowę i Kapitana. – powiedział.
Bruce i Sokół i tak nie wiedzieli co się stało w nocy, więc nie było sensu ich budzić.
Stark szybko założył spodnie i koszulkę. Wyszedł z sypialni i ruszył do salonu, który praktycznie od zawsze (odkąd Avengersi się wprowadzili) służył za centrum operacyjne.
Po chwili do pokoju weszli zaspani: Steve i Natasha.
- O co chodzi? – ziewnęła kobieta.
- Thor się obudził – odparł Tony, wstając z fotela. – Któreś z was musi się dowiedzieć dlaczego w nocy mu odbiło.
Oboje spojrzeli na niego z tym samym pytającym wyrazem twarzy.
- Ja do niego nie pójdę. – zaczął wyjaśniać. – Jakbyście nie zauważyli, próbował mnie zabić, więc raczej mi nic nie powie.
- W sumie masz rację – przyznała Wdowa. – Idziesz ty czy ja? – zwróciła się do Steve’a.
- Może lepiej ja pójdę. – odparł blondyn. – Thor ci nie ufa.
- Jak możesz tak mówić? – zapytała ze sztucznym oburzeniem Natasha i zanim którykolwiek z mężczyzn zdążył się odezwać, dodała. – Możesz iść. Ja wracam do łóżka. – ruszyła do windy. Gdy do niej weszła rzuciła jeszcze. – Nie waż się więcej mnie budzić.
Drzwi się zamknęły.
Tony usiadł na kanapie i położył nogi na stoliku do kawy.
- Idziesz? – zapytał, patrząc na Steve’a, który nadal stał na środku salonu.
- Tak, tak. – odparł tamten i wyszedł z pokoju.
Stark włączył telewizor.
- J.A.R.V.I.S., pokaż obraz z kamery w sektorze γ – powiedział.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział I


A oto nowe opowiadanie, mam nadzieję, że wam się spodoba i że nikt nie będzie chciał mnie zabić :D  (nic nie zdradzę)  Miłego czytania.
PS.: Za tydzień Pyrkon w Poznaniu. Ktoś się wybiera?
Od prawie pół roku nic wielkiego się nie działo. Były jakieś małe misje, ale nic poważniejszego. Dlatego Avengersi bardzo rzadko widywali Thora, który mieszkał z rodziną w Nowym Meksyku. Ostatnio widzieli się na roczku Katriny, jakieś trzy miesiące temu, więc postanowili urządzić sobie małe spotkanie w wieży.
Wszyscy rozsiedli się w salonie. Wszyscy oprócz gospodarza, którego nie dało się zwabić do pokoju nawet za pomocą Whiskey. Od dłuższego czasu pracował nad nową zbroją, więc wpadł tylko się przywitać i znów zniknął w warsztacie.
- A więc zdrowie naszego nieobecnego przyjaciela! – zakrzyknął Thor, podnosząc swój kufel piwa. Gromowładny nie miał na sobie swojej zbroi z peleryną. Był ubrany w zwykły T-shirt i jeansy. Włosy miał sczesane w kitkę. Gdyby nie Mjolnir leżący obok jego fotela, trudno byłoby w nim rozpoznać boga piorunów.
- Za Tony'ego! - odpowiedzieli pozostali i zaczęli się śmiać.
Byli już trochę wstawieni. Tylko Banner nie pił alkoholu, z oczywistych powodów. Wszyscy siedzieli w salonie w AvengersTower i rozmawiali o wszystkim i o niczym. Na blacie stolika do kawy stało kilka pustych butelek po winie, piwie i whiskey, oraz wiele pełnych.
Około północy Thor wstał - zważywszy na to, ile wypił, powinien już dawno leżeć pod stołem, ale stał dosyć pewnie - i oznajmił, że wraca do domu.
- Jesteś pewien, że dasz radę? - zapytał Steve, który po prostu nie mógł się upić.
- Nie martw się, Kapitanie. - odparł Thor, kierując się w stronę tarasu.
Banner, Wdowa i Steve poszli za nim. Natasha nie zdradzała objawów upojenia, choć nie wypiła mniej od Sokoła, który teraz spał rozłożony na kanapie. Zatrzymali się przy drzwiach.
- Do zobaczenia - pożegnali się z Gromowładnym.
- Do zobaczenia, przyjaciele. - odparł Thor i wyruszył w drogę powrotną do domu.
Pozostali wrócili do salonu. Kapitan podszedł do sofy i potrząsnął Sokoła za ramię.
- Wstawaj i idź do siebie. - powiedział.
Sam jęknął, ale zwlókł się z kanapy.
Avengersi poszli do swoich sypialni, z wyjątkiem Bruce'a. On udał się na najwyższe piętro.
Pepper wyjechała na tydzień  na jakąś konferencję, czy coś, do Chicago, ale zanim opuściła AvengersTower, poprosiła Bannera, aby przypominał Tony'emu, że nawet "geniusz, playboy, milioner, filantrop" musi czasem spać. Tak więc doktor, co wieczór, zwracał Starkowi uwagę, że ten pracuje cały dzień i może dobrze by było, gdyby poszedł już do sąsiedniego pokoju.
Bruce zatrzymał się przed laboratorium. Metalowe zasłony na szklanych ścianach zostały zamknięte, tak że nie było widać wnętrza pomieszczenia.
„Oczywiście, nadal tam siedzi” pomyślał Banner, gdy zauważył, że ściany laboratorium nie są przezroczyste.
Mężczyzna zbliżył oko do skanera siatkówki, następnie wprowadził kod dostępu i zatwierdził go odciskiem palca. Drzwi otworzyły się z cichym syknięciem. Doktor wszedł do środka.
Jakiś czas temu, Tony zrobił całkowite przemeblowanie w tym pomieszczeniu. Stoły laboratoryjne stały teraz pod jedną ze ścian. Druga była zajęta przez komputer główny, który w tamtej chwili był wyłączony. Środek laboratorium był pusty, nie licząc zbroi ustawionej na podeście. Pomieszczenie wydawało się opuszczone, jakby Tony dawno z niego wyszedł. To było bardzo dziwne, zważywszy na to, że osłony szyb były zamknięte. Banner powoli przeszedł przez pokój.  Gdy zbliżył się do zbroi, ta nagle się poruszyła. Bruce odskoczył do tyłu, jak oparzony.
- Stark, nie strasz mnie. - zaczął głęboko i powoli oddychać.
Tony zdjął hełm i spojrzał na niego.
- Chyba nie zamierzasz zielenieć?  - zapytał niepewnie, nie odkładając trzymanej części pancerza.
- Nie, raczej nie - odparł Bruce, uśmiechając się na widok miny Starka.
- Ok, powiedzmy, że ci wierzę - Tony zdjął zbroję, która po chwili sama ustawiła się na podeście.
Stark podszedł do komputera i wstukał kilka znaków.
- Po co przyszedłeś?  - rzucił do Bannera, nie odwracając wzroku od holo-ekranu, który pojawił się od razu, gdy Tony podszedł do urządzenia.
- Żeby ci powiedzieć, że jest już północ. - odparł tamten.
- I co z tego? - zapytał Stark, podchodząc do zbroi, nadal nie patrzył na swojego rozmówcę. - Kontynuuj...
- Nie uważasz, że skoro wczoraj w ogóle nie spałeś, to dzisiaj powinieneś się chociaż zdrzemnąć? - Bruce patrzył na plecy Tony'ego.
- Skąd wiesz... - zaczął, odwracając się do doktora. - J.A.R.V.I.S. zdradziłeś mnie? -  nagle zwrócił się do komputera.
- Pan od tygodnia prawie nie śpi -  odparł elektroniczny głos - A odkąd wyjechała panna Potts, średnia dobowa pańskiego snu wynosi pięć minut.
- Mam rozumieć, że od pięciu dni nie spałeś? - zapytał z niedowierzaniem Banner.
- Muszę jeszcze skalibrować ostatnie funkcje zbroi. - to brzmiało bardziej, jakby mamrotał sam do siebie, niż odpowiadał na pytanie.
Ukucnął przy zbroi i zaczął coś przy niej majstrować.
- Masz godzinę. - powiedział Bruce, kierując się do drzwi. - J.A.R.V.I.S. potem wyłącz wszystkie światła.
Jak Tony zabierał się do nowego projektu, to zapominał o wszystkich podstawowych potrzebach. Chyba tylko Pepper potrafiła wtedy na niego wpłynąć, ale oczywiście musiała wyjechać i to Banner musiał robić za niańkę.
- Moje polecenia są nadrzędne. - rzucił Stark, ale doktor zdążył już wyjść z laboratorium.

***

Thor wylądował przed swoim domem. Nigdy nie lubił konwencjonalnych środków transportu, latanie było przyjemniejsze.
Jeszcze zanim wszedł do środka, coś go zaniepokoiło - w salonie świeciło się światło. O tej porze Jane powinna dawno spać, a ona nigdy nie zapomniała o gaszeniu światła. Gromowładny, pełen obaw, otworzył drzwi. Od razu skierował się do salonu.
To, co zobaczył w środku, sprawiło, że zamarł w pół kroku, a Mjolnir wypadł mu z rąk. Dłuższą chwilę nie był w stanie się ruszyć. W końcu wbiegł do środka i uklęknął przy Jane. Kobieta leżała na podłodze, twarzą do ziemi. Gdy Thor delikatnie ją odwrócił, zobaczył, że jego ukochana ma głębokie rozcięcie na czole.
- Jane - Thor lekko nią potrząsnął.
Kobieta nie otwierała oczu i nie oddychała. Na dywanie, w miejscu gdzie leżała, była plama krwi.
Gromowładny wiedział, że powinien wezwać lekarza. Gdy Jane pierwszy raz zostawiła go samego z Katriną, dała mu całą listę numerów, pod które ma dzwonić, gdyby coś się stało.
Przytulił swoją żonę, delikatnie przeniósł ją na kanapę i sięgnął po telefon. Wezwał pogotowie i poszedł do pokoju dziecięcego, aby sprawdzić czy Katrinie nic się nie stało.
Wszedł do pomieszczenia. Było nieduże. Przy ścianie, na której były drzwi, stała szafa i kolorowy regał. Zabawki były porozrzucane po całym dywanie, który imitował trawę. Ściany przypominały niebo. Pod oknem stało łóżeczko - było puste...
- Katrina - zawołał Thor. - Katrina!
Zaczął beznadziejnie sprawdzać pozostałe pokoje, ale dziewczynki nigdzie nie było.
Gromowładny wrócił do salonu. Dopiero teraz dostrzegł ślady walki, jaka rozegrała się w tym pokoju. W kilku miejscach, na ścianach i regale z książkami, widniały ślady po pociskach energetycznych. Odłamki wazonu, który do tej pory stał na stole przed kanapą, walały się wszędzie. Fotele były poprzewracane.
Zanim Thor zdążył choćby pomyśleć o tym, co zobaczył, zabrzmiał dzwonek do drzwi. Do domu weszli ratownicy.
Gromowładnemu wydawało się, że to wszystko, to tylko zbiór wyrwanych z kontekstu scen. Minęli go jacyś ludzie, po chwili pochylali się nad Jane. Coś do niego mówili, ale on zrozumiał tylko trzy słowa: "ona nie żyje".
"To nie możliwe. To nie może być prawda." myśli przelatywały przez jego głowę szybciej niż błyskawice, którymi tak często miotał. Wszystko zlewało się w kolorowy szum.
Jego córki nigdzie nie ma, jego żona nie żyje, a on jest bezsilny.
Opadł na kolana na środku salonu, nie zwracając uwagi na sanitariuszy, którzy spojrzeli na niego. Z gardła Thora dobył się przeciągły jęk rozpaczy.
Nagle bóg piorunów zauważył coś pod stołem. Odepchnął ratowników, którzy chcieli sprawdzić czy nic mu nie jest, i nadal wpatrywał się w ten kawałek metalu.
Złoto-czerwony kawałek metalu.
Podniósł go. Żal i bezsilność natychmiast zostały zastąpione przez niepohamowany gniew.
„Zapłaci mi za to najwyższą cenę” pomyślał Gromowładny.
Wstał i przywołał Mjolnir. Sanitariusze z mieszaniną zdziwienia i strachu patrzyli na błyskawicę rozbijającą okno. Zbroja zaczęła okrywać ciało Thora. Majestatyczny i groźny bóg piorunów wypadł z domu i wzbił się w niebo, które zasnuły burzowe chmury. Sklepienie co chwila przeszywały błyskawice.

***
Stark nie wziął sobie do serca rady Bruce’a. Mimo, że J.A.R.V.I.S. rzeczywiście wyłączył światła, mężczyzna od razu ponownie je włączył i wrócił do pracy. Zbroja teoretycznie była już gotowa, ale Tony chciał mieć pewność, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Mark 45 miała być najlepszym dotąd stworzonym pancerzem (jak każdy inny przed nim).
Stark właśnie, po raz piąty, sprawdzał regulację mocy repulsorów, gdy usłyszał grzmot, dziwnie blisko wieży.
Przez chwilę pomyślał, że to Thor się popisuje, ale skoro Banner truł mu głowę o to, że ma iść spać, to ich małe spotkanko musiało się już skończyć - Tony spojrzał na zegarek – i to z dwie godziny temu. Uświadomienie sobie tego, trochę go zaniepokoiło. Odwrócił się w stronę komputera głównego.
- J.A.R.V.I.S. co się dzieje na zewnątrz? – zapytał.
- Nad miastem rozpętała się potężna burza, sir. – odparł elektroniczny głos. – Żadne prognozy jej nie przewidziały.
- Przeprowadź skan sygnatur energetycznych – powiedział Stark, podchodząc do komputera. – Sprawdź czy to jest zjawisko naturalne, czy raczej Asgardzkie.
J.A.R.V.I.S. milczał dłuższą chwilę, mężczyzna wpatrywał się w holo-ekran, na którym były dane odnośnie zbroi, ale wcale ich nie widział. Po prostu czekał.
Właściwie, choć głośno by tego nie przyznał, chciał aby ta burza okazała się czymś więcej. Już pół roku nic się nie działo. Jasne, czasem było jakieś zadanie: udaremnienie napadu lub zapobiegnięcie jakiemuś wypadkowi, ale prawdziwej misji nie było od dawna. Nikt nie próbował przejąć władzy nad światem lub chociaż podbić jakiegoś miasta…
Z zamyślenie wyrwał go głos J.A.R.V.I.S.a
- Ta burza nie jest tworem naturalnym, sir. – powiedział komputer. – Wykryłem, w jej centrum, sygnaturę energetyczną nie pochodzącą z tej planety. Rozpoznano: Mjolnir – Właściciel: Thor Odinson.
Tony gwałtownie się wyprostował.
- Thor tak po prostu wywołał burzę? – zastanawiał się na głos. – To do niego nie podobne. Może coś się stało? J.A.R.V.I.S. pokaż widok miasta.
Na ekranie pojawiły się obrazy z kamer na dachu. Rzeczywiście, Gromowładny zbliżał się do wieży. Sądząc po towarzyszącej mu burzy, musiał być nieźle wkurzony.
Tony przywołał pancerz, który od razu się na niego założył. Udało mu się stworzyć nową technologię – interface – która pozwalała na kontrolowanie (także zdalne) zbroi za pomocą myśli. Na razie był to prototyp, ale działał nieźle.
- Obudź pozostałych – rzucił Stark do J.A.R.V.I.S.a, gdy tylko przyłbica pancerza się zamknęła. - Oprócz Bannera. – dodał szybko. Nie potrzebował Hulka. Przynajmniej na razie.
Mężczyzna otworzył dach laboratorium, to było jedno z wielu unowocześnień w tym pomieszczeniu. Po chwili był już nad wieżą, spojrzał jak dach powraca na swoje miejsce. W tym momencie usłyszał głos Thora.
- Zaiste, zginiesz dzisiaj, Stark! – krzyknął Gromowładny.

sobota, 4 kwietnia 2015

Epilog



To już jest koniec tego opowiadania. Mam nadzieję, że wam się podobało. Wkrótce zacznie się ukazywać nowe. A teraz życzę miłego czytania. I Wesołych Świąt.

Kobieta, która mnie skuła, prowadziła mnie teraz przez mroczne korytarze samolotu. W końcu otworzyła jakieś drzwi. Moim oczom ukazał się przeciętnej wielkości pokój. Jego ściany były wyłożone czarnymi, sześciokątnymi płytkami. Na środku pomieszczenia stał nie duży stół i dwa krzesła, naprzeciw siebie. Od razu rozpoznałam pokój przesłuchań.
Agentka wprowadziła mnie do środka i przykuła do jednego z krzeseł. Mogłabym ją przed tym powstrzymać i spróbować uciec, pewnie nawet by mi się to udało, ale zważywszy na moją obecną sytuację i mając w pamięci słowa Bartona, postanowiłam zachować spokój.
- Zostaniesz tu, póki dyrektor nie zdecyduje co dalej.  – oznajmiła oschłym głosem agentka. – Nie próbuj żadnych sztuczek.
Wyszła. Zostałam sam w tym jasno oświetlonym pokoju. Zastanawiałam się co dalej? Co jeśli Barton się mylił i jego szef wcale nie zaproponuje mi posady w agencji? Czy po prostu mnie zabiją, a może zamkną w jakimś tajnym więzieniu? Nie miałam w zwyczaju rozczulać się nad sobą, więc szybko ucięłam te myśli.
Nie wiem jak długo tam siedziałam. W końcu drzwi znów się otworzyły. Do pomieszczenia wszedł wysoki, ciemnoskóry mężczyzna. Miał na sobie długi, skórzany płaszcz i przepaskę na oku.
„Fury” przemknęło mi przez myśl.
Mężczyzna usiadł na krześle naprzeciwko mnie.
- W końcu się spotykamy. – powiedział.
Milczałam. Wolałam poczekać na rozwój sytuacji.
- Wolisz się nie odzywać? – zapytał, wstając. – Jak chcesz. W takim razie ja będę mówił. – Zaczął chodzić po pomieszczeniu. – Nie raz już atakowałaś moją agencję. Zabiłaś wielu moich agentów. Byłaś całkowicie nieuchwytna. Dlatego nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że teraz jesteś tu: skuta i całkowicie bezbronna? – urwał, czekając na moją odpowiedź, gdy jej nie uzyskał, kontynuował. – Jak agentowi Bartonowi udało się namówić cię do opuszczenia Rosji, a tym bardziej do braku oporu przy aresztowaniu?
Fury jeszcze dłuższą chwilę zadawał mi pytania typu: „jak?” i „dlaczego?”. Jego zachowanie mnie dziwiło, z tego co mówił Clint, ta rozmowa miała należeć do nieprzyjemnych, ale na razie było całkiem znośnie.
Po kolejnych, pozostawionych bez odpowiedzi, pytaniach, dyrektor S.H.I.E.L.D. zatrzymał się przede mną i uderzył pięścią w stół.
- Nadal będziesz milczeć?! – stracił nad sobą panowanie, albo chciał żebym tak myślała.
Nawet nie drgnęłam. Spokojnie na niego patrzyłam. W tym momencie do mnie podszedł. Nie wiedziałam co zamierza, ale nie miałam zamiaru okazać nawet cienia niepokoju. Mężczyzna rozkuł mi ręce. To mnie zaskoczyło. Roztarłam obolałe nadgarstki i spojrzałam na Fury’ego, który znów siedział na krześle.
- Masz coś co do mnie należy. – powiedział.
Dobrze wiedziałam co ma na myśli. Sięgnęłam do wewnętrznej kieszeni mojej kurtki i wyjęłam PenDrive. Położyłam go na stole, cały czas trzymając na nim palec. To było moje jedyne zabezpieczenie. Jedyne czego on mógł ode mnie chcieć.
- To jedyna kopia. – oznajmiłam.
- W takim razie mam dla ciebie propozycję – odparł, także wyjmując coś z wewnętrznej kieszeni. Były to dwa płaskie pudełka. Oba jednolicie czarne. – Oto ona. – powiedział, otwierając jeden z futerałów. Moim oczom ukazała się odznaka S.H.I.E.L.D. – A to warunek. – zanim zdążyłam otworzyć usta, otworzył drugie pudełko. W nim była prosta, czarna bransoletka. Po chwili rozpoznałam co to jest.
- Bransoletka z lokalizatorem? – zapytałam.
Fury skinął głową.
- Blokuje też wszystkie urządzenia komunikacyjne, oprócz tych należących do S.H.I.E.L.D. – oznajmił. – Gdy zakończysz okres próbny, zdejmiemy ją. Wybór należy do ciebie.
„Tak, a jeśli nie zdecyduję się na dołączenie do agencji, to mnie zamkniecie.” pomyślałam, ale bez słowa uniosłam rękę, puszczając PenDrive.
Dyrektor szybko zapiął na niej bransoletkę lokalizującą, jakby robił to niepierwszy raz, i podał mi odznakę, a przenośną pamięć schował do kieszeni.
- W trakcie okresu próbnego będziesz latała z transportem jako obstawa, a później zobaczymy. – powiedział.
I tak właśnie zaczęłam pracować dla S.H.I.E.L.D.
Nie wiem, czy dyrektor robił to celowo, czy nie, ale praktycznie zawsze, zwłaszcza na początku, współpracowałam z Bartonem. Zdobywaliśmy kolejne poziomy równocześnie i bardzo szybko. Aż do siódmego. Fury nie ufał nam na tyle, aby pozwolić na dostęp do najważniejszych informacji, dlatego pewnie nigdy nie zdobędziemy ósmego poziomu.

- Clint już rok tu leży, tylko dlatego, że znów ocalił mi życie. – Wdowa zakończyła swoją opowieść.
Razem z Pepper stały nad grobem Bartona. Tego dnia przypadała pierwsza rocznica jego śmierci. Kobiety spotkały się, gdy Potts przyszła na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie. Natasha była tam od rana.
Początkowo milczały, jednak po jakimś czasie Natasha zaczęła opowiadać o swoim pierwszym spotkaniu z Clintem. Sama nie wiedziała dlaczego. W końcu nie była zbyt otwartą osobą, a mówienie o sobie w ogóle do niej nie pasowało. Jednak Pepper okazała się świetną słuchaczką.

niedziela, 29 marca 2015

Rozdział V



Mniej niż 800 odwiedzin do 10000. Liczę na was ;D Odwiedzajcie, komentujcie. A dziś kolejny rozdział. Więc bez przedłużania. Zapraszam do czytania :)

- Stać! – odezwał się Clint.
Wstał, a w ręku trzymał łuk gotowy do strzału. Agenci wyjęli pistolety.
- Myślisz, że jedna strzała wystarczy? – zapytała z ironią Jagoda.
- To strzała wybuchowa, więc raczej tak. – odparł Barton, przechodząc powoli przez pokój (nadal nie mógł się za bardzo opierać na zranionej nodze), cały czas mierzył do agentów. Zatrzymał się między nimi a Wdową.
- Zabijesz i nas i siebie. – zauważyła spokojnie blondynka.
- My i tak nie mamy nic do stracenia. – powiedział Clint, nie zmieniając pozycji.
- Barton, jesteś zwykłym zdrajcą. – warknęła agentka.
Chyba pierwszy raz, odkąd się poznali, zwróciła się do niego po nazwisku. Nadal do siebie mierzyli. Wdowa stała z tyłu, była spięta, ale na razie oddała inicjatywę Bartonowi, czekała na rozwój wypadków.
- Nie jestem zdrajcą. – odparł Clint i zanim Jagoda zdążyła choćby otworzyć usta dodał. – Długo ci zajęło sprawdzenie kim ona jest – lekko skinął głową w stronę Natashy. – Jesteśmy tu już ponad godzinę.
- Jak mogłeś wprowadzić tu Czarną Wdowę? – jej głos był pełen wyrzutu.
- Chyba nie rozumiesz, co to znaczy „tajna misja”… - na widok miny kobiety, uśmiechnął się. – Miałem ją odnaleźć i przekonać aby do nas dołączyła. Rozkaz Fury’ego. – gładko skłamał.
Jagoda powoli opuściła broń, pozostali nadal mierzyli do Bartona.
- I ja mam niby w to uwierzyć? – zapytała, ale w jej głosie pobrzmiewała niepewność.
- Czy cię kiedyś okłamałem? – zapytał Clint.
Agentka pokręciła głową.
- No chyba, że rozkazy z góry były inne. – powiedziała, a potem zwróciła się do swoich agentów. – Opuścić broń! Wyjdźcie stąd.
Ci natychmiast opuścili pokój.
Barton odłożył łuk na stolik obok fotela, na którym znów siedziała Natasha, ale nie schował strzały. Kołczan nadal leżał obok łóżka. 
Jagoda schowała pistolet i oparła się plecami o ścianę.
- Wyszłam na idiotkę. – westchnęła.
- Wcale nie. – odparł Clint, opadając na łóżko. – Gdyby ktoś bez mojej wiedzy wprowadził do mojej bazy jedną z najniebezpieczniejszych – tu mrugnął do Wdowy, ale ta całkowicie to zignorowała. – osób na świecie, też bym się wkurzył.
Jagoda się uśmiechnęła.
- Ale z tą strzałą przesadziłeś – teraz Barton się uśmiechnął.
Wstał, sięgnął po łuk i leżącą na stoliku strzałę. Wystrzelił. Jagoda odruchowo przypadła do ziemi. Natasha nawet się nie ruszyła, patrzyła na tą scenę ze stoickim spokojem. Strzała trafiła w ścianę i upadła na podłogę. Nic się nie stało, nawet w ścianie nie było dziury.
- Mówiłem, że nie mamy nic do stracenia. – Clint nadal się uśmiechał, choć noga na tyle go bolała, że musiał oprzeć się o stolik. - Strzała z gumowym grotem.
- Masz pokręcone poczucie humoru. – podsumowała Jagoda, kręcąc głową.
- W przeciwnym razie byś mnie nie wysłuchała. – odparł.
- Nie mogłeś tego wiedzieć. – żachnęła się blondynka.
- Może się mylę? – odpowiedział pytaniem.
- Za dobrze mnie znasz. – westchnęła Jagoda po chwili i znów się rozpromieniła. Jakiekolwiek by nie było poczucie humoru Clinta, zawsze na nią działało.
Ruszyła do drzwi, zanim wyszła, spojrzała jeszcze na Bartona.
- Proszę, nie mów o tej akcji Fury’emu. – powiedziała.
- Jasne. – odparł mężczyzna.
Blondynka wyszła i w pokoju znów zostali tylko Clint i Natasha.
- Mało brakowało. – powiedział Barton.
Wdowa spojrzała na niego, nie zmieniając pozycji.
- Dzięki. – odezwała się po chwili.
- Nie dziękuj – odparł – Jeszcze nie. Jutro czeka nas przeprawa z Furym, a to będzie o wiele trudniejsze.
„Oby tylko Jagoda nie dowiedziała się, że ją okłamałem” przemknęło mu przez głowę. „Wtedy nawet rozłoszczony dyrektor nie mógłby się z nią równać”.
- Naprawdę będzie tak źle? – zapytała Natasha, tym samym co zwykle spokojnym i nieco obojętnym tonem.
- Dla ciebie raczej nie. – odparł. – Myślę, że cię przyjmie do agencji, może będzie chciał sprawdzić twoją lojalność… - kobieta uniosła jedną brew, ale zanim zdążyła o cokolwiek powiedzieć, Barton kontynuował – Ja złamałem jego bezpośredni rozkaz. Będę miał kłopoty, ale jakoś sobie poradzę. – skwitował te słowa uśmiechem.
Natasha zgadzała się z Jagodą – Clint miał naprawdę dziwne poczucie humoru. Ziewnęła.
- Pójdę już – powiedziała i wyszła z pokoju.
Mężczyzna położył się na łóżku.

***

Około dziesiątej, Clint, Natasha i Jagoda byli w hangarze. Czekali na jet z Ameryki. Po chwili brama hali otworzyła się. Do środka wjechał ogromny samolot z białym orłem na kadłubie. Dobrze, że pomieszczenie było duże, a większość jetów - w terenie, w przeciwnym razie maszyna nie miałaby szans się w nim zmieścić.
Samolot zatrzymał się niedaleko zdziwionej trójki. Rampa otworzyła się i z maszyny wyszła Maria Hill.
- Miło, że w końcu do nas dołączyłaś. – rzucił w jej stronę Barton.
Kobieta nawet na niego nie spojrzała. Podeszła prosto do Wdowy.
- Jesteś aresztowana – agentka zwróciła się do rudowłosej, wyjmując kajdanki.
Clint chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie z samolotu wyszedł Fury. Z daleka można było wyczuć, że jest naprawdę wściekły. Natasha pozwoliła się skuć bez oporu, więc zanim dyrektor do nich podszedł, kobieta stała z rękami wygiętymi do tyłu.
- Zabierz ją. – Fury zwrócił się do Hill, obie kobiety odeszły. – A ty… – spojrzał na Bartona. – pójdziesz ze mną. – wskazał na samolot.
Clint od razu ruszył do maszyny. Jagoda obserwowała całą scenę z niedowierzaniem. O co chodzi?
Dyrektor odwrócił się w jej stronę.
- Gratuluję sprawnie przeprowadzonej akcji na terenie obcego kraju. – powiedział, po czym odwrócił się i odszedł.
- Dziękuję – odparła Jagoda, która nadal nie bardzo wiedziała, co to wszystko miało znaczyć.
Rampa samolotu zamknęła się, gdy tylko dyrektor zniknął w jego wnętrzu.

***

 - Powinienem cię od razu zamknąć! – Clint jeszcze nigdy nie widział dyrektora tak zdenerwowanego.
Byli w jego gabinecie, w samolocie. Fury stał za biurkiem, a Barton po drugiej stronie.
- Złamałeś rozkaz, naraziłeś się obcemu wywiadowi, gdyby nie szybka reakcja agentki Majewska, siedziałbyś pewnie teraz w jakimś rosyjskim więzieniu, albo dwa metry pod ziemią! – dyrektor chodził w te i powrotem. – Wysłałem cię tam, żebyś załatwił tę sprawę po CICHU. – podkreślił ostatnie słowo.
- Wiem, szefie. – odezwał się Clint.
- Skoro wiesz, to czemu tego nie zrobiłeś?! – Fury zatrzymał się przed nim i uderzył pięścią w biurko. – Czy ty myślisz, że możesz robić co chcesz?! Jeśli dostajesz rozkaz, to masz go wykonać!
- Tak jest, szefie. – Barton stał wyprostowany i cały czas patrzył na dyrektora.
- Mniejsza o ciebie, ale naraziłeś innych agentów! – kontynuował Fury.- Polski oddział mógł zostać złapany! – dyrektor znów zaczął chodzić po gabinecie. – A pomyślałeś, co by było gdyby Rosjanie się dowiedzieli, że S.H.I.E.L.D. zaatakowała ich agentów? Oczywiście, że nie!
- Przepraszam, szefie – Clint zastanawiał się, jak to się skończy.
- Przeprosiny nie wystarczą. – Fury spojrzała z powagą na Bartona. – Zostajesz zdegradowany do poziomu pierwszego. Od dziś latasz z transportem, jako pilot pomocniczy. Oddaj odznakę. – Clint bez słowa podał przedmiot dyrektorowi. – Jutro dostaniesz nową. A teraz zejdź mi z oczu, zanim zmienię zdanie i każę cię zamknąć za zdradę.
Barton ruszył w stronę wyjścia, ale zatrzymał się przy drzwiach i odwrócił. Może to był głupi pomysł, ale musiał potwierdzić swoje przypuszczenia…
- Dlaczego agentka Hill mnie śledziła? – zapytał.
- Skąd ty o ty… Nie ważne. – odezwał się Fury. – To był test na poziom siódmy, a ona była twoim egzaminatorem. Oblałeś z kretesem. Chyba od początku istnienia agencji, nikt tak nie zawalił.
- Fajnie być pionierem – rzucił Clint i zamknął za sobą drzwi, zanim dyrektor zdążył coś powiedzieć lub cisnąć w niego czymś, co stało na biurku.
Fury usiadł za biurkiem i podparł głowę ręką. Zastanawiał się, po co w ogóle trzyma w agencji kogoś takiego jak Barton. Oczywiście umiał świetnie strzelać, ale traktowanie czegokolwiek poważnie go przerastało.
W tym momencie dyrektor usłyszał pukanie.
- Wejść! – powiedział, nie podnosząc głowy.
Do pomieszczenia wszedł Coulson.
- Wszystko w porządku? – zapytał Phil, patrząc na siedzącego przy biurku mężczyznę.
- Tak. – Fury spojrzał na agenta. – Właśnie rozmawiałem z Bartonem. Ale nie ważne… Dlaczego przyszedłeś?
- Co zrobimy z Czarną Wdową, sir? – zapytał Coulson.
- Trzeba z nią porozmawiać – odparł dyrektor.
- Pan to zrobi, czy ja mam pójść, sir?
- Sam się tym zajmę. – Fury wstał.

niedziela, 22 marca 2015

Rozdział IV


Ostatnio dostałam kilka naprawdę miłych komentarzy. Dziękuję wam. Widzę, że mam nowych czytelników, a i ci starzy mnie nie opuszczają. To naprawdę sprawia radość :D. Przepraszam, że rozdział jest spóźniony. A teraz nie przedłużając, zapraszam do czytania.

Wdowa pomogła wstać Bartonowi, mężczyzna oparł się o ścianę. Podała mu łuk i kołczan. W tym momencie usłyszała za sobą cichy jęk. Jeden z oszołomionych, przez Clinta, agentów zaczął się budzić. Ruszyli w stronę wyjścia, Barton wsparty na Natashy, bo nie był w stanie sam iść.
Kilka minut później byli już na ulicy.
- Załatwię transport. – oznajmiła Natasha.
Clint kiwnął głową. Wiedział, że kobieta chce po prostu ukraść jakiś samochód, ale teraz to nie miało większego znaczenia. I tak by jej od tego nie odwiódł, a teraz liczyła się każda minuta. Stał oparty o ścianę pobliskiego budynku, kołczan i łuk odłożył na ziemię. Udawał, że wszystko jest w porządku, choć na prawej nodze wcale się nie opierał, bo tak go bolała. Wdowa zauważyła, że przez jego „opatrunek” zaczęła przesiąkać krew. Mężczyzna był bardzo blady.
- Zaraz wracam. – rzuciła i zniknęła za rogiem budynku.

Po chwili przyjechała jakimś samochodem. Zatrzymała się przed Bartonem i wysiadła. Sięgnęła po jego łuk i kołczan.
- Ostrożnie – powiedział mężczyzna, widząc, że Wdowa chce wrzucić je do bagażnika. – Tam są ładunki wybuchowe.
Kobieta przewróciła oczami, ale nic nie powiedziała, tylko zamknęła bagażnik i obeszła pojazd. Położyła jego broń pod tylnym siedzeniem, a potem pomogła mu wsiąść. Clint zatrzymał się przed otwartymi drzwiami samochodu.
- Co jest? – zapytała kobieta, widząc napięcie Bartona.
- Wydawało mi się… Nie ważne. – odparł mężczyzna i wsiadł do środka.
Tak naprawdę znów miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje.
Natasha usiadła na miejscu kierowcy i ruszyli. Całą drogę milczeli. To było pokręcone, jeszcze parę godzin temu byli największymi wrogami, miał rozkaz ją zabić, a teraz wspólnie uciekali. Tylko przed kim?
- Wiesz kto nas zaatakował? - przerwał ciszę Barton.
- Starzy znajomi - rzuciła tylko Natasha, bo właśnie dojechali do szpitala.

***

Wdowa siedziała na korytarzu przed salą zabiegową, do której lekarz zabrał Clinta. Cały czas rozglądała się, sprawdzając czy nie nadchodzą policjanci lub, co gorsza, agenci wywiadu. Na razie nic się nie działo.
Kobieta mogła oczywiście po prostu wyjść stąd - zniknąć - i wtedy nawet połączone siły S.H.I.E.L.D. i Rosji by jej nie odnalazły, ale nie chciała zostawiać Bartona. W końcu ten mężczyzna ocalił jej życie i to dwa razy...
Drzwi do gabinetu otwarły się i wyszedł lekarz.
- Wraciu, szto s nim? (Panie doktorze, co z nim?) - zapytała, udając roztrzęsioną dziewczynę, która martwi się o swojego chłopaka, za jaką się podała.
Powiedzieli, że byli na strzelnicy i doszło do wypadku. Może to była marna ściema, ale niezależnie od tego, co by wymyślili, lekarz i tak powiadomiłby o postrzale odpowiednie służby.
- My wzjali puli i skrepljali ranu. (Wyjęliśmy kule i zszyliśmy ranę.) – odparł lekarz. – No on dołżen byc na nabljudieniem. . (Ale musi zostać na obserwacji.)
„Tak, na obserwacji” pomyślała Wdowa „Raczej do przyjazdu policji.”
Doktor odszedł, a ona weszła do sali. Clint siedział na kozetce. Na prawej nodze miał świeży opatrunek.
- Idziemy? - zapytał.
- Jeśli dasz radę?  - mężczyzna skinął głową. - W takim razie się zbieraj. Jeszcze nikt nie przyszedł, ale to tylko kwestia czasu.
Pomogła mu wstać. Musiało go już mniej boleć, bo zdecydowanie lżej się na niej opierał. Bez problemu opuścili salę. Byli już nie daleko frontowych drzwi, gdy Wdowa zauważyła dwóch agentów przy recepcji. Kolejni właśnie wchodzili do szpitala. Kobieta skręciła w najbliższy korytarz.
- Pięciu agentów przy drzwiach i dwóch przy recepcji. - oznajmiła spokojnie Natasha. - Mam nadzieję, że nie obstawili tylnego wyjścia.
Znów skręcili.
Niestety Wdowa się pomyliła. Przy drzwiach czekało kolejnych czterech agentów. Na szczęście ich nie zobaczyli. Barton i Romanoff szybko cofnęli się za róg korytarza. Kobieta wyjęła dwa pistolety.
- Gdzie ty je chowasz?  - zapytał Clint, biorąc podaną mu broń.
- Ukryj ją, ale bądź gotowy, gdybyś musiał jej użyć. - szepnęła Wdowa, puszczając mimo uszu jego pytanie. - Może uda nam się przejść.
Schowała włosy pod kurtkę i wyjęła z kieszeni okulary-zerówki. Mężczyzna patrzył na nią ze zdziwieniem.
- Pracowałam dla nich. - wyjaśniła cicho, zakładając okulary. - Rozpoznają mnie.
Barton schował broń pod kurtkę i ruszyli. Gdy tylko wyszli zza rogu, jeden z agentów odwrócił się, mierząc do nich z pistoletu.
- Stojaj! (Stać!) - krzyknął – Nie perehodiete sjuda! (Nie przejdziecie tędy!)
Clint mocniej zacisnął dłoń na broni, ale Natasha zachowała spokój.
- Zdzies u nas jest awto. (Tutaj mamy samochód.) – powiedziała.
- Gławnoj wchod. (Głównym wyjściem.) – rzucił drugi agent.
- On nie sprawjet sa. (On nie da rady) – Wdowa spojrzała na zabandażowaną nogę Bartona. – Dajtie nam perehodic, pażausta. (Proszę dajcie nam przejść.) –zaczęła mówić błagalnym tonem, była niezłą aktorką.
- Haraszo. (Dobrze.) – zdecydował w końcu któryś. – Iditie. (Idźcie.)
Agenci zrobili im miejsce. Clint i Natasha byli już prawie przy drzwiach, gdy jeden z nich się odezwał.
- Eta jest Czier... (To jest Czar…) – nie zdążył dokończyć, bo pięść Wdowy wylądowała na jego nosie.
Zanim pozostali wyjęli pistolety, Barton i Romanoff byli już na zewnątrz. Okazało się, że „ich” samochód rzeczywiście był niedaleko. Szybko do niego wsiedli, gdy tylko odpalili, Clint zobaczył, że wrodzy agenci ruszyli w pościg. Kilka kul trafiło w karoserię, ale Natashy udało się wyjechać na ulicę.
- Mam nie daleko kryjówkę. – powiedziała kobieta.
- Nie. – uciął Barton. – Jedź na zachód, opuść miasto.
- Dlaczego? – zdziwiła się Wdowa. Mimo wszystko, ten mężczyzna nadal był dla niej zagadką.
- Po prostu jedź. – w tym momencie tylna szyba samochodu roztrzaskała się w drobny mak.
Clint sięgnął po swój łuk i kołczan. Zerknął do tyłu i wystrzelił. Strzała trafiła, bez trudu, kierowcę ścigającego ich samochodu. Pojazd zjechał na pobocze, na szczęście o drugiej w nocy ruch był niewielki.
- Niezły strzał, Sokole Oko. – Natasha się uśmiechnęła.
- Hawkeye? Spoko. – mruknął Barton.
Właśnie wyjechali z Moskwy.
- Teraz w prawo. – zarządził Clint.
Wdowa bez słowa skręciła, sama nie wiedziała dlaczego go słuchała.
Zatrzymała się na jakimś parkingu, obok obskurnego motelu. Kobieta chciała wysiąść, ale Barton ją powstrzymał.
- Zaczekaj. – rzucił.
 Zaraz za nimi na plac wjechało pięć czarnych samochodów, otoczyły ich. Z pojazdów wysiadło ponad dwudziestu agentów, wszyscy uzbrojeni.
- No świetnie – mruknęła Natasha, spoglądając na swojego towarzysza.
Barton trzymał w ręce komunikator.
- Już – powiedział do urządzenia.
Na niebie, ni stąd ni zowąd, pojawił się jet z białym orłem na skrzydle (gdyby nie światło księżyca, byłby niedostrzegalny). Rozległy się strzały i wszystko na zewnątrz zasnuła mgła, iskrząca w świetle reflektorów samochodowych. Gdy opadła, wszyscy wrodzy agenci leżeli na ziemi. Maszyna, która właśnie ich ocaliła, wylądowała.
- Co to było? – zapytała Natasha.
- Moi znajomi – odparł Barton, otwierając drzwi samochodu.
W powietrzu unosił się lekko słodkawy zapach, zapewne pozostałość po mgle. Clintowi jakoś udało się wysiąść, sięgnął po kołczan i łuk. Natasha także opuściła samochód. W ich stronę szli już agenci S.H.I.E.L.D.
- Chodźcie – powiedziała agentka, która dotarła do nich pierwsza. Była to drobna blondynka. – Za kilka minut się obudzą. – wskazała na uśpionych Rosjan. – Nic nie będą pamiętać.
- Dzięki, za szybką reakcję. – odparł Barton.
- Możesz na mnie liczyć, nawet w środku nocy. – młoda agentka ziewnęła. Jej wzrok padł na nogę Clinta. Na białym bandażu pojawiła się mała czerwona plama. – Co ci się stało?  - zapytała, ale zanim zdążył odpowiedzieć, odwróciła się i zawołała. – Agencie Nowak, do mnie!
Wysoki, postawny mężczyzna o ciemnych włosach natychmiast do nich podszedł.
- Pomożesz agentowi Bartonowi. – zarządziła.
Ruszyli w stronę jeta, Clint wsparty na ramieniu agenta Nowaka.
- Kim ona jest? – zapytała nagle młoda agentka, jakby dopiero teraz zauważyła Natashę, która szła kilka kroków za nimi. – Gdy mnie wzywałeś, nie wspominałeś, że masz towarzystwo.
- To część misji. – odparł tylko Barton, wiedząc że kobieta nie będzie dalej pytać.
Zajęli miejsca w jecie. Maszyna wystartowała.
- Co zrobiłeś w nogę, Clint?  - zapytała blondynka, która usiadła obok niego.
Z drugiej strony siedziała Wdowa.
- Zostałem postrzelony. – odparł. – Dokąd lecimy?
- Na razie do nas. – powiedziała. – Zawiadomiłam dyrektora. Powiedział, że jak tylko będzie mógł, to kogoś po ciebie przyśle.
„Świetnie” pomyślał sarkastycznie Clint. „Jeszcze przeprawy z Furym mi brakowało.” Ale wiedział, że to w końcu i tak nastąpi, więc postanowił na razie o tym nie myśleć.
- Dawno u nas nie byłeś. – blondynka wyrwała go z zamyślenia. – Dużo się pozmieniało.
- Chyba z cztery lata. – uśmiechnął się Barton. – Wtedy byłaś zwykłym szeregowym, a teraz, proszę: Jagoda – szefowa polskiego oddziału S.H.I.E.L.D.
Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem. Spojrzała na Natashę, która nadal milczała.
- Mogę chociaż wiedzieć, jak masz na imię? – zwróciła się do kobiety.
Wdowa lekko wychyliła się do przodu, aby móc spojrzeć na agentkę. Nie ufała jej, ani w ogóle tym wszystkim ludziom. Miała wrażenie, że jest więźniem. Nienawidziła tego uczucia.
- Natalia – odparła całkowicie naturalnie, ukrywanie emocji to była jej specjalność.
W tym momencie jet zaczął obniżać lot. Po chwili byli już w hangarze.
Gdy tylko wysiedli, podbiegli do nich inni agenci.
- Zabierzcie go do części szpitalnej. – poinstruowała ich Jagoda, wskazując na Bartona

***

Clint siedział na łóżku w pokoju, który mu przydzielili. Poprawili mu szwy, które się pozrywały i opatrzyli go od nowa. Któryś z lekarzy orzekł, że Barton miał niesamowite szczęście, że kula ominęła kość.
W pomieszczeniu było prawie ciemno, jedyne światło pochodziło z małej lampki stojącej na stoliku nocnym. Barton nie mógłby zasnąć, nawet gdyby chciał. Przez ostatnią dobę wydarzyło się zbyt wiele rzeczy, które musiał przemyśleć jeszcze zanim zobaczy się z Furym, a to na pewno nastąpi rano.
To miała być zwykła misja, może należąca do tych trudniejszych, ale bez przesady. Zdjęcie celu, nic więcej. Już kilka razy wykonywał tego typu zadania, choć nie często (podejrzewał, że dyrektor znał jego awersję do zabijania). Tym razem wszystko się pokomplikowało. W końcu jego czyn, choćby nie wiem czym był motywowany, miał znamiona zdrady. I tak pewnie potraktuje go Fury… 
Rozległo się pukanie do drzwi, wyrywając go z zamyślenia.
- Proszę. – powiedział.
Do pomieszczenia weszła Natasha.
- Jeszcze nie śpisz? – zapytała. – Już po czwartej.
- Domyślałaś się, że nie śpię, skoro tu przyszłaś. – odparł Clint, uśmiechając się.
Wdowa usiadła na fotelu naprzeciwko mężczyzny, w tej chwili przypominała posąg – zero emocji.
- Dlaczego tu przyszłaś? – odezwał się po chwili Clint.
- Przemyślałam twoją propozycję. – odparła.
- I co? – wydawał się zainteresowany odpowiedzią.
- Myślę, że to dobry pomysł… - powiedziała.
- Ale? – Barton wyczuł wahanie w jej głosie.
- Nie sądzisz, że twoi szefowie będą chcieli mnie zamknąć? – „Albo zabić” dodała w myślach, ale nie wypowiedziała tego głośno. Mimo, że była lekko zdenerwowana, jej głos nadal był spokojny, jakby rozmawiali o jakimś filmie, który wczoraj obejrzeli, a nie o jej przyszłości. – W końcu mam na sumieniu kilku waszych agentów.
- Myślę, że nie ryzykujesz bardziej niż ja. – odezwał się pół-żartem. – A mówiąc całkiem poważnie: jeśli nie zrobisz czegoś głupiego, dadzą ci drugą szansę.
- Głupiego? – kobieta spojrzała na niego, unosząc jedną brew.
- Jak zaatakowanie, któregoś z agentów, gdyby chcieli cię skuć na czas lotu, czy coś w tym stylu. – powiedział, nadal siedział rozparty na łóżku.
- Kiedy zdążyłeś ich wezwać? – zapytała Wdowa.
- Co? – lekko się podniósł, ta nagła zmiana tematu kompletnie zbiła go z tropu.
- Kiedy zdążyłeś wezwać pomoc, gdy nas ścigali? – odparła kobieta.
- A, o to chodzi. – znów się rozluźnił. – Gdy szukałaś transportu.
- Czy wy macie bazy na całym świecie? – Natasha poprawiła się na fotelu i założyła nogę na nogę.
- Prawie. – odparł Barton. – Głównie w Stanach.
Normalnie, wrogiemu agentowi, nie powiedziałby ani słowa o agencji, ale tu sytuacja była inna. Wiedział, że jeśli ona ma dołączyć do S.H.I.E.L.D., to będzie się chciała czegoś o niej dowiedzieć. Z resztą i tak nie będzie miała jak wykorzystać tej wiedzy, bo jeśli do nich nie dołączy, to pewnie ją zabiją lub zamkną.
- I zawsze możesz na nich liczyć? – to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Raczej tak. – powiedział. – Z Jagodą pracuję nie pierwszy raz, wiem że mogę jej ufać. Tak jak i pozostałym agentom. Zawsze pomogą, chyba że rozkazy dyrektora są inne.
- Dyrektora? – zapytała.
Czyżby w jej głosie usłyszał cień zainteresowania?
- Nick Fury. – odparł. – Taki gość w przepasce na oku. Dowodzi całą organizacją. Trochę nerwowy. Jest jeszcze agentka Hill, jego prawa ręka i agent Coulson, jego „lepsze oko”, jak mówi dyrektor. Coulsonem to bym się nie przejmował, on jako pierwszy dałby ci szansę. – uśmiechnął się.
Kobieta odwzajemniła uśmiech i wstała. Była już przy drzwiach, ale się odwróciła.
- Dlaczego mnie uratowałeś? – wróciła do pytania z metra.
- Bo wiem, że na to zasługujesz – odparł krótko.
Zapadło milczenie. Wdowa nadal trzymała rękę na klamce. Nagle ktoś szarpnął drzwi z drugiej strony. Kobieta odruchowo odskoczyła do tyłu.
Do pomieszczenia wpadło pięciu uzbrojonych agentów: trzy kobiety i dwaj mężczyźni. Jagoda była z przodu.
- Brać ją! – krzyknęła wskazując na Natashę.

sobota, 14 marca 2015

Rozdział III



No, dzisiaj kolejny rozdział. Tym razem bez rosyjskiego :) Zapraszam do czytania

Clint milczał.
- Dlaczego? – powtórzyła Natasha, ale w tym momencie metro się zatrzymało na kolejnej stacji. – Wysiadamy – rzuciła, wybawiając Bartona od odpowiedzi, przynajmniej na razie.
Wyszli z pociągu. Wdowa ruszyła w sobie tylko znanym kierunku, a Clint szedł za nią. Nie wiedział gdzie kobieta go prowadzi, ale nie mógł jej wypuścić. Jeśli po prostu puściłby ją wolno, Fury urwał by mu głowę. 
Dotarli do jakiejś przemysłowej dzielnicy, której Barton nie znał, mimo że nie pierwszy raz był w Moskwie. W tym momencie zabrzęczał jego komunikator. Mężczyzna zupełnie zapomniał, że ma to urządzenie w kieszeni. Zatrzymał się, zostając w tyle za Wdową. Spojrzał na ekran. Wiadomość od dyrektora.
„Stan misji”
„No świetnie.” pomyślał  „Dobrze, że nie zadzwonił i nie muszę się jeszcze teraz tłumaczyć.” Barton odpisał:
„W toku”
i szybko dołączył do Natashy, która właśnie skręciła za róg. Po kilku minutach zatrzymali się przed jakimś, najwyraźniej opuszczonym, magazynem. Kobieta weszła do środka, Barton tuż za nią.
Na pierwszy rzut oka pomieszczenie nie różniło się niczym od jakiegokolwiek innego magazynu. Jednak Clint był lepszym obserwatorem, od przeciętnego człowieka,  dostrzegł jakąś klapę w podłodze w lewym kącie hali. Wdowa skierowała się właśnie w jej stronę. Otworzyła właz i zniknęła w otworze. Po chwili Barton znów ją zobaczył.
- Idziesz? Czy masz zamiar tu stać do jutra? – zapytała ze zniecierpliwieniem.
Choć mężczyzna nie był pewien czy może jej zaufać i co jest na dole, postanowił jednak skorzystać z "zaproszenia" kobiety. 
- Idę – rzucił.
Gdy zeszli na dół, oczom Clinta ukazał się minimalistycznie urządzony salon: kanapa, dwa fotele, stolik do kawy, nieduży telewizor i to wszystko. Natasha na chwilę wróciła na górę aby zamknąć klapę.
- Niezłą masz kryjówkę.- odezwał się Barton., gdy kobieta znów pojawiła się w salonie.
- Jest jeszcze kilka pomieszczeń – odparła. – Ale ty zostajesz tu. – położyła nacisk na dwa ostatnie słowa.
Odwróciła się, chcąc wyjść do innego pokoju, ale Clint złapał ją za ramię i obrócił w swoją stronę.
- Co robisz! - krzyknęła kobieta.
- Muszę z tobą porozmawiać. – powiedział poważnie. Dopiero teraz zauważył, że kurtka Natashy jest rozdarta na ramieniu, a jej kolor w tym miejscu zmienił się z jasnobrązowego na prawie czarny. – Jesteś ranna. – odezwał się.
- Wiem – warknęła. – Jeśli pozwolisz, pójdę się opatrzyć. – wyrwała rękę z jego uścisku i zniknęła w pokoju obok.
Barton usiadł na kanapie i odłożył łuk na stolik. Chwilę później Natasha wróciła do salonu. Przebrała się, a lekkie zgrubienie na rękawie bluzki świadczyło o opatrunku.
- Więc o czym chciałeś porozmawiać? – zapytała Wdowa siadając na brzegu fotela.
- O tobie….- odparł krótko, a widząc minę kobiety dodał: - O tym co się dzisiaj stało. Wiesz kto cię zaatakował?
- Ktoś, kto chciał zdobyć dane, które wykradłam, klient, który uznał, że za długo czeka, lub ktoś z twojej agencji czy jakiejś innej. – jej głos był spokojny, jakby opowiadała, co zjadła na śniadanie, a nie kto próbował ją zabić. – Nie obchodzi mnie to. Ważne, że im się nie udało.
- Ale było blisko – odparł Clint. – Ile razy jeszcze uda ci się uniknąć śmierci?
- Do czego zmierzasz? – Natasha patrzyła na niego jak na wariata, nie miała pojęcia o co mu chodzi.
- Mam rozkaz cię zabić, o czym dobrze wiesz – kontynuował, jakby jej nie usłyszał. – Ale tego nie zrobię. Teraz pytanie co ty zrobisz?
- To znaczy? – „Ten facet chyba mocno uderzył się w głowę” pomyślała.
- Chcesz robić to co teraz, ale w… hm, no cóż… bezpieczniejszych warunkach? – zapytał.
- Poczekaj chwile, bo nie nadążam. – Natasha wstała i zaczęła chodzić po pokoju. – Ty masz mnie zabić, ale łamiesz rozkaz i proponujesz mi pracę w agencji, która cię na mnie nasłała, dobrze zrozumiałam?
- Mniej więcej. – Clint nadal siedział na kanapie.
- A twoi przełożeni, wiedzą o tej dobroduszności? – zapytała. Jej głos nadal był spokojny, ale dał się w nim usłyszeć delikatny rosyjski akcent. – Czy to tylko twój plan?
- Nie wiedzą – odparł mężczyzna, podnosząc się z sofy. – Ale S.H.I.E.L.D.  daje drugą szansę, szczególnie osobom, które mają przydatne dla niej umiejętności.
- A ja takie mam? – to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Owszem. – uśmiechnął się.
- Ile mam czasu na decyzję? – kobieta zatrzymała się kilka metrów od niego.
- Niewiele. – odparł.
- A mogę chociaż poznać twoje imię. – nagła zmiana tematu trochę zbiła, go z tropu.
- Clint Barton. – przedstawił się.
- No więc Clint, ty zapewne znasz moje imię? – mężczyzna skinął głową. – Więc Clint, a co będzie jeśli się nie zgodzę?
- To może się źle skończyć, dla jednego z nas. – kobieta spojrzała na niego, unosząc jedną brew. – Wiem co…
Ale nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie nastąpił wybuch i całe pomieszczenie wypełniła chmura pyłu.
Clint nagle poczuł uścisk na nadgarstku, chciał wyrwać rękę.
- Przestań, to ja! – krzyknęła Natasha, w pokoju nadal nie było nic widać.
Kobieta pociągnęła Bartona za sobą. On chwycił wolną ręką łuk, który leżał na stoliku. Po chwili wyszli z salonu. Wdowa go puściła, ale się nie zatrzymała.
 - Pośpiesz się – powiedziała.
Clint ruszył za nią. Po chwili usłyszeli tupot nóg ścigających ich ludzi. Byli w wąskim korytarzu, jedyne drzwi znajdowały się na jego drugim końcu. Nie było gdzie się ukryć. Hałasy coraz bardziej się zbliżały.
Clint zatrzymał się. W mgnieniu oka odwrócił się i wyjął strzałę z kołczanu. Gdy tylko pierwszy ze ścigających ich ludzi wybiegł zza zakrętu, Barton wystrzelił. Trafiony, strzałą paraliżującą, mężczyzna osunął się na ziemię. Na korytarzu pojawili się kolejni. Clint z prędkością błyskawicy sięgnął po następną strzałę. Wdowa wyjęła pistolety i dołączyła do niego. 
Już myśleli, że zagrożenie minęło, gdy Bartonowi koło ucha świsnęła kula. Mężczyzna się odwrócił. Z drugiej strony korytarza nadbiegł mały oddział.
Zanim Clint wyjął kolejną strzałę, jedna z kul trafiła go w łydkę. Noga się pod nim ugięła. Upadł na ziemię.
Mimo bólu udało mu się podnieść na kolana, ale nie mógł wstać. Wdowa cały czas strzelała do napastników. Barton podniósł łuk, który upuścił gdy został postrzelony. Wybrał strzałę. Wycelował i zwolnił cięciwę. Nastąpił wybuch. Korytarz został oczyszczony. Wszyscy napastnicy byli martwi lub nieprzytomni.
Clint osunął się na podłogę. Czuł w nodze uporczywie pulsujący ból.
Natasha szybko do niego podeszła. 
- Co jest? - zapytała.
Dopiero teraz dostrzegła krew wypływającą z dziury w nogawce spodni mężczyzny. Przyklęknęła i spojrzała na jego nogę. Mocno krwawił. Wyjęła z kieszeni scyzoryk.
- Teraz się nie ruszaj. – powiedziała, Barton skinął głową.
Rozcięła nogawkę, tak aby odsłonić ranę. Kula nie przeszła na wylot, ale w tych warunkach nie było mowy o próbie jej wyjęcia. Natasha przygotowała prowizoryczny opatrunek uciskowy. Gdy skończyła, wstała.
- Musisz jak najszybciej dostać się do szpitala  - oznajmiła.
- Myślisz, że to dobry pomysł? – Clint siedział pod ścianą, oparty o nią plecami. Jego łuk i kołczan leżały obok na podłodze. – Od razu wezwą…
- Policję? – przerwała mu Wdowa. – Tak wiem, ale inaczej się wykrwawisz.
"Czy ona chce mi pomóc?" przemknęło Bartonowi przez myśl.
- To którędy wyjdziemy? – zapytał tylko.
- Powrót nie wchodzi w grę. – odparła Natasha. – Nie wiadomo czy tam w ogóle da się teraz wejść. Ale tu są jeszcze inne przejścia. – spojrzała na drzwi w końcu korytarza.
Był to jeden z wielu korytarzy, których labirynt łączył piwnice starych magazynów, takich jak ten, w którym miała kryjówkę. Szybko przeanalizował którędy będzie najbliżej. W końcu zdecydowała. Odwróciła się do Bartona, wtedy jej wzrok padł na jednego z pokonanych przez nich ludzi. Teraz, gdy się przyjrzała, bez trudu rozpoznała strój typowy dla rosyjskiego wywiadu. Nic dziwnego, że znali tę kryjówkę, używała jej gdy dla nich pracowała.

sobota, 7 marca 2015

Rozdział II




A oto i drugi rozdział opowiadania. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Nie chcę za dużo zdradzać, ale pojawi się rudowłosa piękność :D . Miłego czytania :)

- Nie pytam czy o niej słyszałeś – Clint schował teczkę z powrotem do torby. – Tylko czy wiesz, gdie ana? (Gdzie ona jest?)
- Nikto nie znajet (Tego nikt nie wie.) – odparł tamten.
- Vlad, ne delayte menya idiotom (nie rób ze mnie idioty) – Barton mówił spokojnie, ale jego ręka, ta, która trzymała odbezpieczony pistolet, lekko drgnęła. – Dobrze wiem, że znasz każdego, kogo mógłbym chcieć znaleźć w tym kraju. Nie zabywaj szto słucziłoś posliednij raz (Nie zapominaj, co się wydarzyło ostatnim razem.) – w jego głosie zabrzmiała groźba.
Niski mężczyzna cofnął się tak, że teraz opierał się plecami o drzwi.
- Zapomnic (Pamiętam.) – odparł. – Dobra, coś tam słyszałem. Że ma kryjówkę niedaleko starego centrum. Ale nic więcej nie wiem. – Vlad wydawał się lekko zdenerwowany.
Barton nie był pewien czy mężczyzna powiedział mu wszystko, ale doszedł do wniosku, że to mu wystarczy.
Ruszył w stronę drzwi. Vlad od razu je otworzył.
- W slieduszcij raz (Do następnego razu) – rzucił Clint i wyszedł.

Broń schował dopiero, gdy znalazł się na ulicy. Zaczynało świtać, ale ulice nadal były stosunkowo puste.
Barton potrzebował jakiegoś środka transportu, więc udał się do komisu z używanymi samochodami, który mijał po drodze z lotniska. Na szczęście był już otwarty. Wybrał jakiś nierzucający się w oczy samochód. Sprzedawca początkowo dziwnie na niego patrzył. Kupowanie samochodu o tej prze, to niecodzienne. Ale gdy Clint powiedział, że zapłaci gotówką, ten już o nic nie pytał.
Kilka minut później agent zaparkował w pobliżu Placu Maneżowego. Musiał znaleźć odpowiednie miejsce do obserwacji okolicy. W tej części miasta ruch już był spory. Znalezienie konkretnej kobiety wśród wiecznie śpieszącego się tłumu ludzi nie będzie łatwe, nawet dla niego. Zwłaszcza, jeśli ona nie chce być znaleziona.
Barton postanowił dostać się wyżej. Wyjął z bagażnika swoją torbę i ruszył w stronę jednej z pobliskich kamienic. Właściwie Moskwa była całkiem ładnym miastem, ale on nie przyjechał tu zwiedzać. Wszedł w zaułek między budynkami. Wyjął strzałę z liną i łuk. Niezauważony przez nikogo dostał się na dach. Z tej kamienicy nie miał dobrego widoku, więc przeszedł na sąsiedni budynek.  W końcu znalazł dogodne stanowisko, na którym nie był widoczny z ulicy, a sam bez problemu mógł obserwować cały plac.

***

Mijały godziny, ale ona się nie pojawiła. Około południa Barton uznał, że czas na kawę. Zszedł z dachu i udał się do pobliskiej kawiarni.
Właśnie z niej wychodził, z kawą w papierowym kubku w ręce, gdy ktoś na niego wpadł. Uderzenie nie było na tyle silne żeby Barton stracił równowagę, ale oblał się kawą.
- Izwienitie (Przepraszam) – usłyszał kobiecy głos.
Mamrocząc coś pod nosem i ciesząc się, że kawa nie była gorąca, Clint spojrzał na osobę stojącą przed nim. Ze zdziwienia całkowicie zapomniał o rozlanym napoju i mokrej koszulce. Przed nim stała, nieco zakłopotana - a tak przynajmniej mu się wydawało - Czarna Wdowa, a właściwie Natasha Romanoff.
- Ja placiu dla stirki (Zapłacę za pralnie) – zaoferowała.
Wyglądała i zachowywała się jak zwyczajna dziewczyna.
- Nie nużno (Nie trzeba) – odparł Clint, całkowicie naturalnie, miał taką nadzieję.
- Możet byc’ daże czaszka kofe abajdziotsa wam (To może chociaż postawię panu kawę?) – Barton nadal nie mógł uwierzyć, że ta miła dziewczyna jest wyrachowaną najemniczką, musiała być niezwykle utalentowaną aktorką.
- Niet, nie nużno (Nie, nie trzeba) – odparł.
Musiał jak najszybciej zakończyć tę rozmowę, zanim Natasha domyśli się, że jest agentem S.H.I.E.L.D., bo to, że Barton nie jest Rosjaninem, kobieta na pewno już wiedziała.
- Wy nie otsjuda? (Pan nie jest stąd?) – zapytała, jakby na potwierdzenie jego myśli.
- Net. (Nie) – odparł i tak nie było sensu kłamać. – Ja posieszciaju (Zwiedzam) – uśmiechnął się.
- Wy dołżny uwidiec’ sobor Wasilija Błażiennowo (Musi pan koniecznie zobaczyć Cerkiew Wasyla Błogosławionego) – powiedziała i odwzajemniła uśmiech.
- Spasibo za sowiet (Dziękuję za radę) – dopiero teraz poczuł mokrą koszulkę, nieprzyjemnie przyklejającą się do ciała.
- Nie za szto (Nie ma za co) – odparła – Izwienitie jeszcio raz za kofe. Da swidania (Jeszcze raz przepraszam za kawę. Do widzenia)
- Da swidania(Do widzenia)
Natasha odeszła. Clint wrzucił pusty kubek do kosza, wyjął z torby kurtkę i szybko ją włożył, żeby ukryć plamę po kawie. Ruszył za Czarną Wdową, pamiętając o tym żeby nie dać się jej zauważyć.


Oczywiście wiedziała, że ją śledzi. Nawet najlepiej wyszkolony szpieg nie byłby w stanie jej podejść, a on nie należał do najdyskretniejszych.
Zauważyła go jeszcze przed ich „przypadkowym” spotkaniu pod kawiarnią. Gdy szła ulicą dostrzegła tego mężczyznę w zaułku między budynkami, kiedy schodził z dachu. Jej szósty zmysł ją zaalarmował. Może to była lekka paranoja, ale coś jej mówiło, że on ją śledzi. Dyskretnie ruszyła za nim w stronę kawiarni, aby się przekonać, czy ma rację.
Potrąciła go specjalnie, aby mieć pretekst, chwilę z nim porozmawiać. Tak jak myślała mężczyzna miał amerykański akcent, który bardzo starał się ukryć. Nie dopiął torby podróżnej, więc od razu zauważyła broń. Ale ostatecznie przekonała się o tym, że to jej szukał, gdy na nią spojrzał. Jakby wygrał los na loterii. Tylko przez chwilę, zaraz się zreflektował. No i jeszcze ta najstarsza wymówka świata: „Tylko zwiedzam”.
Teraz szedł za nią. Myślał, że doprowadzi go do swojej kryjówki. I po części miał rację. Natasha nie chciała, żeby domyślił się, że ona już wie o tym, że ją śledzi. To ona dyktowała warunki. Niedaleko było pewne miejsce, do którego mogła go bez obaw zaprowadzić.


Wdowa weszła do jakiejś kamienicy. Barton został na zewnątrz. Gdy zobaczył, że Natasha otwiera okno na trzecim piętrze, wiedział już gdzie jest jej mieszkanie. Zajął pozycję na dachu budynku po drugiej stronie ulicy. Wyjął z torby łuk, ale mimo otwartego okna, nie miał dogodnej pozycji do strzału. Kobieta bardzo się pilnowała, jakby wiedziała, że on tam jest. Zawsze coś przesłaniało linię strzału.

***

Słońce już zaszło, a Barton nadal obserwował Natashę. Kobieta zamknęła i zasłoniła okno, uważając aby nie stać bezpośrednio przed nim.
Przez jakiś czas widział jej cień na zasłonie. Później chyba wyszła z pokoju, bo cień zniknął. Barton odłożył łuk, który do tej pory trzymał gotowy do strzału.
- Hej! – usłyszał za sobą znajomy głos.
Tak się zdziwił, że odwrócił się, zostawiając łuk tam gdzie go odłożył. Na dachu stała Natasha.
- Chyba wiszę ci kawę. – podała Bartonowi kubek, który trzymała. Mówiła po angielsku, bez cienia akcentu.
Clint nawet nie drgnął, za bardzo go zaskoczyła. Wdowa odstawiła kubek na bok.
- Posłuchaj mnie – zmieniła ton, tym razem rosyjski akcent był bardzo wyraźny. – Podejrzewam, że jesteś z S.H.I.E.L.D. Ostatnio wam coś zabrałam – Barton otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz nie dała mu na to szansy. – ale nie licz na to, że ci to oddam. Jeśli nie chcesz skończyć jak pozostali…
W tym momencie rozległ się krzyk. Barton spojrzał w stronę, z której dochodził. Gdy znów się odwrócił, Wdowy już nie było. Clint podbiegł do krawędzi dachu.
W zaułku, między kamienicami, zobaczył jakiegoś mężczyznę atakującego kobietę. W ułamku sekundy sięgnął po łuk, wyjął strzałę paraliżującą. Gdy znów spojrzał w dół, gotowy do strzału, dziewczyny nie było. Zobaczył za to Natashę, która stała nad obezwładnionym napastnikiem. Przycisnęła go butem do ziemi, aby nie mógł wstać. Coś do niego mówiła.
Barton zmienił strzałę. Wycelował wprost w kobietę.


Wdowa patrzyła na mężczyznę, którego przed chwilą pokonała.
Sama nie była święta, ale atakowanie bezbronnej dziewczyny… To facetowi nie ujdzie na sucho.
- Słuszajtie mienia wnimatielno… (posłuchaj mnie uważnie) – zaczęła, ale coś usłyszała.
Podniosła głowę. Przy krawędzi dachu stał agent S.H.I.E.L.D. Mierzył do niej z ŁUKU. Co to ma być? Średniowiecze? Natasha nie wiedziała o co chodzi, ale wolała nie ryzykować. Uniosła ręce w obronnym geście i powoli cofnęła się o kilka kroków. Uwolniony przez nią oprych uciekł tak szybko, jak mógł. A oni tak stali, patrząc na siebie.
„Jak mogłam być tak nieostrożna?” przemknęło kobiecie przez głowę.


Clint napiął cięciwę. To był łatwy strzał, wykonałby go z zamkniętymi oczami. Więc dlaczego było to takie trudne? Wystarczyło puścić cięciwę i rozkaz zostałby wykonany, a on wróciłby do Stanów. Ale nie mógł, ta kobieta nie zasługiwała na śmierć. Nie był pewien dlaczego – czy dlatego że pomogła tej dziewczynie? a może był jakiś inny powód? – lecz był pewien, że to błąd. Cała ta misja to błąd.
Opuścił łuk.
Natasha zaczęła uciekać, ale Barton nie mógł zostawić tak tej sprawy. Jak on nie ukończy misji, to wyślą kogoś innego. Musiał to załatwić inaczej. Wyjął strzałę z liną. W chwili gdy dotknął ziemi, nastąpił wybuch. Fala uderzeniowa przewróciła go na ziemię. Gdy się podniósł, zobaczył Wdowę. Kobieta leżała pod ścianą, na końcu zaułka. W tym momencie od strony ulicy nadbiegło kilku mężczyzn uzbrojonych w pistolety. Clint ruszył w stronę Natashy, po drodze wyjmując strzałę. W ułamku sekundy wystrzelił. Wszystko zasnuł gęsty zielony dym. Barton, korzystając z tej zasłony, wyciągnął Wdowę - która odzyskała już przytomność, ale była oszołomiona – na ulicę.
- Do metra! – krzyknęła Natasha.
Gdy ruszyli chodnikiem, Clintowi wydawało się, że dostrzegł znajomą postać w cieniu budynku, ale nie miał czasu się nad tym zastanowić.
Wsiedli do pierwszego pociągu i zajęli miejsca na końcu wagonu.
- Dlaczego mnie uratowałeś? – zapytała kobieta.
- Co? – zdziwił się Barton.
- Dlaczego mnie tam nie zostawiłeś? – przyglądała się mu z nieodgadnionym wyrazem twarzy.